niedziela, 19 lutego 2017

Zimowy ogród.

Zanim internety mnie pogonią za tę zimę, bo przecież wszyscy już czekają na wiosnę, publikuję kilka zdjęć z zimowego ogrodu moich rodziców i spacerów szlakami dzieciństwa. Kiedyś nie widziałam tego, co widzę teraz, przez obiektyw aparatu. Zima, nawet ta z resztkami śniegu nie jest zła. Ostatnie owoce na krzaczkach, które pozwalają przetrwać ptakom do czasu pierwszej zielonej trawy, są piękne. A zimowa hortensja? Cudowna po prostu.




















Miłej niedzieli Wam życzę. 


czwartek, 16 lutego 2017

Mama ma kota.





Właściwie to kota ma Marysia. Kotem Marysia chciała być od przedszkola, ale w rezultacie wymyślała coś innego. To ostatni balik przebierańców w szkole... ech... dlatego Marysia w końcu postawiła na kota i zdania nie zmieniła. Kotka taka niedosłowna, lubię takie przebrania. Marysia zadowolona, ja także, wystarczyło kilka gadżetów: maska, łapki i ogon.





Wpis zupełnie na gorąco! Wczoraj kończyłam dziergać łapki, dzisiaj rano zdjęcia i niech żyje bal! Miau...


wtorek, 14 lutego 2017

I jeszcze jeden i jeszcze raz.... Koc, który dostał trzecie życie.

- Kupiłam Ci poduszkę, zobacz jaka dziwna, w środku ma jakieś granulki.
- Dla mnie?
- No tak, może Ci się przyda. Wyprałam ją w 90 stopniach, napisali, że można, i rzeczywiście nic się nie stało.
- To ja się zastanowię mamo, czy mi się przyda.
- No dobrze, ale zobacz taka mała, do auta, czy coś, poszewkę uszyjesz...

(w myślach moich) Raczej mi się nie przyda, czytam ostatnio dużo o minimaliźmie, jak się okaże TYLKO czytam.

Sytuacja rozwija się. Siadam na łóżku rodziców i włączam TV. Brakuje mi czegoś pod głowę, obok leży TA poduszka, a niech tam... Rzeczywiście dziwna, niby miękka, ale jak głowę położysz to twarda...hmm.... Nie jestem pewna czy ją lubię. Na drugi dzień siadam przed komputerem na wielkim fotelu. Odcinek lędźwiowy mojego kręgosłupa woła pomocy! A poduszka woła daj jej szansę! hmm... jaka ona dziwna, ale taka wygodna.

- Mamo, to ja zabiorę tę poduszkę. Powiem dzieciom, że to dla mnie, bo mi zabiorą, dobra?


Poduszka jest dziwna, ale bardzo użyteczna, jak wagoniki w "Stacyjkowie". Cała sytuacja miała miejsce w domu rodziców na wyjeździe feryjnym, a poduszka przyjechała ze mną do domku. Jako, że była bez poszewki postanowiłam ją szybko uszyć, bo jak nie zrobię tego od razu, to za pół roku nadal nie zrobię. Jak uszyłam tę poszewkę i do tego pompony, to przypomniałam sobie o patchworku, który poszarpany dzielnie nam służy od lat, bo ciepły. Miałam go ładnie ubrać na jesień, ale wyszło jak zwykle. Uszyłam więc nową kołderkę teraz. No i jak mi zostało trochę tkaniny to pomyślałam o jeszcze jednej poszewce, żeby pasowała do kołderki. A to wszystko wtedy, gdy na komodzie leżały wykrojone, przygotowane i krzyczące wyrzutami mojego sumienia, części kostiumów na szkolne bale karnawałowe. Cała ja... Stroje też uszyłam, już prawie. I zrobiłam to, czego w Nowym miałam nie robić... zatraciłam się... w szyciu. Dwa dni po domu fruwały koty z nici i resztek tkanin, na obiad słoiki i mrożonki (!), na szczęście od Babci :-). Cała ja... Oszaleję kiedyś... I wtedy Św. Walenty będzie moim patronem... (Dla niewtajemniczonych św. Walenty jest, pierwotnie, patronem obłąkanych).


No to do rzeczy. Kołderka, którą dziś pokazuję swoje pierwsze życie spędziła jako wełniany koc ofiarowany nam w prezencie ślubnym (14 lat temu). Nigdy specjalnie go nie lubiłam, to znaczy nie podobał mi się, ale używałam często, bo był bardzo ciepły. Gdy po kilku latach zaczął przypominać kota po przejściach, tudzież owcę, która uciekła w trakcie golenia, dostał szansę numer dwa, jako jesienny patchwork. Po kilku latach i patchwork zniszczył się był. Jakiś czas temu przeznaczyłam cienką, niebieską narzutę jako tkaninę do obszycia tegoż. Kilka razy zmieniałam koncepcję, aż wymyśliłam, że kupię drugą narzutę, w beżu i je połączę. Kołderka jest teraz jeszcze cieplejsza i cięższa, bardzo takie lubię. Z jednej strony jest cała niebieska, niebieski przechodzi też na drugą stronę, a resztę dopełnił beż. W środku jest rzeczony koc / patchwork. Wszystkie trzy warstwy przefastrygowałam, ręcznie, w kilku rzędach.





Takie ni to pompony, ni to frędzelki są bardzo praktyczne przy dzieciach. Nie ma szans na wyskubanie ;-).





Te kołderki i poduszeczki to nasze zestawy drzemkowe, tudzież dosypianiowe w niedzielne poranki.



- Możesz przykryć się nową kołderką (żona do męża).
- No chciałem, ale myślałem, że jest nieskończona (mąż).
- Jak to? (żona)
- .... czyli ta fastryga* zostaje...

* tak, mój mąż zna takie słowo ;-)


Gdyby wiosna nie przyszła, to ja się chowam pod tą kołderką i tak będę leżała, do lata...


środa, 1 lutego 2017

Projekt 52 - nie o książki chodzi. Decyzja No1.



Słyszeliście o Blue Monday? To trzeci poniedziałek stycznia i podobno najbardziej depresyjny dzień w roku. Dlaczego? Jednym z powodów jest niedotrzymanie postanowień noworocznych (inne to niedobór światła i poświąteczne niedomogi finansowe). Postanowienia na Nowy Rok, jak świat długi i szeroki. Ja generalnie bojkotuję takie akcje. Nie lubię planować za bardzo. Nie, to za mało napisane - mnie plany paraliżują. A raczej paraliżuje mnie fakt, że im nie sprostam, nie wyrobię się. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że nie jetem leniwa, lubię działać, pracować, więc nie wynika to z moich naturalnych predyspozycji lub ich braku. Z resztą wystarczy pobieżnie przejrzeć bloga. Robię dużo. Planuję tyle, ile jest konieczne. Postanowień noworocznych nie robię, a jednak...


Przeczytałam wpis Katarzyny Kędzierskiej z bloga Siplicite. Napisała: "Powiem wprost: nie rób noworocznych postanowień. Podejmij decyzję". To było to! Na początku chodziło po głowie jako bunt (ja NIGDY nie robię), później wyrzut sumienia (tyle rzeczy odłożonych na kiedyś), aby skończyć się, a raczej zacząć na działaniu. Co poczułam? Napisałam na swoim Instagramie: Na nowo organizuję czas. Ostatnia książka ("Miłość" Tomasz Budzyński) i pewne decyzje, które podjęłam z Nowym Rokiem powoli ustalają się w odpowiednich kolejnościach i dawkach. To sprawy niewielkie, za wcześnie by pisać, ale dają mi nowe siły, świeżą radość i... PRZYNOSZĄ ULGĘ.



Nasz obiadowy standard standardów, tuż obok spagetti i sosu pomidorowego. Jak nie wiadomo co na obiad to będzie makaron z brokułami, albo ryż, najlepiej z kawałkami kurczaka od wczoraj. Wszyscy lubimy. Postanowiłam jednak poszerzyć standardy i udało mi się to już, w grudniu. Tak więc nasz kolejny standard to zapiekanka z ziemniaków. Jedliśmy kilka razy, pojawiły się wersje z boczkiem i szynką. Grain Dauphinois "Na Zdrowie" Eliza Mórawska, strona 163.


Jedna z decyzji, którą podjęłam to: w 2017 roku wypróbuję 52 nowe przepisy. I tym wpisem ją zapowiadam. Na Simpilicite przeczytałam bowiem, że drugi krok po podjęciu decyzji to: "opowiedz o tym".  Nowe książki kucharskie, gazety kulinarne, książki z przepisem w tle i co? No właśnie nic, albo niewiele, od czasu do czasu. Mam książkę, którą byłam zachwycona gdy kupiłam rok temu i pamiętam swój ślinotok gdy zobaczyłam jedno z ciast. Minął rok i nie upiekłam NIC z tej książki, chociaż gotuję obiady niemal codziennie, a piekę co najmniej raz w tygodniu... Taka prawda. Uwielbiam je oglądać, w wyobraźni czuję smak i najczęściej na tym się kończy, mam nadzieję kończyło. Zdjęcie poniżej to wspomniane ciasto - Torta della Nonna.


Dlaczego tak było? Robię mnóstwo różnych rzeczy i w rezultacie pora obiadowa mnie zaskakuje, chcę przygotować szybko posiłek dla rodziny. Co nie znaczy, że gotować nie umiem czy nie lubię, wręcz przeciwnie i wcale nie jest nudno. Makaron potrafię przygotować ze wszystkim, dobry makaron. Można przejżeć zakładkę przepisy, tam też dużo się dzieje. Chodzi mi o regularność w tym gotowaniu nowych rzeczy. Regularność i mobilizację. Często mnie dopadały zrywy w tym temacie. Czasem przez 2 tygodnie "nie wychodziłam" z kuchni, by później przez 2 tygodnie odczuwać niechęć z każdym przygotowywanym posiłkiem. Co mi pomogło w ostatecznej decyzji? Gdy na początku stycznia upiekłam ciasto z jabłkami, które piekę od zawsze i jedliśmy je 4 dni - dotarło do mnie - znudziło mi się! W naszej rodzinie jest 6 osób i zazwyczaj ciasto znika w jeden dzień, chyba że nie mamy na nie ochoty... Nie mam ochoty to nie to samo co nie smakuje. 



Projekt 52 - mało i dużo. To jeden nowy posiłek / ciasto / coś na tydzień. Znacie film "Julia & Julia"? Tam bohaterka przez rok (365 dni) mierzy się z 500 przepisów... To ważny element moich decyzji: możliwości. Z jednej strony narzucić sobie jakiś wysiłek, ale z drugiej nie przegiąć, żeby szybko nie odpuścić. Zrobiłam listę. Na liście zamieściłam te przepisy, czy notatki własne, które chciałam wypróbować i fruwały mi po zeszytach. Do tego przejrzałam książki kucharskie i zapisałam potrawy, które miałam ochotę zrobić zaraz po otwarciu nowej książki. Może 52 to będzie duży trud, a może wręcz przeciwnie, zobaczymy. W każdym razie jeśli dobrze pójdzie to za rok będę znała smak 52 nowych potraw, a to dużo! Więcej niż robiłam, ale tyle ile jestem w stanie z przyjemnością zrobić przy odrobinie wysiłku. Poza tym wiem, że będą tygodnie gdy nie przygotuję niczego nowego z różnych powodów, jak choćby wyjazdy czy choroby. Nie będę miała większych problemów, żeby nadrobić te zaległości, bo 2 nowe potrawy na tydzień to też żaden szał.


Co to będzie, jakieś założenia? Zarówno słodkie jak i wytrawne posiłki. Nowe przyprawy, nowe warzywa, nowe połączenia smakowe, ale także domowy keczup, czy masło orzechowe, albo budyń. Nie chodzi tu o kolejną wersję makaronu typu "wrzucę co mam", bo takich to ja trzaskam dużo w skali roku. Chodzi o coś nowego, jak np.: Zupa soczewicowo-pomidorowa. Niby zwykła zupa, soczewica też już nie raz była, ale takie połączenie plus przyprawy - mnie smak zasokczył.  Czyli żadne tam cuda na kiju, ale jednak coś w co włożę nieco wysiłku.
Z czym związany jest ten wysiłek? Piekę / gotuję prosto i szybko, zdrowo też, wiem o tym. Prawdą jest, że każdy nowy posiłek / potrawa zajmuje więcej czasu, ale gdy przestaje być nowa to kolejny szybki, smaczny i zdrowy posiłek. Pierwszy raz gotowanie trwa zazwyczaj dwa razy dłużej niż trzeci. I wspomniana zupa, którą pierwszy raz gotowałam przez godzinę za trzecim razem będzie gotowa w 30 min. Aromatyczna, rozgrzewająca i syta zimowa zupa. Prosto, szybko i zdrowo, to nie znaczy ciągle to samo.


Co za dużo to nie zdrowo ;-). Nie chciałam rodzinie fundować zbyt dużo nowości. Do nowych smaków czasem trzeba się przyzwyczaić, dlatego warto próbować. Niektóre są jak olśnienie, chcesz więcej i więcej, tak, że robisz trzy dni pod rząd to samo. Inne mają w sobie coś intrygującego, nie do końca smakują, ale później ten smak wraca, przypomina się, by za nim zatęsknić. Nowe smaki, trzeba powtarzać, żeby miały szansę realnie zainstnieć na stałe. Bedą pewnie i takie, które pojawią się tylko raz.



Rozwijaj się, nie stój w miejscu mówią wszyscy i wszędzie. Wkurzało mnie to, ale jedno wyzwanie fotograficzne, w którym wzięłam udział uświadomiło mi coś bardzo ważnego: nie muszę znaleźć kolejnego zajęcia, kolejnej rzeczy, której się nauczę. Mogę stawiać sama sobie wyzwania, w mojej codzienności, ponieważ bardzo ją lubię. Wiadomo jednak, że można znudzić się nawet tym co się lubi, zasiedzieć i nawet nie wiedzieć kiedy. I zrozumiałam, że dla mnie nie jest to kwestią doprowadzania czynności do perfekcji, ale stawiania sobie nowych wyzwań, ponieważ tego potrzebuję, tak funkcjonuję.

1.  Kuskus z kalafiora z zielonym groszkiem. "Na zdrowie" Eliza Mórawska, strona 109. To była pierwsza potrawa z tej książki, która wpadła mi w oko. Przygotowywałam ją już dwa razy. Świetna jako dodatek do mięsa, ale także jako samodzielne danie. To połączenie kalafiora, zielonego groszku, ziół i prażonych pestek dyni. 


2. Torta della Nonna. "White Plate - Słodkie" Eliza Mórawska, strona 116. Wspomniałam już w tekście, to było ciasto, o którym marzyłam przez rok. Dlaczego go nie zrobiłam wcześniej? Wydawało się bardzo pracochłonne, ale wcale takie nie jest. W kruchym cieście zapiekamy domowy budyń waniliowy. W życiu lepszego budyniu nie jadłam! Ten przepis także był już powtórzony.


3. Zupa soczewicowo - pomidorowa na zimę. "Na zdrowie" Eliza Mórawska, strona 154. Niby tylko pomidorówka, niby tylko soczewica... ale te przyprawy. Czułam, że to nie jest smak naszej kuchni (kurkuma, kolendra i kmin, który zamieniłam na koper) zabrały mnie na wycieczkę smakową, której nie znałam. Nasyciły i rozgrzały w zimowe popołudnie i ku mojej radości, wieczór. Jestem przekonana, że to jeden z tych smaków, który wraca i nie pozwala o sobie zapomnieć, po to, by za którymś razem zachwycić...


4. Kokosanki. To wynik przeglądu kilku przepisów i własnej receptury, powstały aby zużyć białka pozostałe z Torta della Nonna. Sama nie wierzę, że nigdy ich nie robiłam... Bardzo nam smakowały.


Reasumując, żaden tam blue monday ;-) Nowy Rok, nowe smaki, nowe decyzje. Niby nic, a jednak dużo... To jak z tym pierwszym krokiem na księżycu, tyle, że odwrotnie. Mały dla ludzkości, a wielki dla człowieka ↓