Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomidory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomidory. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Pieczone warzywa i zupę z nich można zrobić.

Zanim wiosna rozbuja się kolorem na dobre, a nowalijki przestaną być podejrzane wcinamy warzywa ziemne, które o tej porze roku mają się jeszcze całkiem nieźle. Trwa nasza przyjaźń i częste spotkania z marchwią, burakami, ziemniakami i porami. Warzywa ziemne, na razie to nam pozostało. Wbrew pozorom (wiosna) potrzeba nam jeszcze dużo energii i siły. Osłabieni po zimowych wachaniach temperatur i wczesnowiosennych, jeszcze zimnych  deszczach musimy się dogrzewać. (My - moja rodzina - nie piszę w imieniu Polaków ;-)). Pieczone warzywa pokazywałam przy okazji świąt. Postawiłam wtedy na obiady proste, smaczne i wypróbowane. Bardzo często w okresie jesienno - zimowym i jak widać wczesnowiosennym pieczemy na obiad warzywa. Dzieci bardzo lubią i my także. Pieczemy same ziemniaki lub mieszankę warzyw. O tej porze roku korzystamy z warzyw ziemnych. 



Pieczone warzywa w składzie:

  • Czerwone buraki
  • Bataty, czyli słodkie ziemniaki
  • Zwykle ziemniaki
  • Marchew

Pokroiłam warzywa w kostkę. Buraki, które pieką się najdłużej pokroiłam najdrobniej. Wrzuciłam wszystkie na blachę. Następnie polałam olejem z pestek winogron i przyprawiłam solą ziołową. Piekłam około 40 minut. Warzywa można podawać z sosem czosnkowym. Mogą być samodzielnym obiadem lub towarzystwem dla mięsa. 

Co jeszcze można piec? Wszystko: cebule, pory, seler, pietruszkę, paprykę, seler, bakłażany, cukinie, kalarepy, kalafior. 


Na kanwie warzyw, które kupiliśmy na święta ugotowałam po świętach zupę z pieczonych warzyw. Od rana świeciło u nas słońce, ale moja głowa podpowiadała, że to się zmieni. Było coraz pochmurnej i zaczęło padać. Zajrzałam na blogi, których od tygodnia nie przeglądałam i zobaczyłam u Pani Olgi zupę z pieczonych warzyw. Poszłam do kuchni żeby sprawdzić co mam. Najpierw zaczęłam spisywać czego mi brakuje, ale po chwili mnie olśniło i postanowiłam użyć tego co mam, zwłaszcza, że nie miałam ochoty na spacer... Jeśli chcecie zobaczyć oryginał zupy zajrzyjcie na bloga Olgi Smile. Trafiłam na niego gdy szukałam jak zrobić mąkę gryczną. Teraz często korzystam z powodu diety bezmlecznej. Blog bardzo pomocny przy różnych dietach, to ogromne źródło wiedzy kulinarnej. Tymczasem z czego zrobiłam moją zupę. Mój przepis znacznie uproszczony, ale zupa wyszła pyszna. Dawno (nigdy?) takiej nie jadłam: bardzo głęboki warzywny smak. Zupa jest gęsta, lekko słodka, sycąca. Nie dodawałam ziół, jedynie te do pieczenia warzyw. Gdy spróbowałam jej po zmiksowaniu uznałam, że jej smak jest idealny ;-). Dodatkowo zużyłam wszystkie resztki chleba po świętach. Przygotowałam grzanki do zupy. Moja rodzina lubi jak coś w zupie chrupie. Dlatego jeśli robię zupy typu krem to zawsze przygotowuję do nich grzanki.


Zupa z pieczonych warzyw z grzankami ziołowymi
  • 3 średnie buraki
  • 3 średnie bataty (słodkie ziemniaki)
  • 3 duże marchwie
  • 1 por
  • 4 ząbki czosnku
  • 10 suszonych pomidorów
  • 3 l wody
  • 0,5 l przecieru pomidorowego
  • 0,5 l mleka owsianego
  • Sól ziołowa, sól, pieprz
  • Oliwa lub olej roślinny
  • Chleb do grzanek

Warzywa (poza czosnkiem) pokroiłam, polałam olejem z pestek winogron, przyprawiłam solą ziołową i piekłam w 200℃ około 40 minut. 

Warzywa przełożyłam do garnka, zalałam wodą, tak aby przykryła warzywa, dodałam pokrojone suszone pomidory i czosnek. Gotowałam dalej, około 20 minut, do miękkości warzyw. 

Dolałam przecier pomidorowy, wodę i gotowałam kolejne 15 minut.

Zmiksowałam całość blenderem i wlałam stopniowo mleko owsiane (które sama przygotowałam dzień wcześniej, przepis także znajdziecie na stronie Olgi Smile, choć ja korzystałam z książki Qmam Kasze).

Grzanki. Na blachę po upieczonych warzywach wrzuciłam chleb pokrojony w kostkę. Polałam olejem z pestek winogron i posypałam solą ziołową. Piekłam w piekarniku około 15 minut.


Dziś pięknie świeci słońce. Miłego dnia zatem. Gdziekolwiek jesteście :-)


poniedziałek, 29 października 2012

Weka i mrożonki czyli my się zimy nie boimy.

Pogoda w sobotę była szalona. Padał śnieg, w domu rodziców pachniało pysznościami, bo szykowaliśmy urodzinowe przyjęcie Taty. Czułam jakby nadeszły święta, ale brak pierników przywoływał odpowiednie osadzenie w czasie ;-)


Przygotowując domowe przetwory zachwycam się kolorami. To nieprawdobodobnie piękne barwy, które działają dodatkowo na węch i smak. Inny kolor surowy, inny gotowany a jeszcze inny zatopiony w cukrze, ten po kilku godzinach smażenia ma piękny połysk. To prawie niemożliwe, ale jednak: są ludzie, którzy zamieniliby spożywanie pokarmów na "weź pigułkę" celem uzupełnienia energii... Nie mam kanonu przetworów zimowych. Zazwyczaj robię te, na które owoce lub warzywa dostaję w dużej ilości z powodu nadprodukcji czyjegoś ogrodu :-). W tym roku zakupiłam paprykę i trochę pomidorów. Ponieważ moje uwielbienie do pieczonej papryki zdecydowanie wzrosło tej jesieni postanowiłam zainwestować nieco więcej w ten kolor. Ku mojej niezmiernej radości, dostaję też domowe słoiczki od rodziny, znajomych i przyjaciół. To fantastyczne, takie wymienianki i smak innej kuchni na moim talerzu. Radość dla mnie wielka i wielkie DZIĘKUJĘ dla moich przetworodawców :-)


Konfitura wiśniowa


O konfiturze wiśniowej pisałam już TUTAJ. Podam raz jeszcze, że staropolskim zwyczajem stosuję proporcję "ile owoców tyle cukru".  Tak mniej więcej, bo na 8kg owoców używałam około 7kg cukru. Konfitura jest bardzo słodka, ale przełamana naturalną kwaśnością wiśni. Dzięki dużej ilości cukru konfitura gęstnieje, ale owoce nie rozgotowują się w niej. Poza tym nie gotuję konfitur godzinami bez przerwy. Owoce potrzebują czasu aby naturalnie "nasycić" się cukrem i nie rozgotować w soku. Sprawiają wtedy wrażenie kandyzowanych. 
Jak to robię? Podam na przykładzie kilograma owoców.

Składniki: 1kg wiśni, 1kg cukru

Wydrylowane wiśnie zasypuję częścią cukru (około 0,5kg) i pozostawiam na 2 godz. aby puściły sok. Następnie zagotowuję je i na małym ogniu gotuję około 20 minut po czym wyłączam, wsypuję resztę cukru i mieszam. Dopiero gdy całość wystygnie ponownie doprowadzam do wrzenia i od razu wyłączam. I tak postępuję (zagotowuję całość na wolnym ogniu i zaraz zdejmuję z ognia) do czasu otrzymania zadawalającej gęstości. W moim przypadku trwa to kilka dni, ponieważ w ciągu jednego dnia można 2 najwyżej 3 razy zagotować duży garnek konfitury (dość długo stygnie). Wszystko zależy oczywiście od tego ile owoców mamy. Konfiturę należy gotować i studzić bez przykrycia, aby woda mogła powoli odparować. Zazwyczaj część konfitury rozlewam do słoików wcześniej, w postaci lekko lejącej. Taką lubię na tosty, do herbaty lub lodów. Część gotuję dłużej z przeznaczeniem do pączków, dla mojej mamy oraz jako warstwę tortową :-) Gdy konfitura ma zadawalającą gęstość wlewam ją gorącą do umytych i wyparzonych słoików. Przez cały czas rozlewania garnek z konfiturą trzymam na malutkim ogniu, żeby miała wysoką temperaturę. Słoiki zamykam i odwracam do góry dnem. W przypadku konitury nie pasteryzuję weków dodatkowo. Nie zdarzyło mi się jeszcze zastać popsutej zawartości.

Konfitura jabłkowa z cynamonem



Składniki: 3kg jabłek (obranych i bez gniazdek nasiennych), 1kg cukru, 1 opakowanie cynamonu (15-20g) 

Jabłka pokrojone w dość dużą kostkę (ok. 2cm × 2cm) zasypuję połową cukru i zagotowuję całość. Pozostawiam na małym ogniu 10 minut i wyłączam. Dodaję resztę cukru. Po wystudzeniu zagotowuję ponownie i od razu wyłączam, dodaję cynamon. Podobnie jak w przypadku konfitury wiśniowej postępuję tak do uzyskania zadowalającej konsystencji - doprowadzam do zagotowania i od razu wyłączam. W przypadku jabłek trwa to znacznie krócej. W tym roku zagotowałam je tylko dwa razy, a za trzecim rozlewałam do słoików. Gotującą konfiturę wlewam do słoików, zamykam i odwracam do góry dnem.




Bardzo lubię ten mój sposób przetwarzania jabłek. Jabłka w dużych kawałkach, nie rozgotowane i nie miksowane na mus. Wykorzystuję je później do szarlotki lub szybszej wersji: crumble (na zdjęciu). Szarlotka czy crumble na świeżych (surowych) jabłkach zapieka się dość długo (jak dla mnie 60 - 90 min.), a przygotowanie samych jabłek to także dość czasochłonne zajęcie. Podwieczorek na przetworzonych jabłkach przygotowuje się znacznie krócej. Moje crumble w przeciągu godziny wjechało na stół w towarzystwie lodów. Crumble czyli zwyczajne owoce z kruszonką. Przygotowałam także kilka słoików jabłek bez cynamonu, na klasyczny jabłecznik. To między innymi, według mnie, różni szarlotkę  od jabłecznika. Do jabłecznika nie dodaję lub dodaję niewielką ilość cynamonu. Jabłka bez cynamonu świetnie nadają się także do rekonwalescencji po grypie jelitowej, gdy na drugi dzień ryż z w/w jabłkami zdaje się  być ucztą dla króla...


Pigwowiec*


*To, co potocznie nazywamy w Polsce pigwą, w świetle botaniki nią nie jest. Nasze rodzime krzaczki to Pigwowiec. Właściwa Pigwa w Polsce nie rośnie. Wszędzie jednak gdzie trafimy na takie wyjaśnienie dodaje się również, że nasz rodzimy pigwowiec jest znacznie bardziej aromatyczny, czyli smaczniejszy :-) 


To owoc, który w stanie surowym nie nadaje się do jedzenia.
Szukałam w internecie przepisów i pomysłów na pigwowca dość długo. Miałam trochę czasu bo pojawiła się w moim domu zaplanowana. Zazwyczaj dostaję worek owoców, warzyw, tudzież 20kg dynię i muszę szybko działać. Jeszcze nigdy nie przetwarzałam pigwowca. Zupełnie nie wiedziałam czego szukam: konfitury, soku, nalewki raczej nie. Nie podaję źródła przepisu,ponieważ to wypadkowa tego, co przeczytałam, przemyślałam, na to nałożyłam swoje upodobania i wyszła mi "Konfitura z Pigwowca KarolinyPe". Niestety większość przepisów na pigwowca podaje "zmiksować na papkę" oj nie lubię, nie lubię...  W konfiturze ważne są kawałki owoców, które jakby kandyzowane w cukrze delikatnie chrupią, nie są jednolitą papką. Takie owoce można wrzucić do zimowej herbaty. W tym roku przygotowałam pigwowca w czystej postaci, chciałam go sprawdzić, posmakować, popełnić błędy, wyrobić sobie zdanie, przygotować notatki. Za rok spróbuję połączyć go z jabłkami. Przygotowanie owoców do konfitury zajmuje sporo czasu. Kilogram owocu gotowego do przetworzenia uzyskałam po 2 godzinach pracy! Gotowy do przetworzenia czyli bez gniazdek nasiennych. Ze skórki nie obierałam i nie bardzo mogę sobie to wyobrazić. Owoce są dość małe i niewiele zostałoby z nich. Poza tym myślę, że zabrakłoby mi cierpliwości i to byłyby ostatnie słoiczki pigwy jakie wyszły spod mojej łyżki ;-) Zanim przejdę do przepisu napiszę jeszcze tylko, że Konfitura wyszła świetna. Idealna do herbaty: aromatyczna, kwaskowa, odrobinę gorzka, LUBIĘ TO :-)

Składniki: 1kg pigwy (bez gniazdek nasiennych), 1kg cukru, 1 litr wody

Umytą pigwę pokroiłam na cząstki i oczyściłam z gniazd nasiennych. Zalałam zimną wodą i gotowałam na malutkim ogniu aż owoce zmiękły (około 15 - 20 minut). Łyżką cedzakową delikatnie wyjęłam owoce z wywaru i odłożyłam na miseczkę. Wywar zważyłam i dodałam tyle curu ile ważył otrzymany wywar. W składnikach podałam orientacyjnie, że użyłam 1 litr wody i  1 kg cukru. Wywar z cukrem zagotowałam do całkowitego rozpuszczenia cukru. Zestawiłam garnek z ognia i przełożyłam ugotowane wcześniej owoce pigwy do wywaru. Całość pozostawiłam pod przykryciem na 24 godziny. Po tym czasie postępuję podobnie jak z konfiturami opisanymi wyżej. Zagotowuję i wyłączam ogień. Pozostawiam do wystudzenia i postępuję tak do otrzymania odpowiadającej mi konsystencji. Nie trwało to długo. Moim zamysłem było otrzymać konfiturę do herbaty, zamiast cytryny. Dlatego moja konfitura z pigwy jest lejąca i z tosta z pewnością spłynęłaby. Gotową wrzącą konfiturę wlewam do umytych i wyparzonych sloików, odracam do góry dnem i pozostawiam do wystudzenia. 
Mam co chciałam: śliczną, błyszczącą, smaczną konfiturę. Obyło się bez miażdżenia czy wyrzucania owocu po otrzymaniu soku. To smak, który raczej podkręca smak innego owocu czy herbaty, choć taka czysta konfitura smakuje bardzo dobrze. Jeszcze coś o czym warto wspomnieć. Wyczytałam już po fakcie, w moim przypadku, że owoce pigwowca należy obrywać po pierwszym mrozie inaczej będą gorzkie i nie nadadzą się do przetworów. Postanowiłam zaryzykować, bo owoce już miałam w domu. Konfitura ma lekko gorzki posmak, ale absolutnie nadaje się do jedzenia i jest smaczna. Ja lubię takie gorzkie zakręty smakowe, ale to nie tylko moje zdanie. Herbatą z konfiturą częstowałam już kilka osób i wszyscy chętni na przepis :-) I dla nich ten wpis powstał :-)

Mrożona pieczona papryka


Na przygotowanie papryki pieczonej potrzeba trochę czasu i trochę więcej cierpliwości ;-) Jednak po pigwowcu taka papryka to pikuś ;-)




Pierwszy etap to pieczenie: Umytą świeżą paprykę zawijam w spożywczą folię aluminiową ("PAZŁOTKO" - znacie to określenie na folię? Nierawdopodobne! Kto to wymyślił? :-) Pozdrawiam wszystkich użytkowników!!!) Każdą sztukę pakuję oddzielnie. Układam na blaszce do pieczenia i piekę w temp. 180 ℃ przez 60 min. Po tym czasie wyjmuję blaszkę z piekarnika i pozostawiam do przestygnięcia. Teraz następuje etap, do którego potrzebna jest w/w cierpliwość. Każdą paprykę kroję na 4 części, oczyszczam z gniazdek nasiennych i obieram z cieniutkiej skórki. Ważne, aby papryka była jeszcze ciepła. Gdy wystygnie całkowicie skórka trudniej schodzi. Jest przy tym trochę pracy, ale ta paprykowa skórka jest czymś czego bardzo nie lubię w przetworzonej papryce dlatego chętnie to robię. Tak przygotowaną paprykę układam jedną warstwą w woreczku strunowym i zamrażam. Na temat układania i mrożenia w woreczkach napisałam kilka zdań na końcu wpisu.

Jak pisałam we wstępie moja miłość do pieczonej papryki rośnie wprost proporcjonalnie do ilości zjedzonej ;-) Do czego jej używam? Odkryłam kolejne połączenie idealne: pieczona papryka i salami. Zarówno na prezentowanej domowej pizzy czy zwykłych kanapkach. Poza tym pieczona papryka jest doskonała jako dodatek do sosów czy zupy dyniowej (będzie o niej już wkrótce, jestem w trakcie przygotowań). Pieczona papryka jako przystawka obiadowa? Wystarczy kilka kropli oliwy i odrobinę soli ziołowej. Według mnie jest także konieczna w paście z bakłażana. I fantastyczna w wigilijnych śledziach z sosem pomidorowo-paprykowym. Polecam :-)

 Przecier i Sos pomidorowy 


Można by rzec: rzutem na metę zdążyłam jeszcze z przetworami pomidorowymi. Prawdopodobnie były to jedne z ostatnich smacznych sztuk w tym roku... Jak dla mnie już jest po pomidorach. To już nie ten smak.




Z części pomidorów przygotowałam standardowy przecier: Pomidory sparzyłam gorącą wodą i obrałam ze skóry, gotowałam ok. 30 minut, zmiksowałam i zamknęłam w słoikach. Przecier pomidorowy dodatkowo pasteryzuję.

Z częścią pomidorów posunęłam się o krok dalej i przygotowałam sos pomidorowy. Sos pomidorowy już od dawna gotuję w/g TEGO przepisu z bloga White Plate. Tak więc powtarzam za Liską.

Sos pomidorowy

Składniki:
230g pomidorów z puszki (lub przecieru pomidorowego, przyp.KaPe)
1 łyżka oliwy
1 ząbek czosnku, drobno pokrojony
1/2 łyżeczki suszonego oregano
1/2 łyżeczki suszonej bazylii
1/4 łyżeczki cukru (jeśli pomidory są słodkie pomijam, przyp.KaPe)
1/2 łyżeczki soli
odrobina pieprzu

Wszystkie składniki umieścić w garnuszku. Doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień i gotować przez 10 min.

Takiego sosu używam zarówno do pizzy jak i makaronu. W zależności od potrzeby przygotowuję sos o różnej gęstości. Zazwyczaj robię znacznie zwielokrotnioną porcję. Na blogu White Plate i w internecie w ogóle, jest dużo różnych odmian sosu pomidorowego. Większość osób gotuje go na oko. Ja też tak zawsze robiłam. Przekonuję się jednak, że przepisy i waga bardzo pomagają w szybkim przygotowaniu posiłków. Kiedyś myślałam zupełnie odwrotnie... Uważałam, że spontanicznie znaczy szybko. Dziś myślę, że na gotowanie spontaniczne i tworzenie potrzeba jest więcej czasu: dosalanie, doprawianie, dokładanie i ciągle brzęczące "czegoś tu jeszcze brakuje.." trochę trwa, choć wydaje się, że minął zaledwie kwadrans ;-) Teraz chętnie spisuję, także swoje własne spontaniczne, receptury i korzystam z nich dzięki czemu zyskuję sporo czasu w skali miesiąca ;-) Wracając do sosu pomidorowego to jeden ze sposobów na szybki obiad. A teraz jeszcze szybszy, bo mam kilka woreczków gotowego już sosu. Sos zamrażam, w porcjacch różnej wielkości, na płasko w woreczkach strunowych podobnie jak paprykę.  


Mrożona zielenina.

Wydaje mi się, że to nie nowina ;-) Jednak spotykam jeszcze osoby zaskoczone mrożeniem koperku, natki pietruszki i selera.

Po zbiorze lub zakupie zieleniny myję ją i osuszam. Następnie kroję i zamrażam w woreczkach. Bardzo łatwo wyjmuje się łyżeczką potrzebną ilość. W potrawie momentalnie ulegają rozmrożeniu. 

Zieleninę mrożę stopniowo, jak tylko pojawia się ta zwyczajna, z gruntu. Gdy kupuję pęczek to właściwie rzadko wykorzystuję całość. Wtedy tę niewykorzystaną część wrzucam do woreczka i do zamrażalki. Pod koniec sezonu kupuję ile potrzeba i dorzucam do pełna. Mrożona zielenina wygląda i smakuje jak świeżo zerwana. Suszonej, od jakiegoś już czasu, mówię nie.



Mrożenie.

Tak prezentuje się szuflada mojej zamrażarki po zapełnieniu jej mrożonkami. Najpierw woreczki leżą na płasko, żeby równo zamroziły się przetwory. Później układam je w ten sposób. Bardzo łatwo znaleźć potrzebną mrożonkę i miejsce w szufladzie jest bardzo dobrze wykorzystane. Do mrożenia, już od kilku sezonów, używam woreczków strunowych z IKEA. Bardzo je lubię, są mocne i szczelne. Dzięki zamrażaniu przetworów "na płasko" można je szybko rozmrozić. Jeśli mamy mało czasu wystarczy polać taką "taflę" ciepłą wodą i całość wyskakuje z woreczka. W przypadku papryki mrożę tylko jedną warstwę w woreczku. Dzięki temu porcję mogę podzielić przełamując ją bez problemu. Dodatkową zaletą mrożenia jest ta, że możemy mrozić porcje różnej wielkości np. sos na 2-3 pizze albo do spagetti dla całej rodziny. Woreczki z mrożonkami podpisuję wodoodpornymi pisakami. Opisuję: zawartość, datę mrożenia, oraz wielkość porcji (wagę lub ilość szklanek).


P.S.I.Moje przetwory maleją w zastraszającym tempie!!! 

P.S.II. Do przetworów powrócę. Jeszcze przetwarzam. Panienka Hokaido oczekuje na wielką odsłonę ;-) 

czwartek, 20 września 2012

Smaki lata.


Lato powoli dobiega końca. Czekałam z tym wpisem, żeby wspomnienia były całościowe, myślę, że dziś mogę już go zakończyć. Nie jest to blog kulinarny i póki co, nie planuję. TUTAJ pojawił się już wpis z kulinarnym tłem i czasem coś do podjedzenia jeszcze wrzucę, bo dlaczego nie... Bardzo lubię piec i gotować, często korzystam z przepisów zamieszczonych na blogach kulinarnych, niektóre są przepiękne, zwłaszcza te, których właścicielki pasjonuje też fotografia. Dziś jeszcze tak gawędziarsko - opowiastkowo - sentymentalnie, ale w kolejnym wpisie bedzie przepis! Nie wiem, czy to kwestia dojrzałości, czy poczucia mijającego czasu, staram się cieszyć z każdej chwili i doceniać dobry smak. Nie jest to kwestia nadchodzącej, nostalgicznej pory roku, bo zaczynam te kulinarne wypociny 21 lipca 2012 roku w miły słoneczny, choć wietrzny dzień i jak przypuszczam skończę pod koniec lata. Sama jestem ciekawa co tu będzie :-) To smaki i zapachy mojego lata, tego lata. Smaki, które mi towarzyszyły przez ostatnie miesiące i ich zapach, który teraz przypomnina ciepłe, leniwe dni...

Zacznę truskawkami i moim ulubionym rodzjem ciasta: tartą. W mojej subiektywnej klasyfikacji nie biorę pod uwagę ciasta drożdżowego i babki, te są jak dla mnie poza kategoriami, one SĄ ;-) Podsumowując - uwielbiam tarty. Tartę z truskawkami zrobiłam kilka razy tego lata. Świeże, pachnące truskawki :-) Tak, to jest smak lata, a właściwie przedsmak, od nich wszystko się zaczyna. W tarcie świeże truskawki zalane niewielką ilością galaretki i kruche, bardzo ciasto. Jak ja to lubię. 



Konfitura wiśniowa. Lato to zdecydowanie dojrzewające owoce i zapach konfitur. Dziś (21.07.2012) pachnie u mnie smażonymi wiśniami :-) Oczywiście szukałam w sieci co i jak. Są różne sposoby, różne zdania. O gustach ponoć się nie dyskutuje i moje zdanie jest takie: konfitura wiśniowa w/g receptury staropolskiej: ile owoców tyle cukru! jest najlepsza. Jeśli poczęstuję Was w moim domu konfiturą to nie liczcie na niskokaloryczną przekąskę... Możecie liczyć na całe owoce w gęstym konfiturowym syropie, których smak łaskocze w język i przypomina lato. Zrozumiałam w końcu jak to możliwe, jeść na deser poprostu konfiturę. Teraz wiem, nic więcej mi nie trzeba. Może też dlatego, że dojrzewają na moich oczach... Gdy nadchodzi zima zła i jem na podwieczorek konfiturę wiśniową mym oczom ukazują się gałęzie leżące na ziemi pod ciężarem czarnych wiśni i ten zapach... 




A teraz znane ich miłośnikom pomidory malinowe. Są pyszne! Te nietety nie pokazują ich prawdziwej natury, są bardzo eleganckimi, odpowiadającymi normom Unii Europejskiej, przedstawicielami swojego gatunku... Prawdziwe pomidory malinowe przybierają bowiem przedziwne kształty. Wydaje mi się nawet, że nie są ładne... Akurat nie mam szczęścia zajadania pomidorów prosto z krzaka, ale nie mam co narzekać, bo ich fantastyczne towarzystwo rośnie mi pod nosem.



 Doskonałe ogórki gruntowe. Jak one pachną, takich szkoda na maseczkę, ale na miseczkę ani trochę :-) Oto jak wygląda 50 % moich lipcowych kolacji. Wystarczy dodać soli, pieprzu, czasem oliwy i zapach lata unosi się w powietrzu. Każdej jesieni śpiewam, łącząc się w bólu : "Addio pomidory, addio ukochane, przez długie złe miesiące, wasz zapach będę czuła..." Z pewnością Starsi Panowie mieli na myśli pomidory malinowe ;-)



Usłyszałam ostatnio, że pomidory i ogórki się nie lubią! Wiedziałam, że nie należy ich sadzać blisko siebie, ale że na talerzu także... no cóż, o gustach się nie dyskutuje, ja tam będę nadal tak jadła :-) (Dopisane 19.09.2012)

A co w kubeczku do picia jest? Mięta. Świeża, prosto z ogrodu, ma się rozumieć. Ten smak i zapach... to lato. A jeszcze taka z lodówki, wypita pod jabłonią, tak to moje lato, pijemy ją niemal litrami. I nawet dzieciom nie kojarzy się z leczniczą miętą, którą piją gdy czasem bolą małe brzuszki. To  mógłby być napój bogów ;-) 


Dowód na to, że jedzenie było prawdziwe i smaczne ;-)


Pomidorów ciąg dalszy. Cudownie jest wracać do rodzinnego domu i rodziców, gdy nie muszę myśleć co dziś na obiad, a zamiast tego dostaję pod tzw. nos zupę pomidorową z ryżem :-) To smak tego lata. Moje dzieci mogą cały tydzień jeść zupę pomidorową babci, w niedzielę rosół, a od poniedziałku znów pomidorówkę... Ja gotuję już inaczej, cieszę się gdy wracam do smaków, które przygotuje mama... Dobrze mieć mamę, dobrze pozwolić sobie być dzieckiem, tak czasami, na wakacjach... Na zdjęciu cudownie krzywe pomidory malinowe :-) I ten talerz: to dopiero relikt minionej epoki ;-) Założę się, że choć raz z takiego jedliście ;-)



Maliny. Na zakończenie wakacji lato pogłaskało mnie na pocieszenie... Całe krzaki obsypane wielkimi malinami. Jaka łaskawość i otucha...



Te wspaniałości, o których pisałam, że pochodzą prosto z drzewa / krzaka wyrosły w ogrodzie moich rodziców. O nim też dwa słowa. Uwielbiam ten ogród, w niczym nie przypomina równiutkich trawników i rabatek, na modę angielską. Nie widziałam podobnego w czasopismach, ale z pewnością wielu z Was widziało taki w dzieciństwie. Jest taki zwyczajny, zadbany ale nie do końca wyreżyserowany. Krzaki mogą tu bujać wzdłuż i wszerz, drzewa zrzucać liście, bez poczucia winy, że robią bałagan. Dzieci mogą rozbić tu obóz i rwać kwiaty do wazonu. 







No cóż, to już jest koniec. Nadchodzi jesień. Pyszna, pachnąca jesień. Ciekawe, czym będzie mi pachniała tego roku...

środa, 15 sierpnia 2012

Decoupage i rozważania kulinarne.

Dziś małe conieco z wakacyjnej pracowni i moje, zdecydowanie subiektywne, kulinarne rozważania dla chętnych ;-) Zapraszam. 


Skrzynka na magiczne receptury czyli przepisy wyrwane, spisane, znalezione, kserowane kartki z inspirujących ksążek. Wszystkie chowam do tej skrzynki i od czasu do czasu wyciągam jakiś nowy na wypróbowanie. Te, które sprawdzają się w naszej rodzinie, które powtarzam kilka razy, wpisywane są lub wklejane do zeszytu z recepturami. Skrzynka o rozmiarach: 20 × 30 × 10 cm była opakowaniem do pitnego miodu, zdaje się. Już kilka lat służy w stanie surowym, ale surowe, niezabezpieczone drewno niszczeje od kurzu i traci kolor. Długo nie miałam na nią pomysłu, później chciałam ją oczyścić i polakierować tylko, aż tego lata stała się skrzynką mandarynek :-) Ozdobiona techniką decupage, o której wspominałam już TUTAJ. Wykorzystałam serwetkę z motywem mandarynek oraz z jakimś tajemnym tekstem wewnątrz, nie będzie go widać, ale ja wiem, że tam jest ;-) Poszła na pierwszy ogień po dłuuugiej przerwie mojego kontaktu z decoupagem i pozostawia wiele do życzenia. Nie poprawiam, choć mogłabym, mogłabym też zacząć od początku, jednak to jest to, co kocham w pracach ręcznych, te niedociągnięcia, niemożliwe przy taśmowej produkcji. Sprawiają, że rzecz jest wyjątkowa. Oczywiście od takiego myślenia jeden tylko krok do zamierzonego zaniedbania, trzeba się pilnować... Póki co dopieszczam moje rzeczy jak potrafię najlepiej na dzień dzisiejszy, a jeśli już jutro pomyślę "potrafię lepiej" cieszę się, że czegoś znów się nauczyłam...


Zeszyt na magiczne receptury. Pomysł wpadł mi do głowy podczas przygotowywania wpisu o skrzynce :-)) Kończy się mój dotychczasowy zeszyt z przepisami i pomyślałam, że nowy mogłabym ozdobić decoupagem. Zakupiłam zeszyt w twardej oprawie i moim ulubinym formacie B5. Puściłam wodze wyobraźni (ale nie za bardzo;-) i w mojej wakacyjnej pracowni powstał taki zeszyt. Jak wspomniałam, do zeszytu wpisuję te sprawdzone przepisy, ale też moje autorskie, wpisuję uwagi, poprawiam, obliczam 1,5 porcji, 2 porcje, 5 porcji :-) Obawiam się, że na karteczkach odeszłyby w niepamięć. Tak więc mój zeszyt nie jest w środku śliczny i schludny... jest używany, w kuchni, niemal codziennie, niech pierwsze wrażenie poprawi odbiór reszty :-) 


Przednia część okładki.

Tylna część okładki.

Wewnętrzna część okładki.

Pierwszy przepis.

Trudno uwierzyć, że nie majstrowałam przy zdjęciach zeszytu. To było chwilę przed burzą, taka czerwona poświata pojawiła się na dworze, do tego kolory obrusu i pomidorów. Chyba fajnie wyszło przez przypadek. Zaczynam zauważać rożnicę w świetle!
⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  
Teraz już część, dla tych, którzy mają ochotę jeszcze poczytać, o moich myślach wokół ot, takiego zeszytu ;-) Myśli kulinarne, rzecz jasna.
Okazuje się, że nic z mojej okładki nie jest przypadkowe, choć nie planowałam, że musi coś oznaczać, że musi o coś chodzić, żeby było o czym pisać ;-) Mimochodem wybrałam jednak to, co lubię, do czego mam sentyment. Już tak mam... O czym więc okładka ta stoi? Większa część okładki to felieton z "Twojego Stylu" o warzywach  autorstwa Tessy Capponi-Borawskiej. Bardzo lubię te felietony. Pobudzają wyobraźnię kulinarną i dają ogromne pole do popisu. Pani Tessa pisze co z czym się jada, a co do czego nie pasuje. I dzięki temu, że nie znajduję w nich szczegółowych przepisów to powstaje o wiele więcej różnych potraw. Nie poruszam się zupełnie po omacku w jakimś temacie, a z drugiej strony mam poczucie, że zrobiłam, a nawet wymyśliłam! coś sama. Ten felieton o warzywach był fantastyczny! Dzięki niemu przyrządziłam fasolkę szparagową w sosie pomidorowym, tak jada się we Włoszech. W tej formie jest daniem samym w sobie, a także doskonałą alternatywą do bułeczki smażonej na masełku... 
Jeśli chodzi o Tessę Capponi - Borawską, to pierwszy raz zetknęłam się z Nią w telewizyjnym programie kulinarnym i przyznam, że nie bardzo przypadła mi do gustu... Pamiętam jednak, że z tego programu nauczyłam się przygotowywać "polskie pesto". Świetny sos, dostosowany do polskich realiów i smaków. To sos na bazie natki z pietruszki i ziaren słonecznika. Miksuje się je w blenderze z kilkoma łyżkami oliwy i szczyptą soli. Uwielbiam go w kuchni! W tym programie wystąpił w idealnym! trio. Otóż był dodatkiem do makaronu świderki z... fasolką szparagową. Polecam, moja rodzina bardzo lubi. "Polskie pesto" jest świetnym dodatkiem do warzyw gotowanych i sałatek. Bardzo dobra alternatywa do standardowego pesto i nowy smak.


  
Okładka książki, którą muszę
w końcu oddać właścicielowi...
Jeszcze parę zdań o autorce. Zachwyca mnie bowiem jej książka. To wspomnienia i wydarzenia z Jej życia, ale także dotyczące historii Włoch i samej Toskanii. Ma zupełnie inny nastrój niż bardziej zane książki, gdzie historie ludzi przeplatają się z przepisami i opowieściami o jedzeniu. Historie o tym, jak ktoś (zazwyczaj kobieta, Amerykanka) wyrusza do Włoch, w których się zakochuje i wszystko się zmienia. Żeby nie było wątpliwości, bardzo lubię te książki także. Mam tu na myśli "Pod słońcem Toskani" Frances Mayes oraz serię Marleny de Blasi "Tysiąc dni w...". Książka Tessy Capponi - Borawskiej jest poprostu inna, jakby poważniejsza, powiedziałabym nawet, patriotyczna...  Zawiera też przepisy. Kilka wypróbowałam. Moim numero uno jest Makaron z sosem pomidorowym niegotowanym (Pasta col sugo di pomodoro crudo). Pomidory, zioła, przyprawy, oliwa i gotowe! Do tego makaron al dente, oczywiście i fantastyczny, szybki, letni obiad na stole :-)

Makaron świderki z sosem pomidorowym niegotowanym, przepis
na stronie 37.
Częścią okładki mojego zeszytu jest przepis na karczochy (także "Twój Styl"). Jedyny kontakt z karczochami jaki miałam to jedząc je. Nie mam odwagi ich przyrządzić. Bardzo rzadko spotykam je w sklepach, może to sprawia wrażenie niedostępnych... Pamiętam jednak, gdy około 10 lat temu zobaczyłam na rynku BAKŁAŻANA. Oniemiałam z zachwytu nad kolorem i pięknem tego warzywa. Był dla mnie tak egzotyczny, że nie odważyłam się go wtedy kupić... A dziś? Uwielbiamy go. Pieczonego w żeliwnym garnku w towarzystwie pomidorów, cukini, pora i tego na co mamy ochotę, z odrobiną oliwy i soli. Albo grliowanego, podanego na zimno z oliwą i przyprawami. Ja osobiście uwielbiam pastę z bakłażana, która wygląda dość kiepsko a smakuje obłędnie! Mam dylemat: czy podawać ją gościom?... Albo ulubiony bakłażan mojego męża: smażony w cieście np. piwnym. Pisałam o karczochach ;-) Plan mam taki: w tym zeszycie znajdzie się sprawdzony przepis na pysznego, ulubionego karczocha, niech okładka będzie przypomnieniem. Przy okazji: marzą mi się jeszcze smażone kwiaty cukinii, ja o nich śnię, nigdy nie jadłam :-(


Bakłażany w Cieście Piwnym, w tle
Zupa Dyniowa

Gdyby jeszcze ów kwiat usmażony
 był w lekkiem cieście i rósł  tak
na krzaku, taki gatunek...
Na tylnej części okładki jest fragment artykułu z "Claudii" o kulinarnych blogerkach. Wybrałam ten, który jest mi największą inspiracją. Eliza Mórawska vel Liska pisze blogi White Plate oraz Pracownia Wypieków. To z Nią przygotowałam zakwas i upiekłam pierwszy chleb. I bez zaglądania do zeszytu zastanawiam się, które przepisy najbardziej zapamiętałam, bo wykorzystałam wiele. Z Pracowni Wypieków to z pewnością Chleb Polski, Ciabatty i Chleb Tostowy. Z White Plate pomyślałam o Tarta Tatin, Panforte di Siena i Kruchych Ciasteczkach, które piekę z córkami :-) Z wytrawnych pozycji to wspaniała Zupa Porowo - Ziemniaczana i Barszcz Wigilijny. To pierwszy barszcz bez zakwasu, który mi smakuje.


Mój pierwszy chleb.
Żytni na zakwasie.
Nasz domowy chleb powszedni.
Chleb polski na zakwasie, pieczony
w garnku żeliwnym.
Blogi, o których wspomniałam są bardzo popularne, Liska podejmuje nowe wyzwania, ciekawie ogląda się jej starsze wpisy, widać jak wiele zrobiła w kierunku profesjonalnej fotografii potraw. Przyznam jednak, że ostatnie zdjęcia mniej mi się podobają, wolałam te swojskie, z których człowiek ma ochotę sięgnąć po kawałek ciasta... W ostatnim czasie pojawiają się bardziej artystyczne, na których gra światło, tak się chyba mówi...
Zdjęcia, które dziś zamieszczam to kilka moich radosnych kuchennych przygód z blogami Liski. Czasem pstrykałam zdjęcie telefonem i nie przypuszczałam, że kiedyś je...opublikuję ;-) Niektóre zrobione kilka lat temu.


Mój pierwszy chleb bochenkowy. To znaczy, że uformowałam
 bochenek, po czym wyrastał w koszyku. Upiekłam go na
ceramicznym kamieniu. 
Wspomniane już Ciabatty. 
Kończąc powoli moje kulinarne wywody zaglądamy do środka zeszytu, bo ciągle o nim mowa. Zioła... Zioła i zielnik są moją pasją. Moje zainteresowania 10 lat temu szły w kierunku botanicznym, dziś zmienił się nieco kierunek (na kulinarny), ale pasja pozostała. Obiecałam sobie, będąc młodą dziewczyną, gotować zupy bez tzw. jarzynki, vegety czy innych takich... W mojej rodzinie nikt nie posiadał tej umiejętności i wydawało się to sztuką magiczną! Jarzynka także wydawała się nią być (magią) bo wystarczyła łyżeczka i wszystko smakowało, no właśnie podobnie... Teraz już wiem, że to nie magia a nauka, a dokładniej chemia... Tak więc, wbrew pozorom nie odeszłam od tematu, zioła pomagają uzyskać niepowtarzalne smaki moim zupom. Majeranek, bazylia, oregano, tymianek, gałka muszkatałowa, pieprz... mam już swoje ulubione połączenia i już nie tak często zdarza mi się eksperymentować.


Zwykły obiad, zwykła zupa warzywna z lubianym
 przez dzieci dodatkiem: malutkimi pulpecikami.
Do tego świeży chleb i nic więcej...
I pierwszy wpis w zeszycie! Na pamiątkę tegorocznych wakacji oraz pierwszego i drugiego upieczenia eksperymentalnego. Eksperyment udany, Tarta Wiśniowa została zapisana i zabezpieczona przed niepamięcią. Szczegóły tarty pojawią się pewnie kiedyś na blogu. Uwielbiam ten rodzaj ciast.


Letnia wiśniowa tarta i Cynie, wspanaiałe letnie kwiaty i Cappuccino.

Ciekawa jestem, czy ktoś wytrzymał do końca... Może jest rok 2039, moja córka jest w moim wieku i stała się równie sentymentalna jak mama... I to właśnie Ona wytrwała! Macham  do Cię córeczko i widzę, że mnie bardzo kochasz ;-)

Dziękuję za uwagę :-)