niedziela, 21 sierpnia 2016

To jednak miłość prawdziwa. Drewniane tace i domowy wosk do drewna.


Pierwsze zdjęcie to chwila, którą właśnie posiadam i się nią cieszę. Ostatnio taka chwila złapała mnie także w niedzielę. To dzięki wczorajszemu wieczorowi, który spędziłam na przygotowaniu obiadu na dziś. Dzięki temu teraz w białej, lnianej koszuli, bez fartucha siedzę przy moim biurku (nie w kuchni) i cieszę się zapachem.... miodu i kokosa.



A to za sprawą cudownego eliksiru dla drewna wykonanego według TEGO przepisu. Jeśli lubicie drewno, albo posiadacie w domu rzeczy drewniane wymagające konserwacji bardzo polecam. Zwłaszcza do kuchennych przydasi typu deski i łyżki, to mikstura nadająca się do drewna używanego podczas gotowania. W jej skład wchodzą wosk pszczeli, olej kokosowy i olej mineralny. Ja niedawno stałam się szczęśliwą posiadaczką prawdziwego wosku pszczelego, prosto od pszczelarza. Jest bardzo twardy i wygląda dziwnie, ale to naprawdę on. Wczoraj późnym wieczorem, podczas smażenia żeberek przygotowałam jednocześnie naturalny wosk do pielęgnacji drewna. Musiałam dobrze się skupić, żeby nie zmieszać jednego z drugim.... 




Natomiast dziś, w deszczowe niedzielne przedpołudnie postanowiłam użyć specyfiku na moich tacach. Dla mnie to prawdziwa przyjemność. Bawełnianą szmatką wcierałam powoli wosk w deski. Tak, to praca powolna i żmudna. Wosk nie tylko zabezpiecza drewno przed wilgocią, ale pięknie uwydatnia jego usłojenie i koloryt. Używam zniszczonych już desek, bo bardzo je lubię i niestety malowanie ich bejcą ujednolica wygląd i kolor. Na zdjęciu poniżej, nawoskowana taca, na której najlepiej widać o co mi chodzi. Niektóre deski są pociemniałe, inne jasne. Wosk nie zmienia też struktury drewna i pod palcami ciągle czuć nierówne słoje. Widać jeszcze resztki wosku między deskami, zostawiam je w spokoju na 24 godziny. Ta mikstura to była także renowacja i ukojenie dla moich zniszczonych i podrzazganych dłoni po wczorajszym cięciu i szlifowaniu surowych desek...





Nawiązując do tematu wpisu napiszę po raz kolejny: uwielbiam skrzynki po owocach i przerabianie ich na potrzebne mi przedmioty. Jakiś czas temu trafiłam w internecie na tace drewniane, które niemal idealnie wpisały się rozmiarem w moje potrzeby. Zastanawiałam się nad ich zakupem, bo nie były drogie i całkiem drewniane, surowe. Oglądałam i je i oglądałam, po czym stwierdziłam, że to nie to. Nie chcę tych idealnych, równiutkich i gotowych tac. Chcę moje, krzywe, podziurawione przez gwoździe, wygłaskane moimi rękoma. Wszystkie trzy, które zrobiłam, mają konkretne przeznaczenie w naszym mieszkaniu. Myślę, że przygotuję kiedyś wpis z ich zastosowaniem. Tymczasem leżą grzecznie na biurku, pachną i wchłaniają dobroczynne woski i oleje. Jutro przetrę je miękką szmatkę, zetrę nadmiar, dowoskuję niedobór i będzie super. 


Czy to się opłaca? Jeśli ktoś zastanawia się, czy warto samemu zabierać się za taką pracę odpowiem: to zależy. Odnawianie skrzynek wymaga dużo pracy i zachodu, choć przeliczając na złotówki wychodzi taniej niż zakup gotowej. A wosk? Produkty potrzebne do przygotowania gotowego produktu nie są tanie. No cóż, co kto lubi. Ja lubię zrobić sama. Można jednak kupić skrzynki, a nawet meble zrobione z przechodzonego drewna. Są przepiękne, a zajmuje się tym Regalia. Sami zobaczcie. Czy warte są swojej ceny? Ja wiem, że tak... Chętnie bym taką skrzynkę od Regalii posiadła. Widać, że dechy są znacznie grubsze od moich, piękne. Biorę udział w konkursach, kto wie... 


Udało mi się wykorzystać chwilę. Tego dawno (nigdy?) nie było: wczoraj zrobione, dziś prawie dokończone i sfotografowane. Świeżutki wpis, wystukany palcami pachnącymi naturalnym woskiem do drewna ;-)

Pozdrawiam Was Drodzy Czytelnicy i dobrego tygodnia życzę. 



sobota, 13 sierpnia 2016

Burząc mury? Przekraczając granice? Łamiąc bariery? Poszerzając horyzonty?

Postanowiłam zupełnie na świeżo zebrać z głowy moje myśli po podróży i podzielić się nimi z Wami. Sama nie wiem jak nazwać wydarzenia, które powodują, że robię więcej, niż się spodziewałam.  "Wychodzenie ze strefy komfortu" -  chyba teraz tak się ładnie mówi . I jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam jak ta strefa poszerzyła się przez lata. Sytuacje, które kiedyś powodowały stres, nerwy, a nawet rozpacz, już dziś takimi nie są. To wszystko za sprawą wyjazdów naszej rodziny, które miały miejsce w ostatnich 4 tygodniach, wielu dynamicznych zmian planów i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nie, nie było wielkich przygód, zwyczajne życie z czwórką dzieci w podróży...


Zacznę od tego, że w związku z pracą mojego męża podczas tych wakacji postanowiliśmy zgrać ją z naszymi wakacyjnymi wyjazdami. Druga opcja była taka, że wyjechać nie możemy, bo praca... Dane mi było uczestniczyć w kilku festynach i koncertach. Nie lubię dużych zgromadzeń. Wywołują u mnie efekt wręcz klaustrofobiczny. Jak na ironię praca mojego męża związana jest z takimi i bardzo, bardzo rzadko korzystam z możliwości tego typu rozrywki. I właściwie cały ten akapit powinnam napisać w czasie przeszłym. Okazało się bowiem, że jest dobrze. Nie jestem w wirze zabawy i rozrywki, ale jestem i poznaję ludzi, smaki, widoki, całkiem nowe... Mur pokonany, bez walenia głową w ścianę...


Kolejnym etapem były Światowe Dni Młodzieży. Całą rodziną wzięliśmy udział w jednym wydarzeniu. Pierwszy związany z nim strach, pierwszy mur, to szaleńcy gotowi na terroryzm. Tak, myślałam o tym jadąc do Krakowa. Drugi to strach przed tłumem. Jednak ten tłum miał twarze, ponad 2 mln twarzy, a wśród nich znajomi, przyjaciele i rodzina. I znów byłam. Bez większych nerwów i lęków, z radością, że moje dzieci widzą to wszystko na własne oczy. Kolorowych, roztańczonych i rozśpiewanych ludzi z całego świata. Nawet dla mnie było to duże przeżcie. Na swoich nogach zrobiły w tej atmosferze 12 km... 


Następna bariera: zmęczenie. To łatwiejsze - fizyczne podczas wędrówki po górach. Oczywiście nie była to wysoka wędrówka, ale jednak wędrówka z czwórką dzieci... Można dodać sobie (psychologicznie/mentalnie) kilkaset metrów wyżej (pić, jeść, plaster, siku, kiedy będzie szczyt, mój kij jest za krótki). Znacznie większym zmęczeniem był moment, gdy zmęczenie dopadało dzieci, zarówno to zmęczenie fizyczne, jak i to ciągłego przebywania ze sobą. Znajomy, który nas gościł przez kilka dni stwierdził, że po trzech tygodniach wakacji z dziećmi należałoby je odstawić do dziadków i wyjechać odpocząć ;-). Nie wiem co sobie myślał ten nasz Gospodarz, gdy widział kłótnie dzieci, a nas bez sił. Jeżeli myślał, że sobie nie radzimy, to miał rację!


Po co? Po co wychodzić ze strefy komfortu, wchodzić w sytuacje budzące strach? Po co fundować sobie od startu takie wakacje "not at all inclusive"? Żeby zobaczyć kota, w oknie rozwalającej się chałupy, całe stado bocianów polujących niespiesznie na skoszonym polu. I te w gniazdach, co chwilę. Pola, które jeszcze falują złotymi kłosami wzdłuż szybkich ulic, zmieniające się na południe w malownicze belki słomy. I zobaczyć jeszcze, że wszystko może być piękne, nawet potężne maszyny w stoczni....


I po to, żeby małe i większe stopy mogły pójść tam, gdzie zechcą. W pojedynkę, we dwoje czy w sześcioro. Żeby zobaczyły, gdzie mogą pójść. Żeby wiedziały, że nie są przeszkodą.





I wreszcie po to, żeby zobaczyć swoje nogi bez siniaków na wysokości otwartej zmywarki. Oraz dłonie i paznokcie, z którymi mogłabym pójść bez wstydu na manicure. Okazuje się, że nie potrzebują kremu, wystarczy że nie obierają tylu warzyw, nie szorują wanny i nie zapierają malinowych plam. Po to, żeby przeżyć, zobaczyć ile się zmieniło. Moje życie nie jest stagnacją w domowym kieracie. Ja się rozwijam, jestem bardziej otwarta, odważniejsza i silniejsza!


Jak to się stało? Skąd te zmiany? Doświadczenia, te zwyczajne życiowe i te mniej zwyczajne, które miały zabić, a nie zrobiły tego. Dzieci, teoretycznie to one wyznaczają mój horyzont. Za nimi i dla nich biegam całymi dniami. A jednak to ich wyobraźnia, ich brak ograniczeń, ich poczucie wolności, ufność, odwaga, radość sprawiają, że moja wyobraźnia, odwaga, ufność, poczucie wolności, radość wzrastają. Dzieci nie są przeszkodą w podróżowaniu i zwiedzaniu, są ich częścią, z całym inwentarzem. A co jeśli zachorują? Oczywiście, że chorują i miewają wypadki, tak jak rok temu pod nasz namiot zawitała Pani Doktor z miejscowego (nadmorskiego) Ośrodka Zdrowia, tak w tym roku w niedzielę, podczas ŚDM, gdzie większość Krakowiaków wyjechała z miasta, znalazła się Pani Dentystka. Teoretycznie ciągle powinnam się o nie bać. W praktyce: przy  naszej czwórce niczego nie przewidzę, niewiele zaplanuję, już sama nie wiem czego się bać, więc po prostu przestałam...


P.S. I jeszcze zdjęcia, mojej osoby, którymi Was dziś uraczyłam... Mój chłopak, później narzeczony, a obecnie mąż, kiedyś robił mi bardzo dużo zdjęć. To były czasy 36 klatkowych filmów i ustawień manualnych, a zdjęcia mojej osoby stanowiły sporą część tych klatek. Zaczęły mi się nawet podobać (wychodziłam coraz lepiej lub poprostu przywykłam). Później pojawiły się dzieci, to je fotografowaliśmy. Teraz na wakacjach stanął z aparatem naprzeciw mnie i nie bardzo się z tym czułam, czułam się źle!... Było sporo śmiechu, trochę onieśmielenia... No cóż, nie jestem już młoda, nie jestem idealna, ale taką właśnie mnie kochają.


Taka jestem.


Zawsze na koniec takich osobistych wynurzeń mam ochotę powtórzyć za Gombrowiczem i właśnie dzisiaj to zrobię: 
"Koniec i bomba. A kto czytał ten trąba." 
 :-)


piątek, 5 sierpnia 2016

Wracając do torebek.

Przed naszymi wakacyjnymi wyjazdami potrzebowałam torebki na zamek. Były stare jeansy, był zamek, jest torba. Bardzo wygodna i poręczna.



 Uszyłam też w prezencie taką letnią torbę na plażę lub zakupy....


Serdeczne pozdrowienia Wam ślę.


piątek, 29 lipca 2016

Subiektywnie ładne rzeczy.

Metal

Niedawno moim oczom ukazał się taki obrazek na biurku. Jakie ładne - pomyślałam - gdybym była dzieckiem takie pudełko byłoby synonimem skarbu. Zrobiłam mu zdjęcie. Później łapałam kolejne kadry....


Starocie

Przypomniałam sobie o kilku staruteńkich szpargałach, na które zerkam od czasu do czasu. Już kiedyś chciałam sfotografować to wspomnienie. Metalowe pudełko po kakao, kilka starych zatrzasek (zatrzasków?) i szpulka zielonych nici - pamiątki po cioci (siostrze mojego dziadka). Nie poluję na targach staroci, ale miłe jest posiadanie takich drobiazgów z historią. Przywodzą pamięć o dłoniach, które ich dotykały dziesiątki lat temu....


Kolekcja 

Nie planuję i nie planowałam kolekcji naparstków. Same się zbierają. Naparstek to całus, według Piotrusia Pana, a właściwie Wendy. Moje "całusy" dostałam od męża. Pierwszy przywiózł mi z Asyżu, drugi z Dublina. Najmniejszy jest mój osobisty, zwyczajny, dopasowany i używany. 



Emalia

Jedni kochają porcelanę, inni ceramikę, a jeszcze inni emalię. Emalia Olkusz - bardzo lubię. Niedawno w popularnym markecie pojawiła się mała kolekcja i uzupełniłam swoją, szczególnie cieszy mnie łyżka cedzakowa. A duża miska od mamy jest przydatna przy archaicznym parowaniu pyz (tu i tam zwanych "parówkami" lub "pampuchami"). Wszystkie naczynia emaliowane wprowadzają mnie w miły, nostalgiczny nastrój. Czerwony garnek jest wspomnieniem odwiedzin Przyjaciela z bardzo wrażliwym gardłem... Kupiliśmy go, żeby Przyjacielowi piwo podgrzewać. Pozdrawiam Pio :-). Zielarską miseczkę używała moja babcia, a garnuszek z misiami wspomniana już ciocia. Niestety na naczyniach produkowanych obecnie nie ma już stempli. Bardzo je lubię. Zostały zastąpione naklejkami z kodem paskowym. Znak czasu, szybko zmywalny...









"Muminki się cieszą radością i życiem, Muminki.
i tym, że im słońce jaśnieje o świcie, Muminki.".....


 Tkanina

O tym, że tkaniny uwielbiam nie muszę chyba pisać. Dotykać, głaskać, wąchać... może nawet kocham ;-).
Bawełna. O tej wyjątkowej już pisałam i pisałam. Pochodzi z targów i rynków z czasów PRL-u. Zakupiona (od sprzedawców zza wschodniej granicy) w postaci prześcieradeł przez moje mamy i podarowana mi. One wiedzą o tej dziwnej miłości.... Moja ulubiona (ever) na zawsze (for ever), takiej już nie ma... Szyję z niej koszule i tuniki dla się. Jeśli usłyszycie o castingu na chłopa dajcie znać. Mam krótkie włosy i dużo białych koszul, mogę żąć zboże we żniwa!
Len. Jest taki odcinek Krecika, w którym zamarzył o spodenkach. Pokazany jest cały proces powstawania tkaniny. Coś wspaniałego, od zbioru poprzez moczenie, suszenie, tkanie po farbowanie gotowej tkaniny. Lnu chwalić nie trzeba. Wszyscy len chwalą, a ja poznałam tego pana całkiem niedawno. Wygląda na to, że i ta przyjaźń ma szanse na głębsze uczucie. Z szarego lnu uszyłam sobie sukienkę. W upały przewiewna i chłodna, w chłodniejsze dni otulająca. Niesamowity ten len... Na zdjęciu obrus, który niedawno kupiłam. Jest piękny, nie przerobię go na sukienkę. Położę na nim chleb. 


I trzy tkaniny, które mogę kupić w każdej chwili i robię to, bo zawsze znajdę dla nich zastosowanie. IKEA szary len, gruba beżowa bawełna zasłonowa i cienka surówka bawełniana. Niech trwają na sklepowych półkach!


Papier
Nożyce
Kamień

Nie ja pierwsza i nie ostatnia mam słabość do notesów i zeszytów. Niedawno kupiłam dwa. Porwały mnie lekko zżółknięte kartki w kratkę. A zielarska okładka skłoniła do wygrzebania małego zielnika. Lubię zasuszać rośliny. Czasem przydają się w szkole, niekiedy dekoruję nimi stół lub wkładam do ramek.
Szary papier i tysiące zastosowań. Teraz jest eko, modny i pożądany.  Mam wielką rolkę i czasami używam jej do szycia... torebek na prezenty. Umieszczony w worku prezent zaszywam. Miny obdarowanych skonsternowane...  Ciociu! To trzeba rozedrzeć. No tak!




Ta cała sentymentalna sesja powstawała podczas smażenia naleśników dla rodziny. Rodzina duża, czasu na zdjęcia sporo. Smażyłam i pstrykałam zdjęcia. Kolejne i kolejne, bo tematy same mnie nachodziły przez rzeczy, które brałam do ręki odkładając inne. Przy okazji emalia, która nie załapała się na zdjęcia. Kubek do cukru pudru.


Pozdrawiam Was serdecznie z Krakowa Drodzy Czytelnicy.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...