Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jabłka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jabłka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 kwietnia 2013

Ciasta z jabłkami część 2.

Jabłkowy sezon powoli dobiega końca postanowiłam zamieścić jeszcze ten wpis z pozostałą częścią moich jabłkowych "ulubionych". Przyznaję, że długo go przygotowywałam. Dziś ciasta nieco bardziej pracochłonne od prezentowanych wcześniej i wymagają większej ilości brudnych naczyń, "ale warto" jak to mówią :-)



Na początek. Jaka jest różnica między jabłecznikiem a szarlotką? Tak, mam swoją definicję wypracowaną w praktyce ;-) Po pierwsze aromat i smak: dla mnie szarlotka jest mocno cynamonowa i aromatyczna. Jabłecznik w nadzieniu ma jabłka i cukier, czasem dodaję odrobinę cynamonu, ale raczej tego unikam. Po drugie nadzienie: szarlotka w nadzieniu ma jabłka w wyczuwalnych kawałeczkach, jabłecznik to dla mnie jabłka starte na tartce. Trzecia różnica to ciasto. Szarlotka jest na kruchym cieście najlepiej z kruszonką na wierzchu. Jabłecznik w cieście ma proszek do pieczenia więc ciasto jest bardziej puszyste takie piaskowo / półkruche. To moja wersja. Natomiast jakiś czas temu "u cioci na imieninach" dowiedziałam się, że różnica jest w jabłkach! Podobno szarlotka tylko i wyłącznie z Szarych Renet. Zgadzam się, że to najlepsze jabłka na szarlotkę, ale jak dla mnie różnic jest więcej. Dzięki tym różnicom szarlotka na ciepło i z lodami - pycha! Jabłecznik, no już nie bardzo to widzę. Są i tacy, którzy uważają, że szarlotka i jabłecznik to jest to samo. Tak więc według mojej subiektywnej opinii jabłecznik jest na zdjęciu po prawej stronie a przpis był TUTAJ. Natomiast twszystko, co pisałam o szarlotce  zawiera się w przepisie poniżej.


Moja szarlotka.

To było tak: Zjadłam kiedyś pyszną szarlotkę w jednej kawiarni i za punkt honoru obrałam upiec taką samą albo i lepszą... Teraz już nie zrobiłabym tak, poprostu chodziłabym na tę szarlotkę do kawiarni:-) Jednak dzięki temu, że kiedyś taka właśnie byłam mamy naszą domową szarlotkę, którą podaję na ciepło z lodami. Trochę to trwało zanim zaczęła przypominać tę pyszną z kawiarni. Przepis jest mojego autorstwa. Oczywiście początkowo wychodziłam z innych przepisów, ale mocno je modyfikowałam. 




Składniki

Ciasto:
  • 300 g mąki pszennej
  • 250 g masła
  • 1 żółtko
  • 80 g cukru pudru
  • szczypta soli
Nadzienie:
  • 6 dużych jabłek (najlepiej Szara Reneta) obranych, pokrojonych w dużą kostkę
  • 2/3 szklanki cukru
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 3 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki przyprawy piernikowej
  • 2 łyżki stopionego masła
Kruszonka:
  • 1 szklanka cukru
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 125 g masła
  • 1 żółtko
  • cukier waniliowy
  • szczypta soli
  • 1 łyżeczka cynamonu

Przygotowanie:

Ciasto zagnieść i na 30 minut wstawić do lodówki.
Jabłka wymieszać z pozostałymi składnikami nadzienia, nie smażyć.
W misce umieścić składniki na kruszonkę (masło pokroić na kawałki) i ucierać mikserem do uzyskania konsystencji mokrego piasku.
Piekarnik rozgrzać do 180℃.
Wyjąć ciasto z lodówki i rozwałkować. Ciasto wałkuje się dość trudno. Warto jednak pomęczyć się trochę ponieważ jest smaczne i nawet na drugi dzień kruche. Można zadziałać sposobem: wałkować ciasto pomiędzy kawałkami folii spożywczej. Gdy uzyskamy odpowiednią wielkość placka, zdjąć folię z jednej strony, z pomocą jednej folii przełożyć ciasto na blachę wyłożoną papierem i zdjąć drugą część folii z góry. Ta ilość ciasta jest wystarcająca na standardową blachę (ok. 25cm × 35 cm). Ciastem wyłożyć także brzegi blachy. Jeśli używamy tortownicy o średnicy 23 cm ta ilość ciasta jest za duża. Można z pozostałej części upiec ciasteczka albo rozwałkować, pociąć na paski i ułożyć na cieście zamiast kruszonki.
Na ciasto wyłożyć nadzienie i posypać kruszonką.
Piec 40 minut w temperaturze 180℃ , następnie zmniejszyć temperaturę do 150℃ i dopiekać szarlotkę przez kolejne 40 minut. Jeśli mocno zarumieni się przykryć blachę folią alumniową i tak dopiekać ciasto. 

Alzacka tarta z jabłkami.

Przepis na pewno pochodzi z jakiegoś bloga. Spisałam przepis do zeszytu i niestety nie zapisałam z jakiego. Jeśli kiedyś ją znajdę to uzupełnię wpis. Tarta jest pyszna i dość wyjątkowa. Słodkie jogutrowe wypełnienie mile otula jabłka. Bardzo smaczna z innymi owocami np. jagodami. Z truskawkami też próbowałam, ale wtedy do zdjedzenia od razu. Polecam szczególnie kruchy spód, który jest wytrawny, nie zawiera cukru.


Składniki

Ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 2-3 łyżki śmietany
  • 130 g zimnego masła
  • 1/4 łyżeczki soli
Nadzienie:
  • 2 duże jabłka obrane, pokrojone na ćwiartki i dalej na plasterki
Masa jogurtowa:
  • 170 g jogurtu naturalnego (ja najbardziej lubię grecki)
  • 1 łyżeczka wanilii
  • 100 g drobnego cukru
  • 2 jajka 
  • 50 g mąki pszennej
Przygotowanie:

Z podanych składników zagnieść ciasto. Wyłożyć nim formę do tarty i piec około 12 minut w 200℃ . Można wyłożyć ciasto papierem (od góry) i obciążyć (np. fasolą) żeby nie robiły się pęcherze powietrza.
W tym czasie przygotować nadzienie. Zmiksować dokładnie składniki masy jogurtowej.
Zdjąć obciążenie (jeśli je stosowaliśmy). Na podpieczonym spodzie ułożyć plasterki jabłek i wlać masę jogurtową. Piec 40 minut w 180℃ .

Tarta Tatin.

To ciasto, które mnie zaintrygowało i zrobiłam je z czystej ciekawości. Czytałam gdzieś, że powstało przez przypadek, gdy rzeczona Panna Tatin zapomniała położyć na spód formy kruchego ciasta na tartę. Tak więc gdy się zorientowała (czując zapach karmelizowanych jabłek) co jej pozostało jak nie położyć ciasta na jabłkach a po upieczeniu odwrócić, jak należy? I tak zrobiła. A dziś możemy cieszyć się tym cudem. Przepis pochodzi z bloga White Plate.



Składniki

Ciasto:

  • 150 g mąki pszennej
  • 100 g masła
  • 25 g cukru
  • 2 żółtka
Nadzienie:
  • 5 jabłek średniej wielkości obranych i pokrojonych w ćwiartki
  • 100 g cukru
  • 40 g masła

Przygotowanie:

Ciasto zagnieść z podanych składników i włożyć do lodowki na 30 minut.

W tym czasie karmelizujemy jabłka. Szczegóły na ten temat napisałam w recepturze poniżej. Tutaj po krótce, w razie wątpliwości proponuję doczytać wpis do końca ;-) Na dużej patelni (nie może mieć plastikowych części, ja używam patelni Tefal z odpinaną rączką) rozgrzać masło z cukrem. Kiedy cukier zacznie karmelizować ułożyć jabłka i smażyć je z jednej strony, a gdy się zarumienią przewrócić na drugą stronę. Kiedy nabiorą złocistego koloru zdjąć patenię z ognia. 
Piekarnik rozgrzać do 200℃ .
Wyjąć ciasto z lodówki i rozwałkować na nieco większy placek niż średnica patelni. Ciasto trochę się rwie, dlatego warto je wałkować między dwoma kawałkami folii spożywczej, o czym pisałam powyżej, w przepisie na szarlotkę.
Nałożyć ciasto na jabłka, zawinąć brzegi do środka i wstawić patelnię do piekarnika.
Piec 20 minut w temperaturze 200℃ , a następnie kolejne 20 minut w 160℃ .
Po wyjęciu z piekarnika przygotować duży talerz i przełożyć ciasto na talerz tak, żeby jabłka były na wierzchu. Wykonuję to szybkim, zdecydowanym ruchem. Jeśli jakieś jabłko zostanie na patelni przekładam je widelcem na ciasto. 




Karmelizowane jabłka krok po kroku ;-)


Nad karmelizowanymi jabłkami postanowiłam jeszcze się rozpłynąć :-) Poznałam je w tej postaci dzięki Tarta Tatin, ale przyrządzam nie tylko wtedy. Są doskonałym dodatkiem do lodów, zdecydowanie szybszym od szarlotki. Pyszne z naleśnikami.



Składniki:
  • 100 g cukru
  • 40 g masła
  • 5 - 6 jabłek obranych i pokrojonych na części

Przygotowanie:

Na dużej patelni rozgrzać masło z cukrem. Kiedy cukier zacznie karmelizować ułożyć jabłka i smażyć je z jednej strony, a gdy się zarumienią przewrócić na drugą stronę. Kiedy nabiorą złocistego koloru zdjąć patenię z ognia. Przy karmelizowaniu należy użyć na tyle dużej patelni, żeby jabłka leżały obok siebie. Kawałki nie powinny leżeć na sobie. Jabłek nie należy przewracać zbyt często, najlepiej tylko raz, ponieważ przez jakiś czas przygotowywania są bardzo kruche i mogą się rozpaść. Nie wyglądają później tak ładnie. Po zakończeniu karmelizowania nie są już tak delikatne i ładnie zachowują formę. Podczas każdego karmelizowania należy pamiętać o bardzo wysokiej temperaturze, która powstaje przy rozpuszczaniu cukru. Przed podaniem należy owoce przestudzić.
Karmelizować można w ten sposób także inne owoce (banany, gruszki).



Przy okazji postanowiłam pokazać moją obróbkę jabłek ;-) Niby nic, ale odkąd posiadam dwa fantastyczne przydasie kuchenne taka obróbka idzie migiem. To oczywiście nie jest wpis sponsorowany ;-) Dzielę się moimi pomocnikami, jak podzielila się ze mną sąsiadka, gdy pewnego dnia, tej jesieni, nie mogłam zatrzymać się na kawę bo zostałam obdarowna workiem jabłek :-) Przydasie numer 1: Obieraczka do warzyw a dokładnie pomidorów! (tak, obiera pomidory ze skórki bez sparzenia) (Victorinox ok. 20 zł). Numer 2: Nożyki porcjujące jabłka (IKEA 10 zł). Jeśli wierzyć przysłowiu, że czas to pieniądz, to powiem, że już sporo zarobiłam na tych przyrządach ;-) 

Podsumowanie. Lubię podsumowania. Dzięki nim powstaje wrażenie przemyślanej całości ;-) Dzięki obfitości jabłek tej jesieni nie musiałam jeszcze otwierać moich przetworów jabłkowych. Tak więc ten czas bez owocny, który nadchodzi przeżyjemy w niezłym stylu :-) Dla ułatwienia poszukiwań jabłkowych na blogu:

  • Konfitura jabłkowa jest TUTAJ
  • Ciasta - część pierwsza jest TUTAJ.


piątek, 15 lutego 2013

Przeszło 20 skrzynek jabłek...

- To ile skrzynek jabłek Wam naszykować? - zapytał mój Tato kiedy kończyły się ferie.
- Teraz nie zabierzemy. Mam jeszcze jedną skrzynkę w domu i całą szufladę w lodówce - odpowiedziałam.
- To dalej dziewczyny, zabierajcie się za te jabłka (te dziewczyny to ja i moja mama ;-), bo w piwnicy pod schodami jest jeszcze przeszło 20 skrzynek... 
Jak tato powiedział, tak zrobiłam :-) 



Trzeba przyznać, że jabłka z ogrodu rodziców, o którym TUTAJ pisałam są wyjątkowej urody. Rosną bez oprysków i mimo to doskonale przechowują się. Starzeją się także z godnością. Te, które stoją dłuższy czas w ciepłym miejscu wysychają i marszczą się poprostu, prawie nie gniją. 
Poniżej przedstawiam przepisy na ulubione ciasta. Z tego co wiem urodzaj na jabłka był w tym roku duży. Być może poddam komuś pomysł na miłe zużycie kilograma czy dwóch w ten weekend :-) Dziś postanowiłam zapodać takie zwykłe ciasta. Planuję jeszcze przepisy na ciasta z jabłkami typu szarlotka, do przygotowania których potrzeba nieco więcej czasu i naczyń. Teraz jednak ciasta szybkiej potrzeby ;-)


Jabłecznik Mamy.

To zdecydowanie smak mojego dzieciństwa, a szczególnie niedzielnego popołudnia. Takie ciasto piecze moja mama, a teraz i ja. To jest taki zwyczajny jabłecznik domowy, pyszny, bez zbędnych dodatków i upiększeń.



Składniki na ciasto:
  • 225 g masła / margaryny
  • 3 jajka + 1 żółtko (białko zostawić do posmarowania wierzchu ciasta)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 600 g mąki
  • 200 g cukru
Składniki na nadzienie:
  • 1 kg obranych i startych jabłek (na średnich oczkach)
  • 160 g cukru
  • 3 płaskie łyżki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki cynamonu - opcjonalnie (ja raczej nie dodaję)
Przygotowanie:

Z podanych składników zagniatam ciasto i wkładam do lodówki na 20-30 minut. Przygotowuję nadzienie. Starte jabłka, cukier i mąkę mieszam. Dzięki mące jabłka lepiej "trzymają się" (nie puszczają soku) i ciasto nim nie nasiąka. Połowę ciasta z lodówki wałkuję i wykładam dno blachy. Nakładam nadzienie. Wałkuję drugą część ciasta i układam na jabłkach. Wierzch ciasta smaruję białkiem roztrzepanym z małą łyżeczką wody i posypuję cukrem, najlepiej brązowym. Po upieczeniu mam chrupiącą cukrową skorupkę na cieście. Piekę około 50 min. w 180℃ .To najprawdziwszy jabłecznik (nie mylić z szarlotką) według mojego subiektywnego spojrzenia na kuchnię ;-)

"Najłatwiejsze ciasto w świecie"


Może niektórzy pamiętają taką piosenkę "Radiowych Nutek" (dziecięcy zespół muzyczny z ubiegłego stulecia ;-). Prosiłam mamę, żeby upiekła to ciasto z piosenki, ale Ona mi tłumaczyła, że w piosence nie ma dokładnego przepisu... Dziś myślę, że to było TO właśnie ciasto. W piosence było ze śliwkami i takie także piekę w sezonie. Dziś jednak mamy do spożycia przeszło 20 skrzynek jabłek, dlatego będzie z jabłkami. Szybko łatwo i przyjemnie. Przepis pochodzi z internetu (nie pamiętam źródła, wyszukany kilka lat temu) z moimi zmianami.


Składniki:

  • 4 jajka
  • 2 szklanki mąki
  • 190 g masła / margaryny
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • ok. 4 jabłek obranych, pokrojonych w kostkę
Przygotowanie:

Białka ze szczyptą soli ubijam na sztywną pianę. Zmniejszam ubijanie na niższe obroty i dodaję kolejno: cukier, żółtka, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Na końcu dodaję rozpuszczone, przestudzone masło. Przelewam ciasto na blachę i równo obkładam jabłkami. Piekę ok. 40 min. w 180℃, do "suchego patyczka". Ciasta wydaje się mało, ale to porcja wystarczająca na klasyczną dużą blachę. Jeśli ktoś woli wyższe ciasta to można je upiec w tortownicy lub mniejszej blaszce. Ciasto "uniesie" dużą ilość owoców. Tak jak pisałam: to takie zwykłe domowe ciasto. Bardzo je lubię.

Salceson ;-)


Niestety często bywa tak, że dziwna (a nawet głupia) nazwa czy ksywa przylega jak ulał i co byś człowieku nie robił zostaje... Na dzień dzisiejszy pogodziłam się z faktem, że najpopularniejsze ciasto w naszym domu (a nawet kraju) nosi nazwę "Salceson". Ciasto ekspresowe. Ciasto, które ma różne wersje. Jadłam z gruszkami, rodzynkami i migdałami. Moją ulubioną jest wersja cynamonowa z jabłkiem bez kakao! To jest ciasto ze zdjęcia. Powiew lata... Zdjęcie z wakacji, ciasto z pierwszych ogrodowych jabłek. Ciasto wilgotne i lekkie zarazem. Ciasto bez margaryny czy masła, na oleju roślinnym. Zawsze wychodzi. Źródło przepisu: "jedna pani drugiej pani" ;-)


Składniki:
  • 5 jajek
  • 2 szklanki cukru
  • 3 szklanki mąki
  • 1 szklanka oleju roślinnego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody spożywczej
  • 4 łyżeczki cynamonu
  • 1,5 kg jabłek obranych i pokrojonych w kostkę
Przygotowanie:

Białka ze szczyptą soli ubijam na sztywną pianę. Zmniejszam ubijanie na niższe obroty i dodaję kolejno: cukier, żółtka, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, sodą i cynamonem. Na końcu dodaję olej. Następnie jabłka i mieszam dobrze łyżką. Przekładam ciasto na standardową dużą blachę. Piekę ok. 50 min. w 180℃ Do "suchego patyczka".

Dietetyczne ciasto z jabłkami.

Na niedzielną kawkę miała do nas wpaść zaprzyjaźniona rodzina z karmiącą mamą. Karmiąca mama dla dobra swojego oseska nie może spożywać produktów mlecznych w tym masła i margaryny oraz jajek. To było wyzwanie: zrobić coś dla tej mamy do tej kawki.... Powstał placek - pizza ;-) Tak nazwały go dzieci. Nie zawiera mleka, masła ani jajek. Uwaga! Jest bardzo smaczny! Tak myślę sobie, że jest mało kaloryczny jak na ciasto. Polecam, nie tylko dla osób na diecie.


Składniki na ciasto:
  • 320 g mąki
  • 20 g świeżych drożdży
  • 200 ml wody
  • 120 g cukru
  • 3 - 4 łyżki oliwy
  • 1/2 łyżeczki soli

Nadzienie z jabłek:
  • 3 jabłka obrane, wydrążone z gniazd nasiennych i pokrojone w talarki
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 6 lyżeczek cukru
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
Przygotowanie:

Z podanych składników zagnieść ciasto. Zazwyczaj podaje się, żeby drożdże rozpuścić w małej ilości wody. Ja od dłuższego już czasu robię tak: po odmierzeniu potrzebnej ilości mąki dokładam drożdże i rozkruszam je palcami razem z mąką. Drożdze łatwo odchodzą od palców i rozprowadzają się w mące. Ważne, żeby drożdży nie mieszać bezpośrednio z solą. Ta może spowodować, że ciasto będzie wolno rosło lub nie urośnie wcale. Sól wsypać z reszta składników już po roztarciu drożdży. Ciasto nasmarować oliwą i pozostawić do wyrastania. Powinno podwoić objętość, co zajmuje 1- 2 godziny. Po tym czasie rozwałkować je lub rozłożyć rękoma na blaszce, na grubość ok 2 - 3 cm. Ja przygotowuję ciasto okrągłe i piekę je na orginalnej blaszce wsuwanej do piekarnika. Moje ciasto ma około 30 cm średnicy. Pozostawić na jakieś pół godziny do podrośnięcia. W miseczce wymieszać cukier, cynamon i mąkę ziemniaczaną. Na rozwałkowanym cieście ułożyć pokrojone jabłka i posypać mieszanką. Dzięki mące sok, który wypływa z jabłek łączy się z nią i tworzy taką galaretkę miejscami, zamiast wsiąkać w ciasto. Ciasto piekę 30 minut w 180℃ . To ciasto nie jest pracochłonne ale jednak czasochłonne. Potrzebuje czasu na wyrastanie, jak to ciasta drożdżowe. Ja czasem zagniatam ciasto wcześniej i na czas wyrastania wkładam je do lodówki. Ciasto rośnie, ale znacznie wolniej. Często zdarza mi się zagniatać ciasto wieczorem i piec na drugi dzień. Niektórzy twierdzą, że takie ciasto drożdżowe jest lepsze. Jeśli chodzi o mnie to na pizzę i chleb wolę ciasto wyrastające w lodówce. Natomiast na słodkie ciasto drożdżowe wolę wyrastanie w cieple. Mam wrażenie, że "lodówkowe" ciasto jest bardziej zwarte. Jest puszyste, ale jest mniej "nadmuchane" nie robią się w nim duże bąble powietrzne. Tak mi się wydaje ;-)


Przyponę jeszcze pyszne Ciasteczka Serowe z Jabłkiem (a'la francuskie) o których pisałam TUTAJ




Suszone jabłka.

Początkowo to był pomysł na pomarszczone już jabłka, jakby nie patrzeć, częściowo wysuszone. Jednak tak bardzo wszystkim posmakowały, że teraz suszę je regularnie. Dzięki temu nie muszę w domu rozkręcać ogrzewania ;-) Wszyscy z przyjemnością chrupią zdrowe czipsy. Jabłka trzeba szybko zjadać lub zamykać szczelnie w słoiku bo szybko chłoną wilgoć. 


Próbowałam kilku sposobów suszenia (na kratce z piekarnika, na blaszce i papierze do pieczenia). Ten wydaje się jednak najlepszy. Jabłka suszę rozłożone na blaszce przykrytej lnianą ściereczką, w piekarniku nagrzanym 60℃ przy uchylonych drzwiczkach piekarnika. Zaleca się krojenie jabłek razem z gdniazdami nasiennymi, ale my te jabłka zjadamy a nie gotujemy w kompocie więc bez gniazdek są przyjemniejsze do użycia. Nie obieram jabłek ze skórki do suszenia. Trzeba brać pod uwagę, że ściereczka dość mocno poplami się od soku. Jednak dzięki temu, że sok w nią wsiąka to nie przypala się przy owocach i te ładnie wysychają. Polecam.




- "Kto ma ochotę na lody?" - zapytałam rodzinę kończąc obiad.
- "Ja nie chcę lodów, ja chcę ziemniaczki!" - powiedziała H - urodzona Poznanianka* ;-) 

*Dla niewtajemniczonych - Poznaniaków tu i ówdzie zwą pyrami ;-) 


środa, 21 listopada 2012

Co się stało z dynią? Część 1.


Jest mgliste listopadowe południe. Wierzę na słowo naukowcom, że słońce jest zawsze, tylko my go nie widzimy ;-) Tak więc nie widząc słońca postanowiłam je ... ugotować (jak nie uszyć to ugotować ;-) Jak dla mnie najbardziej słonecznym i wesołym warzywem jest dynia. Dynia to nie jabłko czy pomarańcza (brawa dla mnie ;-), chodzi mi o to, że dynię trzeba odkryć. Raczej trudno zjeść kawałek dyni i się nim zachwycić. Dynia wypełnia potrawy, dodaje im, chyba nawet bardziej struktury niż smaku... Tak subiektywnie widzę dynię ja - KarolinaPe :-) Powiem tak, dynia sama w sobie np. pieczona z czoskniem i oliwą średnio mi smakuje. W towarzystwie innych warzyw lepiej. Nie napiszę o wszystkim co z dyni zrobiłam, bo kilku potraw nie miałam ochoty powtarzać... Niektóre powtarzałam, bo bardzo chciałam je polubić, ale już przestałam ;-) Oczywiście nie wszystko co pokażę zrobiłam dzisiejszego przedpołudnia. Dziś smażyłam dżem dyniowo - pomarańczowy. Upiekłam też ciasteczka :-). O ciasteczkach z pewnością będzie (ale nie dziś, bo nie dyniowe). Tak więc obżarta ciasteczkami owsianymi, popijając herbatę z kandyzowaną skórką pomarańczową w mieszkaniu wypełnionym po sufit zapachami jestem gotowa napisać pozytywny wpis w środku mglistego, listopadowego dnia :-)

To zdjęcie z 2010 roku,  kiedy rozpoczęła się moja przygoda z dynią.
Początkowo wpadłam w panikę gdy zobaczyłam tę 20kg piękność.
Na temat dyni jest dużo informacji. Napiszę tylko tyle, że w tym roku wypróbowałm osławionej na forach i blogach dyni Hokkaido. Piszą o niej, że ma najpiękniejszy kolor i lekko orzechowy smak. Co ja na to? Jeśli chodzi o kolor: przez ostatnie 2 czy 3 lata dostawałam ogromną 20 kg dynię. Nie była to z pewnością Hokkaido, te nie są tak duże. Pozostał mi po niej jeden mały zagubiony woreczek puree (zamrożony rzecz jasna) i cóż? Ta zwykła dynia (nie wiem czy gospodarz znał jej gatunek) była zauważalnie bardziej pomarańczowa. A smak? Ja nie zauważyłam różnicy. Myślę poprostu, że nie będę się upierać przy Hokkaido. Jest ona z pewnością urocza i dekoracyjna i bardziej pomarańczowa, ale z zewnątrz. Żal kroić, to trzeba przyznać.

Dyni w postaci surowej nie zjadamy dużo, to strefa do odkrycia, którą pozostawiam na kolejne sezony. W tym roku w postaci surowej zajadaliśmy dynię w surówce. Przepisów na surówkę z dyni wypróbowałam kilka. Podam tylko ten, który regularnie powtarzamy. Prosta i tyle.


Surówka z dynią.



W skład surówki wchodzą:


  • Dynia
  • Jabłka
  • Marchew
  • Oliwa*
  • Prażone nasiona dyni*
  • Sól*


*składniki będące opcją

Dynię, jabłka i marchew obrane ze skórki starłam na tartce o dużych oczkach. Wymienione skladniki użyłam w równych ilościach. To wersja podstawowa, którą bardzo lubię, nic więcej z nią nie trzeba robić, wystarczy wymieszać. Lubię też wersję z oliwą i solą oraz prażonymi nasionami dyni, jest bardziej wyrazista a pestki pysznie chrupią i smakują.

Zdjęcia nie oddają w pełni urody tej surówki, to kolory, które komponują się idealnie: jasne odcienie jabłka i różne pomarańcze marchwi i dyni. Śliczne. 


Sok ze świeżą dynią.



W tym roku użyliśmy też dyni do świeżego soku. Sok dyniowy czysty spróbowałam... po czym dodałam jabłka i marchew, taka właśnie jest dynia. Dzieci zorientowały się, że w soku jest coś więcej niż jabłka i marchewka, ale piły ze smakiem. Moja uwaga: do sokowirówki należy obrać dynię ze skóry. Nawet używając takiej, do której wrzucamy całe jabłka i nieobraną marchew. Taką posiadam i nawet ona się zbuntowała, ale na szczęście przeżyła...

Jeśli chodzi o przepis na sok z dynią: Użyłam w równej ilości: jabłek, marchwi i dyni.

Teraz czas na dynię przetworzoną. Planowałam, tak jak do tej pory, zrobić jeden zbiorczy kulinarny post o dyni. Poczułam jednak potrzebę chwili i zapodaję to, co już mam. Z dynią jeszcze nie skończyłam, bowiem w postaci puree zajmuje połowę mojej zamrażalki... Używam więc do woli najedzona już świeżym smakiem. Poza tym może ktoś się skusi i dynię zakupi bo sezon jeszcze trwa.


Puree dyniowe.

To puree nie jest szczególnie atrakcyjne w smaku samo w sobie. Jest natomiast dobrym punktem wyjścia do większości potraw. Jego przygotowanie nie jest szczególnie kłopotliwe. Natomiast zdecydowanie ułatwia i przyspiesza korzystanie z uroków dyni.

Dynię umyłam, podzielilam na części i oczyściłam z pestek. Następnie, bez obierania ze skóry, ułożyłam ściśle na blaszce do pieczenia ciast, szczelnie przykryłam folią aluminiową (można użyć naczynia żaroodpornego z przykryciem) i piekłam do miękkości (około 60 min. w 180℃). Po wystudzeniu łyżką wybierałam upieczony miąż, całość blenderem zmiksowałam na puree. Takie puree świetnie się zamraża. Przygotowuję porcje różnej wielkości z myślą o różnych potrawach. O mrożeniu przeze mnie przetworów pisałam już TUTAJ.

To zdjęcie z ubiegłego roku.  Prawda, że piękny kolor?

Puree ziemniaczano - dyniowe.

O ile puree dyniowe samo w sobie nie jest zachwycające, to w połaczeniu z ziemniakami i czosnkiem może stanowić samodzielny posiłek lub pięknie wyglądać i smakować z przysłowiowym kotletem ;-) Polecam. Na zdjęciu dla porównania zwykłe puree ziemniaczne. Zielony koperek zawsze na miejscu ;-)


Przepis:

  • 0,5 kg dyni (obranej i oczyszczonej z nasion)*
  • 1 kg ziemniaków (obranych)
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżki masła
  • sól, pieprz do smaku
  • 3 - 4 łyżki śmietany lub jogurtu greckiego**
* można użyć puree, wtedy potrzeba ok. 300g
** to rozwiązanie opcjonalne


Ziemniaki zalać wodą i zagotować. Gotować 10 min. i dodać pokrojony miąższ surowej dynii. Gotować dalej do miękkości warzyw. Odcedzić i zmiksować blenderem lub ugnieść tłuczkiem. Dodać masło, jogurt, zmiażdżony czosnek, doprawić solą i pieprzem. Jeśli używam dyniowego puree podgrzewam je i dodaję do ziemniaków po ich odcedzeniu. Puree dyniowe jest już w dużej części pozbawione wody dlatego używam go mniej.

Dżem dyniowo - pomarańczowy. 


Może być także pomarańczowo - dyniowy. W tym roku doszłam do ich idealnej, jak dla mnie, proporcji czyli 1:1. Przepis jest mojego autorstwa. Trzy lata temu wyszłam z jakiegoś przepisu, z tego co widzę spoglądając w notatki, były to nawet trzy przepisy. I tak w tym roku powstał ten, poprawiony i mój ulubiony. Trzeba stanąć w prawdzie: przygotowanie tego dżemu, od początku do końca to dużo pracy. Pracę ułatwia i znacznie przyspiesza posiadanie gotowego już puree dyniowego. Ja często zamrażam dużą porcję takiego puree z myślą o dżemie i gdy sezon pomarańczowy nadchodzi rozmrażam ją. Tak zrobiłam i dziś.


Przepis:
  • 2 kg puree z dynii
  • 700 g cukru
  • 2 kg pomarańczy (ok. 8 sztuk)
  • 1 cytryna
  • imbir (ok. 5 cm)

Z podanej porcji wyszło mi 8 słoiczków dżemu o pojemności 250ml. 


Do puree używam także skórki z pomarańczy. Najlepiej byłoby  użyć pomarańczy ekologicznych. Jeśli jednak nie mam takiej możliwości oczyszczam porządnie te, które mam. Najpierw myję je szczoteczką w ciepłej wodzie. Na blogu BoMimi znalazłam też sposób na pozbywanie się pestycydów ze skórki owocow i warzyw. Należy zanurzyc je na 20 - 30 min. w wodzie z dodatkiem 3% wody utlenionej (do kupienia w aptece). Na litr wody używamy 1 łyżkę stołową wody utlenionej. Następnie spłukuję i wycieram je ściereczką do sucha. Działam dalej: Pomarańcze obieram, bardzo cienko, z pomarańczowej skórki, bez białej części i kroję ją w wąskie paseczki. Można też delikatnie zetrzeć ją na tartce.Do dżemu tylko połowy otrzymanej w ten sposób skórki. Nadaje ona gorzkiego posmaku i silnego aromatu, który ja uwielbiam. Nie każdy jednak jest wielbicielem takich "zakrętów smakowych" więc przygotowuję nieco delikatniejszy smak. Pozostałą część skórki kandyzuję i używam do ciast i herbaty :-). Wracam do dżemu. Teraz czas na tę białą część skórki. Należy ją bardzo dokładnie zdjąć z pomarańczy. Ja osobiście filetuję pomarańcze. Okrawam je dokładnie z białej części ostrym nożem tak, że nie pozostaje nawet ta przezroczysta błonka, a sam miąższ. Następnie wycinam miąższ pomarańczy z pomiędzy tych błonek wewnątrz pomarańczy. To co pozostaje mi w ręce porządnie wyciskam z soku, resztę wyrzucam. Dzięki  temu w dżemie nie mam błonek i nie przeszkadzją mi później. Można oczywiście obrać poprostu pomarańcze i pokroić je razem z błonką. Skórkę, miąższ i wyciśnięty sok z pomarańczy przekładam do rondla i gotuję na małym ogniu do miękkości skórek (ok. 15 min.). To ważne, aby skórki były miękkie, w innym razie w dżemie będą ona wyczuwalne jako twarde kawałki, co w połączeniu z delikatną dynią i pomarańczą daje średni efekt. W czasie gotowania starłam na tartce świeży ibmir i wycisnęłam sok z cytryny i dodałam je do pomarańczy. Gdy skórka jest już miękka dodaję puree z dynii. Po ponownym zagotowaniu całości dodaję cukier. I to w zasadzie koniec. Teraz już tylko gotujemy dżem na małym ogniu do uzyskania odpowiadającej nam konsystencji. Tutaj nie stosuję metody włączania i wyłączania dżemu. Nie zależy mi na całych, nie rozgotowanych owocach. Pomarańcze szybko się rozpadają a puree dyniowe, wiadomo. Dlatego gotuję całość za jednym razem, tak długo jak potrzeba. I dlatego jest to dżem, nie konfitura. Przekładam dżem do słoiczków, zakręcam i pasteryzuję.  

Bardzo lubię ten dżem. W mieszkaniu pachnie obłędnie. Bardzo odpowiada mi też jego smak i konsystencja. Kiedyś przygotowywalam konfiturę pomarańczową. Bardzo ją lubię, ale najlepiej sprawdza się w herbacie, na toście jest jakby... za sztywna? nie rozpływa się na nim, a ja lubię :-) Natomiast dżem dyniowo - pomarańczowy łączy smak pomarańczy i delikatność dyni. Na tostach delikatny,  subiektywnie doskonały ;-)


To było pracowite przedpołudnie. Jeśli macie mgłę w domu to polecam gotowanie. Zapachy skutecznie ją przegonią ;-) 

poniedziałek, 29 października 2012

Weka i mrożonki czyli my się zimy nie boimy.

Pogoda w sobotę była szalona. Padał śnieg, w domu rodziców pachniało pysznościami, bo szykowaliśmy urodzinowe przyjęcie Taty. Czułam jakby nadeszły święta, ale brak pierników przywoływał odpowiednie osadzenie w czasie ;-)


Przygotowując domowe przetwory zachwycam się kolorami. To nieprawdobodobnie piękne barwy, które działają dodatkowo na węch i smak. Inny kolor surowy, inny gotowany a jeszcze inny zatopiony w cukrze, ten po kilku godzinach smażenia ma piękny połysk. To prawie niemożliwe, ale jednak: są ludzie, którzy zamieniliby spożywanie pokarmów na "weź pigułkę" celem uzupełnienia energii... Nie mam kanonu przetworów zimowych. Zazwyczaj robię te, na które owoce lub warzywa dostaję w dużej ilości z powodu nadprodukcji czyjegoś ogrodu :-). W tym roku zakupiłam paprykę i trochę pomidorów. Ponieważ moje uwielbienie do pieczonej papryki zdecydowanie wzrosło tej jesieni postanowiłam zainwestować nieco więcej w ten kolor. Ku mojej niezmiernej radości, dostaję też domowe słoiczki od rodziny, znajomych i przyjaciół. To fantastyczne, takie wymienianki i smak innej kuchni na moim talerzu. Radość dla mnie wielka i wielkie DZIĘKUJĘ dla moich przetworodawców :-)


Konfitura wiśniowa


O konfiturze wiśniowej pisałam już TUTAJ. Podam raz jeszcze, że staropolskim zwyczajem stosuję proporcję "ile owoców tyle cukru".  Tak mniej więcej, bo na 8kg owoców używałam około 7kg cukru. Konfitura jest bardzo słodka, ale przełamana naturalną kwaśnością wiśni. Dzięki dużej ilości cukru konfitura gęstnieje, ale owoce nie rozgotowują się w niej. Poza tym nie gotuję konfitur godzinami bez przerwy. Owoce potrzebują czasu aby naturalnie "nasycić" się cukrem i nie rozgotować w soku. Sprawiają wtedy wrażenie kandyzowanych. 
Jak to robię? Podam na przykładzie kilograma owoców.

Składniki: 1kg wiśni, 1kg cukru

Wydrylowane wiśnie zasypuję częścią cukru (około 0,5kg) i pozostawiam na 2 godz. aby puściły sok. Następnie zagotowuję je i na małym ogniu gotuję około 20 minut po czym wyłączam, wsypuję resztę cukru i mieszam. Dopiero gdy całość wystygnie ponownie doprowadzam do wrzenia i od razu wyłączam. I tak postępuję (zagotowuję całość na wolnym ogniu i zaraz zdejmuję z ognia) do czasu otrzymania zadawalającej gęstości. W moim przypadku trwa to kilka dni, ponieważ w ciągu jednego dnia można 2 najwyżej 3 razy zagotować duży garnek konfitury (dość długo stygnie). Wszystko zależy oczywiście od tego ile owoców mamy. Konfiturę należy gotować i studzić bez przykrycia, aby woda mogła powoli odparować. Zazwyczaj część konfitury rozlewam do słoików wcześniej, w postaci lekko lejącej. Taką lubię na tosty, do herbaty lub lodów. Część gotuję dłużej z przeznaczeniem do pączków, dla mojej mamy oraz jako warstwę tortową :-) Gdy konfitura ma zadawalającą gęstość wlewam ją gorącą do umytych i wyparzonych słoików. Przez cały czas rozlewania garnek z konfiturą trzymam na malutkim ogniu, żeby miała wysoką temperaturę. Słoiki zamykam i odwracam do góry dnem. W przypadku konitury nie pasteryzuję weków dodatkowo. Nie zdarzyło mi się jeszcze zastać popsutej zawartości.

Konfitura jabłkowa z cynamonem



Składniki: 3kg jabłek (obranych i bez gniazdek nasiennych), 1kg cukru, 1 opakowanie cynamonu (15-20g) 

Jabłka pokrojone w dość dużą kostkę (ok. 2cm × 2cm) zasypuję połową cukru i zagotowuję całość. Pozostawiam na małym ogniu 10 minut i wyłączam. Dodaję resztę cukru. Po wystudzeniu zagotowuję ponownie i od razu wyłączam, dodaję cynamon. Podobnie jak w przypadku konfitury wiśniowej postępuję tak do uzyskania zadowalającej konsystencji - doprowadzam do zagotowania i od razu wyłączam. W przypadku jabłek trwa to znacznie krócej. W tym roku zagotowałam je tylko dwa razy, a za trzecim rozlewałam do słoików. Gotującą konfiturę wlewam do słoików, zamykam i odwracam do góry dnem.




Bardzo lubię ten mój sposób przetwarzania jabłek. Jabłka w dużych kawałkach, nie rozgotowane i nie miksowane na mus. Wykorzystuję je później do szarlotki lub szybszej wersji: crumble (na zdjęciu). Szarlotka czy crumble na świeżych (surowych) jabłkach zapieka się dość długo (jak dla mnie 60 - 90 min.), a przygotowanie samych jabłek to także dość czasochłonne zajęcie. Podwieczorek na przetworzonych jabłkach przygotowuje się znacznie krócej. Moje crumble w przeciągu godziny wjechało na stół w towarzystwie lodów. Crumble czyli zwyczajne owoce z kruszonką. Przygotowałam także kilka słoików jabłek bez cynamonu, na klasyczny jabłecznik. To między innymi, według mnie, różni szarlotkę  od jabłecznika. Do jabłecznika nie dodaję lub dodaję niewielką ilość cynamonu. Jabłka bez cynamonu świetnie nadają się także do rekonwalescencji po grypie jelitowej, gdy na drugi dzień ryż z w/w jabłkami zdaje się  być ucztą dla króla...


Pigwowiec*


*To, co potocznie nazywamy w Polsce pigwą, w świetle botaniki nią nie jest. Nasze rodzime krzaczki to Pigwowiec. Właściwa Pigwa w Polsce nie rośnie. Wszędzie jednak gdzie trafimy na takie wyjaśnienie dodaje się również, że nasz rodzimy pigwowiec jest znacznie bardziej aromatyczny, czyli smaczniejszy :-) 


To owoc, który w stanie surowym nie nadaje się do jedzenia.
Szukałam w internecie przepisów i pomysłów na pigwowca dość długo. Miałam trochę czasu bo pojawiła się w moim domu zaplanowana. Zazwyczaj dostaję worek owoców, warzyw, tudzież 20kg dynię i muszę szybko działać. Jeszcze nigdy nie przetwarzałam pigwowca. Zupełnie nie wiedziałam czego szukam: konfitury, soku, nalewki raczej nie. Nie podaję źródła przepisu,ponieważ to wypadkowa tego, co przeczytałam, przemyślałam, na to nałożyłam swoje upodobania i wyszła mi "Konfitura z Pigwowca KarolinyPe". Niestety większość przepisów na pigwowca podaje "zmiksować na papkę" oj nie lubię, nie lubię...  W konfiturze ważne są kawałki owoców, które jakby kandyzowane w cukrze delikatnie chrupią, nie są jednolitą papką. Takie owoce można wrzucić do zimowej herbaty. W tym roku przygotowałam pigwowca w czystej postaci, chciałam go sprawdzić, posmakować, popełnić błędy, wyrobić sobie zdanie, przygotować notatki. Za rok spróbuję połączyć go z jabłkami. Przygotowanie owoców do konfitury zajmuje sporo czasu. Kilogram owocu gotowego do przetworzenia uzyskałam po 2 godzinach pracy! Gotowy do przetworzenia czyli bez gniazdek nasiennych. Ze skórki nie obierałam i nie bardzo mogę sobie to wyobrazić. Owoce są dość małe i niewiele zostałoby z nich. Poza tym myślę, że zabrakłoby mi cierpliwości i to byłyby ostatnie słoiczki pigwy jakie wyszły spod mojej łyżki ;-) Zanim przejdę do przepisu napiszę jeszcze tylko, że Konfitura wyszła świetna. Idealna do herbaty: aromatyczna, kwaskowa, odrobinę gorzka, LUBIĘ TO :-)

Składniki: 1kg pigwy (bez gniazdek nasiennych), 1kg cukru, 1 litr wody

Umytą pigwę pokroiłam na cząstki i oczyściłam z gniazd nasiennych. Zalałam zimną wodą i gotowałam na malutkim ogniu aż owoce zmiękły (około 15 - 20 minut). Łyżką cedzakową delikatnie wyjęłam owoce z wywaru i odłożyłam na miseczkę. Wywar zważyłam i dodałam tyle curu ile ważył otrzymany wywar. W składnikach podałam orientacyjnie, że użyłam 1 litr wody i  1 kg cukru. Wywar z cukrem zagotowałam do całkowitego rozpuszczenia cukru. Zestawiłam garnek z ognia i przełożyłam ugotowane wcześniej owoce pigwy do wywaru. Całość pozostawiłam pod przykryciem na 24 godziny. Po tym czasie postępuję podobnie jak z konfiturami opisanymi wyżej. Zagotowuję i wyłączam ogień. Pozostawiam do wystudzenia i postępuję tak do otrzymania odpowiadającej mi konsystencji. Nie trwało to długo. Moim zamysłem było otrzymać konfiturę do herbaty, zamiast cytryny. Dlatego moja konfitura z pigwy jest lejąca i z tosta z pewnością spłynęłaby. Gotową wrzącą konfiturę wlewam do umytych i wyparzonych sloików, odracam do góry dnem i pozostawiam do wystudzenia. 
Mam co chciałam: śliczną, błyszczącą, smaczną konfiturę. Obyło się bez miażdżenia czy wyrzucania owocu po otrzymaniu soku. To smak, który raczej podkręca smak innego owocu czy herbaty, choć taka czysta konfitura smakuje bardzo dobrze. Jeszcze coś o czym warto wspomnieć. Wyczytałam już po fakcie, w moim przypadku, że owoce pigwowca należy obrywać po pierwszym mrozie inaczej będą gorzkie i nie nadadzą się do przetworów. Postanowiłam zaryzykować, bo owoce już miałam w domu. Konfitura ma lekko gorzki posmak, ale absolutnie nadaje się do jedzenia i jest smaczna. Ja lubię takie gorzkie zakręty smakowe, ale to nie tylko moje zdanie. Herbatą z konfiturą częstowałam już kilka osób i wszyscy chętni na przepis :-) I dla nich ten wpis powstał :-)

Mrożona pieczona papryka


Na przygotowanie papryki pieczonej potrzeba trochę czasu i trochę więcej cierpliwości ;-) Jednak po pigwowcu taka papryka to pikuś ;-)




Pierwszy etap to pieczenie: Umytą świeżą paprykę zawijam w spożywczą folię aluminiową ("PAZŁOTKO" - znacie to określenie na folię? Nierawdopodobne! Kto to wymyślił? :-) Pozdrawiam wszystkich użytkowników!!!) Każdą sztukę pakuję oddzielnie. Układam na blaszce do pieczenia i piekę w temp. 180 ℃ przez 60 min. Po tym czasie wyjmuję blaszkę z piekarnika i pozostawiam do przestygnięcia. Teraz następuje etap, do którego potrzebna jest w/w cierpliwość. Każdą paprykę kroję na 4 części, oczyszczam z gniazdek nasiennych i obieram z cieniutkiej skórki. Ważne, aby papryka była jeszcze ciepła. Gdy wystygnie całkowicie skórka trudniej schodzi. Jest przy tym trochę pracy, ale ta paprykowa skórka jest czymś czego bardzo nie lubię w przetworzonej papryce dlatego chętnie to robię. Tak przygotowaną paprykę układam jedną warstwą w woreczku strunowym i zamrażam. Na temat układania i mrożenia w woreczkach napisałam kilka zdań na końcu wpisu.

Jak pisałam we wstępie moja miłość do pieczonej papryki rośnie wprost proporcjonalnie do ilości zjedzonej ;-) Do czego jej używam? Odkryłam kolejne połączenie idealne: pieczona papryka i salami. Zarówno na prezentowanej domowej pizzy czy zwykłych kanapkach. Poza tym pieczona papryka jest doskonała jako dodatek do sosów czy zupy dyniowej (będzie o niej już wkrótce, jestem w trakcie przygotowań). Pieczona papryka jako przystawka obiadowa? Wystarczy kilka kropli oliwy i odrobinę soli ziołowej. Według mnie jest także konieczna w paście z bakłażana. I fantastyczna w wigilijnych śledziach z sosem pomidorowo-paprykowym. Polecam :-)

 Przecier i Sos pomidorowy 


Można by rzec: rzutem na metę zdążyłam jeszcze z przetworami pomidorowymi. Prawdopodobnie były to jedne z ostatnich smacznych sztuk w tym roku... Jak dla mnie już jest po pomidorach. To już nie ten smak.




Z części pomidorów przygotowałam standardowy przecier: Pomidory sparzyłam gorącą wodą i obrałam ze skóry, gotowałam ok. 30 minut, zmiksowałam i zamknęłam w słoikach. Przecier pomidorowy dodatkowo pasteryzuję.

Z częścią pomidorów posunęłam się o krok dalej i przygotowałam sos pomidorowy. Sos pomidorowy już od dawna gotuję w/g TEGO przepisu z bloga White Plate. Tak więc powtarzam za Liską.

Sos pomidorowy

Składniki:
230g pomidorów z puszki (lub przecieru pomidorowego, przyp.KaPe)
1 łyżka oliwy
1 ząbek czosnku, drobno pokrojony
1/2 łyżeczki suszonego oregano
1/2 łyżeczki suszonej bazylii
1/4 łyżeczki cukru (jeśli pomidory są słodkie pomijam, przyp.KaPe)
1/2 łyżeczki soli
odrobina pieprzu

Wszystkie składniki umieścić w garnuszku. Doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień i gotować przez 10 min.

Takiego sosu używam zarówno do pizzy jak i makaronu. W zależności od potrzeby przygotowuję sos o różnej gęstości. Zazwyczaj robię znacznie zwielokrotnioną porcję. Na blogu White Plate i w internecie w ogóle, jest dużo różnych odmian sosu pomidorowego. Większość osób gotuje go na oko. Ja też tak zawsze robiłam. Przekonuję się jednak, że przepisy i waga bardzo pomagają w szybkim przygotowaniu posiłków. Kiedyś myślałam zupełnie odwrotnie... Uważałam, że spontanicznie znaczy szybko. Dziś myślę, że na gotowanie spontaniczne i tworzenie potrzeba jest więcej czasu: dosalanie, doprawianie, dokładanie i ciągle brzęczące "czegoś tu jeszcze brakuje.." trochę trwa, choć wydaje się, że minął zaledwie kwadrans ;-) Teraz chętnie spisuję, także swoje własne spontaniczne, receptury i korzystam z nich dzięki czemu zyskuję sporo czasu w skali miesiąca ;-) Wracając do sosu pomidorowego to jeden ze sposobów na szybki obiad. A teraz jeszcze szybszy, bo mam kilka woreczków gotowego już sosu. Sos zamrażam, w porcjacch różnej wielkości, na płasko w woreczkach strunowych podobnie jak paprykę.  


Mrożona zielenina.

Wydaje mi się, że to nie nowina ;-) Jednak spotykam jeszcze osoby zaskoczone mrożeniem koperku, natki pietruszki i selera.

Po zbiorze lub zakupie zieleniny myję ją i osuszam. Następnie kroję i zamrażam w woreczkach. Bardzo łatwo wyjmuje się łyżeczką potrzebną ilość. W potrawie momentalnie ulegają rozmrożeniu. 

Zieleninę mrożę stopniowo, jak tylko pojawia się ta zwyczajna, z gruntu. Gdy kupuję pęczek to właściwie rzadko wykorzystuję całość. Wtedy tę niewykorzystaną część wrzucam do woreczka i do zamrażalki. Pod koniec sezonu kupuję ile potrzeba i dorzucam do pełna. Mrożona zielenina wygląda i smakuje jak świeżo zerwana. Suszonej, od jakiegoś już czasu, mówię nie.



Mrożenie.

Tak prezentuje się szuflada mojej zamrażarki po zapełnieniu jej mrożonkami. Najpierw woreczki leżą na płasko, żeby równo zamroziły się przetwory. Później układam je w ten sposób. Bardzo łatwo znaleźć potrzebną mrożonkę i miejsce w szufladzie jest bardzo dobrze wykorzystane. Do mrożenia, już od kilku sezonów, używam woreczków strunowych z IKEA. Bardzo je lubię, są mocne i szczelne. Dzięki zamrażaniu przetworów "na płasko" można je szybko rozmrozić. Jeśli mamy mało czasu wystarczy polać taką "taflę" ciepłą wodą i całość wyskakuje z woreczka. W przypadku papryki mrożę tylko jedną warstwę w woreczku. Dzięki temu porcję mogę podzielić przełamując ją bez problemu. Dodatkową zaletą mrożenia jest ta, że możemy mrozić porcje różnej wielkości np. sos na 2-3 pizze albo do spagetti dla całej rodziny. Woreczki z mrożonkami podpisuję wodoodpornymi pisakami. Opisuję: zawartość, datę mrożenia, oraz wielkość porcji (wagę lub ilość szklanek).


P.S.I.Moje przetwory maleją w zastraszającym tempie!!! 

P.S.II. Do przetworów powrócę. Jeszcze przetwarzam. Panienka Hokaido oczekuje na wielką odsłonę ;-)