niedziela, 10 lipca 2016

Szara eminencja. Szafa mamy część 3.


W związku z powodzeniem jakim cieszyły się ubrania z części 1 i części 2 poszłam dalej. Powodzenie tzn. bardzo lubię nosić te rzeczy. Tak, zrobiłam miejsce w szafie na te wszystkie nowości. Pracuję nad zawartością swojej szafy, wspominałam już o tym. Wzoruję się na capsule wardrobe tworzonym przez minimalistki (np. blog Simplicite). Minimalistką nie jestem i podejrzewam nie będę, ale mieć w szafie tylko to, co lubię, w której niemal wszystko pasuje do wszystkiego, wybieranie ubrań trwa chwilę, a jednak nie jest to codziennie biały T-shirt i jeansy. O to mi chodzi. Najtrudniej pozbywać się rzeczy, do których mam sentyment, ale nic na siłę.


Szara lniana sukienka. To marzenie, które zrodziło się jeszcze zimą, ale cóż, odwagi nie miałam zacząć od niej. To dziwne, że coś tak skrajnie prostego może wydawać się szaleństwem... Szary len i prosta forma. Tak jednak jest i widzę to w oczach przechodniów gdy wychodzę w niej "do ludzi". Prawda jest taka, że najchętniej nosiłabym ją cały czas. Tak wygodnego i praktycznego ubrania to dawno nie miałam. Gdy jest chłodniejszy dzień wystarczą legginsy. Lnu  jako ubraniu trzeba dać szansę. Na początku sztywny i szorstki zmienia się w miękką cudną tkaninę, jakby dopasowywał się do człowieka, który go nosi. No cóż. Moją odwieczną miłością jest gruba bawełna, zwłaszcza taka z czasów PRL-u, z której szyte były prześcieradła. To z niej powstały tuniki z tego wpisu. A jednak len w szarej sukience uwiódł mnie. Chłodzi w upale, ale nie przewiewa tak mocno na wietrze jak bawełna.


Gdy zaczęłam nosić mojego szaraka uznałam, że jedna to za mało. Tak więc jednak przerobiłam różowo-pudrową bluzkę z na sukienkę. Chociaż zebrała sporo komplementów "na żywo" ja nie do końca dobrze się w niej czułam, pisałam o tym. I gdy po raz kolejny stawałam przed szafą i szukałam wymówki, żeby jej nie założyć uznałam, że nie ma co. Nie o to mi chodzi. Przerobiłam ramiona i doszyłam szary dół.



Szaleństwo. Uszyłam bowiem jeszcze białą. Tak, biała już była, ale ją przerobiłam na tunikę.... Te duże kieszenie sprawiały, że czułam się jak w fartuchu (przez kilka lat pracowałam w aptece i choć pracę tę bardzo lubiłam, to czułam, że z sukienką się nie polubię). Uszyłam według tego samego wzoru, a szary pas wykończeniowy na dobre uporał się ze skojarzeniami.


Do sukienek najczęściej noszę teraz czarne sandały, ale niefortunnie ustawiłam je do zdjęć na czarnym stołku... dlatego w rezultacie je wykadrowałam. Są bardzo wygodne i mocno znoszone, ale bardzo je lubię. Miałam w tym roku kupić takie same. Stwierdziłam jednak, że jeszcze nie padły... 


W pierwszym wpisie o ubraniach pokazałam Wam 4 wzory według których szyłam. Te sukienki, które pokazuję dzisiaj powstały według wzoru nr 5. Teoretycznie niewiele się różnią, ale w praktyce je czuję (te różnice).

Wnioski końcowe o szyciu dla siebie KarolinyPe:

1. Próbować. Nie da się na papierze przewidzieć czy będę dobrze czuła się w tym czy innym kroju/kolorze.

2. Nie zniechęcać się. Moim córkom zawsze opowiadam ile materiałów zmarnowałam zanim udało mi się uszyć coś dobrze. I muszę wrócić do tych swoich opowieści. Bo o ile w innych rzeczach (torby, maskotki, okładki) już rzadko miewam niewypały to ubrania są dla mnie czymś nowym. I miałam taki moment, że zaczęłam je szyć, pokazywałam na blogu, ale ich nie nosiłam. To mnie bardzo zniechęciło.

3. Zmieniać, zmieniać, zmieniać. Skoro nie czuję się w czymś dobrze, a jest szansa że tak się poczuję, gdy przerobię świeżo uszytą rzecz to trzeba to zrobić i tyle. To dziwne, ale były rzeczy (wspomniana różowa bluzka i biała sukienka), które podobały mi się, podobały się innym, nawet dobrze w nich wyglądałam, ale nie czułam się w nich dobrze. Nie ma co się zmuszać lub wciągać w  myślenie: "Tyle się napracowałam". Wcześniej czy później wylądują na dnie szafy...

Przy każdym kolejnym cięciu miałam coraz więcej pewności i radochy.

Wpisy z tej serii.













ZapiszZapisz

sobota, 2 lipca 2016

Domowe kosmetyki część 2. Puder sypki.



Gdy zobaczyłam puder sypki na blogu shades of green nie wierzyłam, że to może się udać. 3 (trzy) składniki w pudrze do twarzy (tak właściwie to dwa, bo trzecim jest olejek). Większe szanse dałam mu po tym, jak zaczęłam używać domowego pudru do mycia twarzy. Okazało się, że trzy najzwyklejsze na świecie składniki sprawiły, że mam niemal idealny preparat do mycia twarzy. Tak, używam pudru do mycia twarzy od ponad 2 miesięcy i bardzo go lubię. Pudru sypkiego, o którym dziś piszę, używam od początku maja i zdecydowałam, że także lubię.


Puder sypki.

Przepis pochodzi ze strony shades od green.  Koniecznie zajrzyjcie zwłaszcza jeśli zastanawiacie się, czy coś, czymś można zastąpić. Według mnie wykazuje efekt matujący.

  • 4 łyżki mąki arrowroot
  • 1 łyżka karobu
  • kilka kropli olejków eterycznych np. z drzewa herbacianego i miętowego
Ja używam nieco więcej mąki arrowroot, kolor pudru trzeba po prostu dostosować do swojej karnacji. Jeśli chodzi o przygotowanie to suche składniki umieszczam w moździeżu i dokładnie mieszam rozcierając. Co jakiś czas trzeba zeskrobać puder ze ścianek moździeża i dalej rozcierać. Pomagam sobie kawałkiem plastikowej okładki wyciętej na kształt szpatułki. Mieszankę rozcieram tak długo, żeby po roztarciu na brzegu moździeża nie było widać białych drobinek mąki lub ciemnych karobu. Na końcu dodaję olejki eteryczne i znów rozcieram. Mieszanka robi się lekko wilgotna. Odstawiam ją do przesuszenia i dopiero wtedy przesypuję do pojemniczków. Większość przechowuję w słoiczku. Część trzymam w plastikowym pojemniczku dla wygody użytkowania.



Plusy. Przyznam, że używam pudru dość często. Ładnie matuje twarz, nie mam uczucia, że nakładam coś ciężkiego na skórę w upały. Koszt: dla mnie niewysoki, używam tych produktów spożywczych, zwłaszcza karobu. O kosztach napisałam dokładnie poniżej.
Minusy. Uczucie mąki na twarzy, to kwestia przyzwyczajenia. Tak jak przyzwyczaiłam się do proszkowej postaci preparatu do mycia twarzy, przyzwyczaiłam się do odczuwania proszku na twarzy gdy dotykam jej dłonią. Nie jest widoczny, poprostu czuję pod opuszkami. Myślę, że jest to kwestia zmikronizowania składników.



Dlaczego produkcja kosmetyków wydawała mi się niemożliwa do osiągnięcia w domu? Myślę, że chodziło o te magiczne składniki, które są poza zasięgiem śmiertelnika, dostępne jedynie  w alchemicznych pracowniach wybrańców. Jaka jest prawda? Kosmetyki takie zawierają składniki, które przy domowej produkcji nie są nam do niczego potrzebne. Przygotowując kosmetyki dla siebie nie potrzebujemy zastępu konserwantów i stabilizatorów. Kosmetyki nie będą leżały w magazynach, hurtowniach, a wreszcie na sklepowej półce. A składniki do kosmetyków domowej produkcji? Poznałam nieco kuchni wegańskiej i odkryły się niektóre zagadkowe nazwy (karob). To w domowych kosmetykach uwielbiam: są produktami spożywczymi, więc mogę je mieszać i miksować w kuchennych naczyniach.

Czy mniejszy koszt jest dużym argumentem do domowej produkcji? I tak i nie. To zależy od tego co mamy w kuchni. Jeśli chodzi o puder do mycia twarzy to wszystko w domu miałam, więc koszt był (jest) niewielki. Jeśli trzeba by wszystko zakupić koszt nadal nie jest duży i składniki wystarczą na bardzo długo.  Jeśli chodzi o puder sypki. Kupiłam karob (200 g za 11 zł), mąkę arrowroot, (200 g za 15 zł). Olejek to ok. 8 zł za buteleczkę. Biorąc pod uwagę jeszcze przesyłkę  koszt produktów jest podobny do pudru do twarzy zakupionego w drogerii, nie najtańszego. Zakupione produkty wystarczą jednak na bardzo, bardzo dużo pudru. Jeśli używamy tych produktów w kuchni to koszt znów jest argumentem na plus, puder będzie "skutkiem ubocznym" gotowania. Jeśli zakupimy je tylko na potrzeby kosmetyku to prawdopodobnie zdążą się przeterminować zanim je wykorzystamy. Mnie zawsze przeterminowuje się zakupiony puder do twarzy... Składnikom, o których piszę to nie grozi. Chciałabym także przygotować balsam do ciała. Tutaj koszty znacznie rosną i będą zbliżone do kosmetyku ze sklepu, ale podejrzewam, że jakością znacznie go przewyższą. Zobaczymy.

Po co więc? Przede wszystkim dla zdrowia. Byłam kiedyś na wykładzie na temat składu produktów spożywczych i kosmetycznych. To było kilka lat temu, teraz część z tych składników przed którymi nas ostrzegano, jest już w dużej mierze wycofana (silikony, parabeny itp.) poznałam zagadkowe E 007 i inne skróty. Ostatecznie na końcu padło zdanie: im mniej składników zawiera kosmetyk tym większa szansa na jego naturalność i nieszkodliwość. Dlatego używanie kosmetyków, w skład których wchodzą 3 składniki, a każdy z nich widzę i znam, jest bardzo przyjemna. O kosmetykach z niewielką ilością składników napiszę jeszcze innym razem. Wpis i tak jest dość długi.


 Macie ochotę pobawić się w alchemików i oswoić temat domowych kosmetyków? Serdecznie Was pozdrawiam i pędzę przypudrowć nosek zanim ruszę do domowych obowiązków ;-)


wtorek, 28 czerwca 2016

Mama uszyła także sukienki na "okazje". Szafa mamy część 2.

Mama (ja) poszła na całość. Można by rzec, uszyła sobie małą, letnią kolekcję. Wypada, aby w kolekcji były także sukienki "na okazje". Mama nie ma zbyt wielu "okazji" dlatego sukienki bardzo proste i niezobowiązujące, żeby okazje łatwo było stwarzać. 24 czerwca nadarzyła się jedna: zakończenie roku szkolnego. Mama zastanawiała się, którą sukienkę wybrać (dzięki coraz bardziej zorganizowanej szafie były to tylko dwie sukienki! do wyboru). Jej wybór padł na czarną w białe i bardzo dobrze. Na zakończeniu roku kilka małych dziewczynek dumnie prezentowało się w kreacjach w drugiej wersji... Mama mogłaby poczuć się nieswojo. Tymczasem czuła się bardzo "swojo", już "swojej" to chyba nie można...


Zacznijmy od tkaniny, bo to ważna część historii i być może nawet początek szycia dla mamy przez nią samą. Zobaczyłam w małym osiedlowym sklepiku z tkaninami itp. te tkaniny w groszki. Gdy ich dotknęłam zakochałam się. Ładne, mięciutkie, zwiewne, delikatne, idealne na lato, ale.... WISKOZA brzmiało jak wyrok.... Nie kupiłam. Od jakiegoś już czasu nie kupuję syntetycznych tworzyw, wyjątkiem są ubrania sportowe, te sprawdzają się bardzo dobrze. Wróciłam do domu i tkaniny nie dawały mi spokoju. Wpadłam na genialny pomysł, poszukam co to ta wiskoza. I tak trafiłam na e-poradnik Katarzyny Kędzierskiej: "Co to za materiał?". To dzięki niemu trafiłam na bloga Simplicite i prawdopodobnie pod wpływem jego lektury zaczęło się moje seryjne letnie szycie i tworzenie przemyślanej szafy. WISKOZA owszem, zaliczana jest do tkanin sztucznych, ale to nie to samo co syntetyczne! Nie pochodzi bezpośrednio z naturalnych upraw (jak bawełna i len), ale jest jak najbardziej naturalna pod tym względem bo wytwarza się ją z celulozy. Podobnie jak coraz modniejszy lyocell. Dopiero włókna syntetyczne to włókna całkowicie nienaturalne. Ufff.... Jak można się domyślić pobiegłam do sklepiku i zakupiłam oba materiały. Na moje 174 cm wzrostu potrzebuję około 120 cm tkaniny.  Sukienka czarna jest nieco krótsza, biała sięga za kolana. Jeśli jednak robię w sukience odszycie dekoltu i rękawów i szerokie podłożenie dołu kupuję 140 cm. Zostają niewielkie "ścinki".



Czarna w białe. Jako, że rozpisałam się już nieco, daruję Wam całą historię tej sukienki. Podzielę się ostatecznymi obserwacjami. Po pierwsze wiskozę należy dekatyzować! Czyli poddać paraniu (lub przynajmniej zmoczeniu) i prasowaniu przed szyciem gdyż ulega kurczeniu. W związku z tym, że tego zaniechałam moja sukienka skróciła się na tyle, że nie czułam się w niej komfortowo. Po drugie najlepsze jest najprostsze. Żeby zyskać na długości wyprułam z niej pasek z gumką (który w pierwszej wersji posiadała) i uznałam, że taki krój odpowiada mi najbardziej: luźny, workowaty, który zawsze można podkreślić zapinając pasek. Dlatego przy drugiej już nie kombinowałam... Obie sukienki ładnie układają się luźno i z paskiem. Pasują do butów płaskich i na obcasie, a nawet lekko sportowych (białe tenisówki).



P.S. Jeśli chcecie zajrzeć do Szafy mamy część 1 to zapraszam TUTAJ.

Powstały kolejne sukienki, więc będzie kolejny odcinek.....



sobota, 25 czerwca 2016

Małe radości. Wspomnienie ubiegłego lata.

Z powodu jakiegoś zawieszenia na przełomie litopada i grudnia nie opublikowałam kilku wpisów. Między innymi ten ciągle wisi we wpisach roboczych i jakoś żal mi go usunąć. Tak więc zanim rozpoczniemy na dobre nową wakacyjną przygodę zabieram Was na ubiegłoroczną, razem z komentarzami, które napisałam w listopadzie. Dzieci tak urosły....

Boże Ciało - wzrusza mnie bardzo. W tym roku patrzyłam na procesję także oczyma stojącego tuż obok Fina. Totalny folklor? Nuda? Zachwyt? Nuda? Ciekawe o czym myślał? Ja wzruszona. Dziewczyny w bieli.




 Jedzenie. Kolczyki z czereśni. Obiady proste i zdrowe, ach...


Fasolka z pesto i koktajl truskawkowy na maślance.

R&R - remonty i rękodzieło. Ja ze szlifierką na balkonie oraz nowe stare skrzynki.





Wakacje. Basen pod wiśnią, rodzinne spotkania, warzywa z krzaka, wytarte w koszulkę...


-  Mamo coś bym zjadł.
- Zerwij sobie pomidorka.


Nad morzem. Pod namiotem. Tak, tak. Pojechaliśmy naszą dużą rodziną pod namiot, chyba o tym nie pisałam:-). 




Rośliny, o których pisałam. Pięknie rozrosły się tego lata... Teraz dają oczom radość.




I powrót do szkoły, to też jeszcze lato...


Wakacje, ach..... pozdrawiam


czwartek, 23 czerwca 2016

Ojciec.

Spotkanie. Kilka Pań, kilku Panów. 
- Czy Ty widziałaś Jej szpilki? - Jedna z obecnych do drugiej z obecnych o trzeciej,  także obecnej.
- Nieeeee....????
- Słuchaj, takie (tu pokaz palcyma nastąpił, czyli jakieś 10 cm) i do tego fuksjowe!
- No nieeee......  - posiadaczką owych szpilek jest bowiem Matka Piątki.
- Wiesz, takie jak Ty na ślubie miałaś (Ty - Panna Młoda w białej sukience do kolan, oraz fuksjowych (na razie) butach i różach w tym samym kolorze!).
- Jaki to kolor fuksjowy? - pyta nagle jeden z Panów.
Zastanawiamy się (3 Panie) skonsternowane jak Mu to wytłumaczyć....
- Różowy. Odpowiada inny Pan (zorientowany mąż posiadaczki fuksjowych szpilek).
- Nie, moje buty nie były fuksjowe! - zaczyna (była) Panna Młoda - one były w kolorze magenta.
- ????? a to jaki kolor - pyta znów dociekliwy Pan
- Taka fuksja wpadająca w oberżynę....
Pan schował twarz w dłonie. Pozostali Panowie zaczęli umawiać się na mecz..........

To niesamowite jak inne postrzeganie tego samego świata dają dzieciom Matka i Ojciec.  Bo przecież nie o (nie)rozpoznawanie kolorów chodzi.



Wszystkim Ojcom w dniu ich święta życzę nierozpoznawania kolorów :-) 


poniedziałek, 20 czerwca 2016

L jak LATO L jak LODY.

To właśnie dziś jest najdłuższy dzień w roku i tym samym rozpoczyna się astronomiczne lato. Postanowiłam uczcić go lodami! Do tego roku (sezonu) robiłam lody na zasadzie zmiksowania jogurtu z owocami i przelania ich do foremek z patyczkiem. Nadal uważam ten sposób za super prosty i bardzo smaczny. Jednak pojawiła się u nas dieta bezmleczna i w związku z tym należało się rozejrzeć. Przepisów na lody jest bardzo dużo, ja postanowiłam wypróbować różne, nie tylko te bez mleka.

Lody na mleku roślinnym.

Lody na bazie kaszy manny i mleka ryżowego.

To było jak olśnienie, o ktorym już wspomniałam. Bez zastanowienia, w pidżamie, w świąteczny (wielkanocny) poranek, kleciłam pierwsze kaszowe lody z nowej (wtedy) książki Qmam Kasze. Od tamtego poranka te lody robiłam już wiele razy. Gdy nie było świeżych owoców używałam mrożonki, zazwyczaj naszej ulubionej owoce leśne z porzeczką. Nie podam przepisu gdyż pochodzi z książki, a na blogu go nie znalazłam, możliwe, że autorka oddziela te dwa źródła przepisów i ja to szanuję. Ostatnio na tym samym blogu pojawiły się lody na bazie kaszy jaglanej, te także na liście "do wypróbowania".



Lody bananowe.

Mrożone banany jako baza lodowa. Zamiast śmietanki, jogurtu czy manny. Dzięki temu, że najpierw mrozimy plasterki bananów, a dopiero później miksujemy je w blenderze lody mają pyszny, bananowy smak i kolor. Jedyny ich minus to bardzo szybko topnieją. Trzeba je podawać zaraz po przygotowaniu. Przepisy znajdziecie niżej pod aktywnymi linkami.


Pierwszy raz zobaczyłam je na stronie Jadlonomia. Na początku robiliśmy bez pasty tahini i te smakowały wszystkim. Wypróbowaliśmy też w wersji sezamowej, ale tu zdania były już podzielone, mi smakowały. Ostatnio trafiłam na jeszcze inną wersję bananowych i od razu poczułam ich smak.

Bananowe z kawą.

Przepis pochodzi ze strony Kwestia Smaku. Jako, że lody głównie z myślą o małym alergiku to kawa zbożowa na mleku ryżowym. I właśnie te możecie oglądać na zdjęciu poniżej, stąd ich beżowy kolor.




Lody bananowo-malinowe.

Polecam także z dodatkiem mrożonych i świeżych malin. Wypróbowaliśmy też jagodowe. Niestety syn nie może truskawek, a myślę, że były by pyszne.




Lody na mleku.

Wypróbowałam już całkiem sporo przepisów na lody. Robiłam takie z jajkami i bez. Próbuję nadal nowych, ale warto mieć swój ulubiony, bazowy i zapas składników w lodówce. Ostatecznie najczęściej przygotowuję lody tak:
  • 300 g śmietanki kremówki, najlepiej 36% (ale może być 30%)
  • 1-2 szklanki musu owocowego
  • 50-100 g cukru, w zależności od słodkości owoców
  • 300 g mleka skondensowanego niesłodzonego lub jogurtu, najlepiej typu greckiego
Miksuję w blenderze owoce z cukrem i mlekiem lub jogurtem. W misce ubijam śmietankę i dodaję do niej koktajl owocowy. Nie uzyskamy sztywnej, ale puszystą masę. Cała trudność (może nie tyle trudność co uciążliwość) w przygotowaniu lodów domowych leży w ich blendowaniu w trakcie mrożenia. Co godzinę dobrze jest lody wyjąć z zamrażalki i zblendować. Dzięki temu nie tworzą się duże kryształki lodu i lody pozostają puszyste i jednolite. Taką czynność powtarzam 3-4 razy podczas zamrażania. Przed podaniem wystarczy wyjąć je z zamrażalki na 5-10 minut i można formować kulki za pomocą łyżki do lodów. Jeśli jednak nie wymieszamy lodów w trakcie mrożenia (zapomnimy, albo robimy je wieczorem i idziemy spać) utworzą się charakterystyczne "igiełki" (kryształki) lodu i trudno będzie uformować z nich ładną kulkę. Nasze lody będą się kruszyły (zdjęcie poniżej), ale nie wpłynie to na ich smak.




Lody truskawkowo arbuzowe.

Zrobiłam także, na prośbę dziecka, lody czysto arbuzowe, ale nie smakowały nam za bardzo. Arbuz w tym przypadku potrzebuje towarzystwa. W duecie z truskawkami smakuje wakacjami :-). Przepis bazowy.



Lody truskawkowo arbuzowe
  • 1,5 szklanki musu truskawka + arbuz
  • 80 g cukru
  • 300 g mleka skondensowanego
  • 300 g śmietany kremówki, używam 30%, choć lepsza byłaby 36%
Owoce zblendowane na mus, cukier i mleko zmiksować razem. Można to zrobić w blenderze kielichowym lub blenderem "żyrafą". W misce ubić kremówkę na sztywno i stopniowo dodawać do niej mleczno-owocowy koktajl. Nie ubijemy masy na sztywno, ale będzie puszysta. Wstawiamy masę do zamrażalki. Następnie co godzinę wyjmujemy pojemnik z lodami i miksujemy je blenderem "żyrafą" lub dobrze mieszamy łyżką. Czynność powtarzamy 3-4 razy. Gdy lody są już dość mocno zmrożone możemy przełożyć je do docelowego pojemnika lub zostawiamy w misce do całkowitego zamarznięcia.

Lody jogurtowe z truskawek.

Tym razem wyraźnie czuć orzeźwiający smak jogurtu. Super konsystencja, łatwo formuje się kulki za pomocą łīżki do lodów. Moje dziewczynki uwielbiają. Wczoraj zjadły sporą michę.



Jogurtowe lody truskawkowe.
  • 2 szklanki musu z truskawek
  • 80 g cukru
  • 200 g mleka jogurtu, najlepiej greckiego
  • 300 g śmietany kremówki, używam 30%, choć lepsza byłaby 36%
Owoce zblendowane na mus, cukier i jogurt zmiksować razem. Można to zrobić w blenderze kielichowym lub blenderem "żyrafą". W misce ubić kremówkę na sztywno i stopniowo dodawać do niej jogurtowo-owocowy koktajl. Nie ubijemy masy na sztywno, ale będzie puszysta. Wstawiamy masę do zamrażalki. Następnie co godzinę wyjmujemy pojemnik z lodami i miksujemy je blenderem "żyrafą" lub dobrze mieszamy łyżką. Czynność powtarzamy 3-4 razy. Gdy lody są już dość mocno zmrożone możemy przełożyć je do docelowego pojemnika lub zostawić w misce do całkowitego zamarznięcia. Czasem kilka truskawek rozgniatam widelcem z cukrem i podczas ostatniego mieszania dokładam tak przygotowane owoce do lodowej masy. Dzięki temu w lodach trafiamy na kawałki owoców.


Lody bazyliowe.

Korzystam z TEGO przepisu ze strony mania pieczenia.  Te robiłam z myślą o sobie. Wspominałam o nich TUTAJ i nie mogło zabraknąć ich w moim lodowym zestawieniu. Moja rodzina i stali czytelnicy już wiedzą, że lubię dziwne smaki. To moje ulubione lody! Jestem tego pewna! To lody na żółtkach, bardziej pracochłonne. Przyznam, że spróbowałam łatwiejszej wersji, czyli tej, o której pisałam powyżej, ale wersja z jajkami jest lepsza. Bardziej kremowa i wydobywa lepiej smak i aromat bazylii. Zdecydowanie warto zadać sobie ten trud. W swoich lodach zmniejszam ilość cukru do 80 g.




Po co ten trud, skoro lody możemy po prostu kupić?

Kwestia wyboru. Mnie bardziej smakują lody domowe. Lepiej czuć w nich smak owoców i jogurtu lub ziół. Cukier nie "paraliżuje" moich kubków smakowych. Wiem, że kolor moich lodów pochodzi od owoców lub ziół, (nie barwnika), bo jest ich dużo. No i nie spotkałam jeszcze lodów bez mleka dla mojego syna.... nawet w sorbetach owocowych występuje. Pozbyłam się też złudzeń co do przygotowania lodów w lodziarniach. Po pierwsze podczas spaceru w Zoo zastanawiałam się nad zakupem takiego "zmrożonego soku" dla bezmlecznego dziecka i zapytałam panią, czy na pewno nie ma w nim mleka. Pani sprawdziła.... Nie wyciągnęła z lodówki kartona z sokiem, oj nie.... Wyjęła wielki (jakieś 5kg, na moje oko) wór z różowym proszkiem.... Oczywiście mleko było.... Po drugie. Poszukuję w internecie dobrych wafli do lodów. Wchodzę więc na strony z artykułami dla lodziarni. I cóż? W sprzedaży są proszki lodowe itp.... Oczywiście nie twierdzę, że nie można kupić dobrych, zdrowych lodów. Widziałam kiedyś na lodziarni ogłoszenie: "Skupujemy agrest na potrzeby lodziarni". I zawsze chętnie jem tam lody. Nie mogę jednak często przemierzać miasta w poszukiwaniu takich, dlatego będę kleciła lody w domu i już.

Moja lista lodów do wypróbowania tego lata to:

Lody cytrynowe. Teraz coraz łatwiej dostępne są bio cytrynki, z których można ocierać skórkę.
Lody z herbatą matcha, intryguje mnie ten smak od jakiegoś czasu, nie próbowałam.
Lody waniliowe do kilku łyżeczek mocnego espresso. Kiedyś jadałam tak lody nałogowo.
Lody aqua fresca, intrygują jeszcze bardziej niż te zielono - herbatowe, zwłaszcza, że bez mleka.
Lody kokosowe. Chyba raz jeszcze dam szansę mleku kokosowemu, którego póki co nie znoszę... nie potrafię się przełamać i nawet niewielka ilość jest dla mnie trudna do zniesienia. Może mrożone?


To jak? Zabieracie się za lody? Kolacja lodowa na balkonie kończąca najdłuższy dzień w roku? Czemu nie, tylko trzeba by grubym kocem się otulić i gorącą herbatę zaparzyć... Przynajmniej u mnie. Pozdrawiam.