Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stół. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2015

Pomocnik kuchenny ze skrzynek na owoce.

Dzisiaj sagi skrzynkowej ciąg dalszy. Przedstawiam mój pomocnik kuchenny. Marzył mi się taki od dawna, ale żaden gotowy nie spełniał moich oczekiwań rozmiarowych. Przymierzałam się nawet do kilku z Ikea. Taki pomocnik, tyle że ogrodowy, mogliście zobaczyć w moim wpisie z inspiracjami. Skąd u mnie ostatnio tyle tworów ze skrzynek? Hurtowa ilość skrzynek na owoce została zakupiona przeze mnie na początku tego roku. Jak zwykle w wakacje miałam okazję skorzystać ze stolarni ogrodowej moich rodziców ;-). Tam bez szkody dla sąsiadów mogłam spokojnie szlifować moje skrzynki. I już tak wstępnie "obrobione" dokańczałam powoli w domu. Jak widzieliście powstały skrzynki na kwiaty. Mam także półki - skrzynki w przedpokoju i teraz ten pomocnik. Mam nadzieję wkrótce wszystko wam pokazać. Niestety nadal nie mam aparatu fotograficznego i zdjęcia robiłam telefonem. Są jakie są. Dlatego zdjęcia mobilnego stoliczka są na tle ściany. Normalnie stoi pod oknem, a trudno robi się zdjęcia pod światło. Na ostatnich zdjęciach pokazuję jego naturalne środowisko.








O pomocniku technicznych uwag kilka. 
Skrzynki w oryginalnym rozmiarze były za wysokie (nie mieściły się tam, gdzie miały się mieścić), dlatego każda została spłycona o jedną deskę. Z pozostałych desek powstał blat przykrywający pomocnik od góry. Początkowo planowałam przykręcić do na zawiasy. Podoba mi się jednak tak bardzo, że planuję używać go także samodzielnie jako deskę. Nie wiedziałam też jak połączyć skrzynki ze sobą. Jak widać na zdjęciach nie są one idealne i planowałam je skleić. Okazało się jednak, że ustawione jedna na drugiej są bardzo stabilne. Skrzynki same w sobie są dość ciężkie. To logiczne, w końcu służą do przechowywania wielu kilogramów owoców. Tak więc ostatecznie stoją jedna na drugiej, a do ostatniej zostały przykręcone kółka.






Na zdjęciach widać już do czego potrzebny mi był pomocnik. Przede wszystkim jest to bardzo dobre miejsce do przechowywania owoców i warzyw. Drugim powodem było przechowywanie mąki. Wróciłam do wypieku chleba i zapasy mąki zajmują mi sporo miejsca. Gdy piekę chleb, albo coś innego, przesuwam mój pomocnik bliżej blatu roboczego i wszystko mam pod ręką. Na drugiej półce stoi garnek żeliwny. Jego przechowywania było dla mnie zawsze problemem. Garnek jest duży i bardzo ciężki, wyjmowanie go co chwilę z półki jest kłopotliwe (bardzo często go używam). A to miejsce jest dla niego wprost idealne.
I na zakończenie miejsce docelowe pomocnika. Tak sobie myślę, że lodówki w różnych domach wyglądają podobnie :-). Pamiątkowe magnesy, kartki z wakacji, pierwsza 6 (z matmy) w tym roku szkolnym i rysunki z okazji rocznicy ślubu rodziców.

A tak przy okazji marnej jakości zdjęcie moich roletek kuchennych. Uszyłam je w maju i nie pokazywałam. Może kiedyś doczekają się lepszych zdjęć... Zasłonki z białej bawełny pościelowej, "szelki" z lnu. Podobne wiszą w przedpokoju.

Wszystkiego dobrego Drodzy Czytelnicy.


czwartek, 8 maja 2014

Podkładki na stół i kolekcja obrusów.


Podkładki. Właściwie to miałam ich nie pokazywać... Nawet nie chodzi o to, że nic w nich nadzwyczajnego. Moje szycie jest zazwyczaj bardzo zwyczajne. Chodzi o to, że kosztowały mnie dużo nerwów, a i tak wyszły nie bardzo... Powiedzmy sobie szczerze: KRZYWO! Najgorsze było to, że myślałam, że uszyję je w jeden dzień tzn. te 2-3 godziny w ciągu dnia, które na szycie mogę poświęcić. Już przy docinaniu białych ramek zorientowałam się, że potrwa to dłużej. Później wymyśliłam sobie drugą stronę podkładki ozdobioną tasiemką (również mojej produkcji). Zaczęłam szyć i prasować na zmianę. Niby skroiłam równo, niby prościzna, a tu ciągle coś docinałam, coś się nadciągało... Minął drugi dzień a podkładek ni widu... Dzień trzeci: dwie godziny regulowałam maszynę... Po raz pierwszy miałam z nią problem. Szew plątał się raz od góry raz od dołu. Po raz pierwszy regulowałam naciąg nici dolnej na bębenku! I na tym zakończyłam "szycie" dnia trzeciego... ale udało się wrócić do ładnego, równego ściegu więc poniekąd byłam usatysfakcjonowana. Swoją drogą to mam zupełnie inne ustawienia naciągu nici, ciekawe co się stało? Nici nie zmieniłam. Już miałam odłożyć te nieszczęśniki w kąt, ale... Szyłam z kolejnego kuponu z tkanin, które dostałam jakiś czas temu i taka zadowolona byłam, że je przydatnie uwalniam (powstał już strój dla Tauriel i sukienka dla mnie). Ten śliczny, głęboki niebieski nie nadawał się na ubrania. Nawet po wypraniu był za sztywny. Na podkładki idealny. No to patrzę tego czwartego dnia i myślę sobie dokończę...  Dokończyłam dnia piątego i wcisnęłam w szufladę ze złością, że straciłam 5 dni tuż przed świętami, (nie całe oczywiście), a i tak nic mi z tego nie wyszło...
 
 

Święta minęły... wyciągam te podkładki i myślę sobie: krzywe, ale fajne są, takie swojskie. Miały być takie na co dzień, dla gości i tak wyciągam obrusy, co mi szkodzi... Wyprasowałam te wszystkie krzywizny i położyłam na stole no i są. Tak to jest z tym szyciem, jak z życiem. Myślałam sobie, że takie proste będzie, odmiana po sukience. Kilka szwów i ładny efekt. A tu kilka dni udręki, a efekt... krzywy... ale czy zły? Najlepsze z tej historyjki zostawiłam na koniec.... Uszyłam 7! podkładek, przez cały czas będąc przekonaną, że szyję 6 :-))))) Liczyłam kilka razy :-) Poniżej jeszcze kilka zdjęć. Oprócz nowych podkładek (są dwustronne) jest dywan i kawałek kanapy. Chciałam Wam pokazać, że starałam się zgrać je kolorystycznie z pokojem :-)

 



Przy okazji świątecznych przygotowań i prasowania obrusów zrobiłam kilka zdjęć. Taka mała kolekcja. Część z nich uszyłam sama, część dostałam. Wiele ma 20-30 lat. To obrusy, które dostałam od Mam. Myślę, że wielu takie pamięta. Bardzo je lubię: malowane, ciężkie, nie z tej epoki.

Bieżniki, czyli wąskie obrusiki leżące na całej długości stołu (definicja własna). Odkąd mamy nowy, drewniany stół nie lubię zakrywać go całościowo obrusem. Lubię gdy go widać. Dlatego najczęściej zakładam na niego bieżniki i podkładki, najlepiej z tkanin. Wszystkie trzy spod mojej igły. Zielony z epoki haftu krzyżykowego, czyli czasu gdy wszystko nim zdobiłam. Zdaje się, że haft nie został ukończony :-), ale i tak go używam. Bieżnik z odciskami liści można było zobaczyć TUTAJ. A ostatni powstał z końcówki tkaniny, z której szyłam rolety do przedpokoju.
 

Małe kwadratowe serwety uszyłam z materiałów IKEA. Były dopasowane wielkością do poprzedniego stołu w stanie złożonym. Teraz też je zakładam.


Obrusy białe. Mam ich kilka, ale ten jest najważniejszy i najbardziej świąteczny. Wyhaftowany ręcznie przez moją Ciocię. Dostaliśmy go w prezencie ślubnym i zakładamy na wyjątkowe okazje. Już nieraz zaplamiony czerwonym winem lub kawą, ale zawsze jakoś udawało mi się doprowadzić go do porządku.


Malowane obrusy. Te są delikatne i zwiewne. Idealne na popołudniową herbatkę niedzielną i domowe ciasto na staromodnej paterze ;-) To pierwsze z wspominanych obrusów z "tamtych czasów". Bardzo urokliwe.


Ciężkie. Bawełniane czy lniane?  Sama nie wiem. Myślę, że nasze Mamy już straciły cierpliwość do ich odplamiania i prasowania (kiedyś maglowania). Teraz moja kolej. Przyznaję, że gdybym miała jakiś magiel pod ręką to akurat te zanosiłabym... Są bardzo duże i wiele cierpliwości potrzeba do prasowania. Jednak są tak nastrojowe, że dzielnie to robię :-) Różowo-brązowe bukiety, kłosy zboża i lekko japoński - do nich mam szczególną słabość.


To oczywiście nie wszystkie moje obrusy. Nie wiedziałam, że mam ich tak dużo. Podobnie jak wiele rzeczy wydają się nieistotne, a jednak nadają ton i rangę spotkań przy stole. Lubię moment, kiedy wchodzą goście, zasiadamy do stołu, a na nim wyprasowany obrus i zastawa. A nawet po spotkaniu, gdy widzę cały zaplamiony - ślad, że ktoś był, zjadł, porozmawiał... Albo zwykły dzień. Wracam z zakupami, robię herbatę i stawiam na czystej, tkaninowej podkładce. Niby nic, ale głaszczę ją i uśmiecham się :-)


Nad filiżanką ziołowej herbaty pozdrawiam Was uśmiechnięta ja:



niedziela, 8 grudnia 2013

Stół gotowy, czyli królowa nie śpi, czyli że nie śpiąca królewna ;-)


Wspomniałam już kiedyś, że najchętniej dawkowałabym sobie pracę nad tym stołem, ale skończyłam niestety... Stół powstał na zamówienie u stolarza. Wykonany z drewna świerkowego. Długo głaskałam go i wąchałam zanim zdecydowałam co z nim zrobić. Podobał mi się taki surowy, ale jednak postanowiłam go pobielić. Na kantach lekko przytarłam farbę papierem, wygląda na lekko postarzony. Resztę niech zrobi czas. Uwielbiam ten stół.




Gdy stół stanął już na swoim pomyślałam, że zakupię kwiaty, żeby zrobić zdjęcia. Tymczasem wczoraj upiekłam chleb. Położyłam go na stole i pomyślałam, że to zestaw idealny: stół i chleb....
To jest nasz domowy chleb powszedni. Upiekłam pewnie kilkanaście rodzajów chleba i tyle samo przepisów na bułki wypróbowałam. Dzięki temu mam swój kanon wypieków. Nie oznacza to, że nie próbuję nowych przepisów, ale dobrze dojść do momentu, jakiegoś rozeznania, w tej kwestii i nie czuć presji (swojej własnej ambicji), żeby ciągle robić coś nowego. Po prostu wyjmuję mąki i piekę chleb, a czasem mam ochotę na coś zupełnie nowego i wtedy też jest miło: wertowanie sieci, gazet i książek.


Chleb

Nie podam skąd pochodzi przepis na ten chleb. Po pierwsze, to nie jest już oryginalny przepis, naniosłam zmiany w ilościach mąki. Nie pamiętam też z jakiego przepisu wychodziłam. Chleb jest taki zwyczajny: pszenno - żytni na zakwasie.

 Składniki:
  • 150 g aktywnego zakwasu żytniego (dokarmianego 10-12h przed planowanym pieczeniem)
  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g mąki żytniej
  • 320 g wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 10 g drożdży-opcja*
* Drożdże w przepisach z zakwasem są zazwyczaj opcjonalne (można dodać, ale nie trzeba). Dodaje się je w zależności od aktywności zakwasu (drożdże pomogą w wyrastaniu chleba gdy zakwas jest młody lub słaby), panujących warunków (czasem chleb rośnie słabo ze względu na temperaturę za niską lub za wysoką). A także czasu jaki mamy na wyrastanie chleba (chleb na samym zakwasie wyrasta wolniej). Według mnie jest jeszcze jeden powód. Chleb na samym zakwasie ma mocniej kwaśny posmak. Osobiście bardzo lubię, ale moje dzieci już mniej i wyczuwają różnicę bezbłędnie.

Przygotowanie:

Do miski wlewam zakwas, a następnie obie mąki. Jeśli używam drożdży, to rozcieram je w palcach razem mąką. Dosypuję sól, wlewam wodę i wyrabiam ciasto. Można ręcznie, można specjalnych hakiem w robotach kuchennych. Ja wyrabiam je zwykłym mikserem do ciasta używając takich spiralnych łapek, które do czasu rozpoczęcia wypieku chleba leżały nie używane ;-) Przykrywam i zostawiam ciasto w misce do wyrastania. Jeśli dodaję drożdże chleb wyrasta ok. 2 godzin jeśli piekę na samym zakwasie to czasem nawet 4 godziny. Po tym czasie u mnie następuje pieczenie. Są różne metody. Ja wybieram tę: przekładam ciasto do garnka żeliwnego wyłożonego papierem do pieczenia, zamykam pokrywę i wstawiam do zimnego (!) piekarnika. Tak piekę chleb 30 min. W tym czasie bochenek wyrasta po raz drugi (podczas stopniowego rozgrzewania się piekarnika i garnka). Następnie zdejmuję pokrywkę i piekę chleb jeszcze 30 minut: około 20 min. w garnku, a następnie wyjmuję go ostrożnie i dopiekam ok 10 min. na samej kratce kuchennej. Piekarnik ma temperaturę około 200 stopni. Upieczony chleb popukany od spodu daje głuchy odgłos.

Zanim kupiłam garnek żeliwny (IKEA, ok. 200zł) piekłam chleb w zwykłej keksówce. Po wyrastaniu w misce przekładałam go do formy wysmarowanej oliwą i obsypanej otrębami i zostawiałam na drugie, krótsze wyrastanie, po czym piekłam 40-50 minut (wkładając chleb do rozgrzanego piekarnika)

Doskonale zdaję sobie sprawę, że to zupełnie nieprofesjonalny domowy wypiek chleba. Nie mam jednak kompleksów z tego powodu. Znalazłam swój sposób na chleb, dzięki czemu nie jest dla mnie problemem robienie chleba co drugi dzień. Na co dzień omijam wyrastanie koszyczkowe, rozgrzewanie garnka żeliwnego itp. Oczywiście czasem tak piekę, ale tylko czasem.

Skąd zakwas i jak zacząć?

Swoją przygodę z chlebem rozpoczęłam z blogiem Pracownia Wypieków. Bardzo profesjonalnym blogiem o wypieku chleba i nie tylko jest też  Piekarnia Tatter. Nie będę więc wymądrzała się nadto, co już napisałam. Nie osiągnęłam takiej perfekcji i wiedzy jaką możecie wyczytać na proponowanych blogach, dlatego Was tam odsyłam. Tam też znajdziecie przepis na zakwas i różne metody pieczenia chleba.

I jeszcze dwa zdjęcia stołu w codziennych okolicznościach. Do poprzednich zdjęć odsunęłam krzesła i kosz, zdjęłam fartuch z wieszaka, żeby dobrze było go widać. W razie potrzeby rozkładamy kolejne krzesła.



Nie męczyłam już kolejnymi zdjęciami mojej kuchni, bo jej remont i metamorfozę  można było oglądać na blogu w 2 częściach:
Część 1 - Malowanie boazerii i płytek ceramicznych - TUTAJ
Część 2 - Malowanie mebli - TUTAJ

A poza tym :-) Pierwsza partia świątecznych pierników upieczona. Najstarsza przeliczyła: 134 sztuki. To był piątek. Dziś niedziela, połowy nie ma ;-) Jutro pójdzie druga partia, żeby wystarczyło na lukrowanie i rozdawanie. Pierniki dobrze przechowują się i to jedne z najlepszych ciastek jesienno-zimowych. Nie żałuję sobie ani rodzinie, nie zostawiam tylko na święta, piekę bez umiaru ;-) Tym samym przypominam, że już czas na pierniki. Moje pierniczki powstają z TEGO PRZEPISU.


Zmogło mnie przeziębienie, wirus jakiś. Nie piszę, żeby się użalać, ale przypomnieć o genialnej MIKSTURZE NA PRZEZIĘBIENIE. Nie leczyłam się innymi środkami, tylko NIĄ. Kto czytał przypominam, kto nie miał okazji zapraszam TUTAJ. W czwartek wieczorem było kiepsko, ledwo mówiłam, czułam jak zawalają się zatoki. Dziś niedziela. Zaledwie trzy dni i duuuużo lepiej, ale jeszcze dziś pójdę spać tuż po 20-tej.

Poza tym szyję, tyle że bardzo użytkowo i praktycznie: skracanie zasłon i firan, jakiś bieżnik, nowa roletka do przedpokoju.


wtorek, 6 sierpnia 2013

Wakacyjna stolarnia pod świerkiem. Stół.

Jestem cała przejęta odsłoną mojej drugiej wakacyjnej pracowni ;-) Tego lata zajmowałam się przerabianiem a czasem nawet renowacją mebli ;-) Wszystko oczywiście na własny użytek. Zanim zostaną przewiezione na miejsce docelowe sesja w ogrodzie. Dziś pokazuję mebelek, który jest dla mnie szczególny. Stół.



Uchwyt do szuflady "pożyczyłam" od innych mebelków. Szuflada bez uchwytu była jakaś "łysa" i do zdjęcia ma zastępczą gałeczkę ceramiczną.



W planach mam taki oto uchwyt z IKEA:

zdj. pochodzi z IKEA.pl

A dlaczego mebel to taki szczególny? Otóż będzie to mój osobisty stół do pracy (hobbystycznej raczej) :-) Jest dokładnie taki o jakim marzyłam. Prosty. Nie mogę uwierzyć, że w końcu jest... i jest taki mój...


 

Przed i Po

Na początku wspomniałam, że meble odnawiałam, więc winna jestem Przed i Po ;-) Muszę przyznać, że stół "przed" to nie jest dokładnie ten sam stół co "po", ale taki sam ;-) czyli standardowy stół kuchenny z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Stół z przeszłością, przy którym obiady jadał mój drogi Mąż. To jest najfajniejsze w odnawianiu mebli - ich przeszłość, która pozostaje i związana jest z konkretnymi wspomnieniami...


Za kulisami, czyli co? gdzie? za ile?

Pomyślałam, że odpowiem na te pytania, może kiedyś, komuś przydadzą się podobne informacje. Zmianie uległ blat stołu. I tutaj na scenę wkracza mój Tato. Wykonywał On zadania grubszego kalibru. Zrobił i zamontował blat. Nowy blat to sosnowa deska o wymiarach  1,8cm 30cm 200cm  (Leroy Merlin, ok. 35 zł) przecięta na pół i sklejona. Ostatecznie blat ma wymiary 60cm na 100cm, został wydłużony o 10 cm w stosunku do starego stołu. Początkowo planowałam przykleić te deski do starego blatu, ale ten był już mocno wygięty więc z pomocą Taty udało się wymienić go na nowy. Oczyszczanie i malowanie to już moja broszka. Do oczyszczania używałam papieru ściernego: na pierwsze ścieranie użyłam papieru o grubości 180, na wyrównanie 400. Nogi i szufladę malowałam białą farbą, którą widać na zdjęciu poniżej (Leroy Merlin, ok. 72 zł za 2,5 l). Nie wiem ile farby potrzeba na taki stół. Kupiłam dużą puszkę z myślą o wszystkich mebelkach, które planowałam odnowić. Natomiast do malowania blatu użyłam lakieru (Leroy Merlin, ok. 23 zł za 0,75 l). Lakier bardzo fajny, rzeczywiście (jak obiecuje producent) drewno nie zmieniło barwy i jakby wyostrzył się obraz sęków. Blat malowałam wielokrotnie. Kilka razy pomiędzy kolejnymi warstwami przecierałam papierem 400, żeby był gładki. Zobaczymy jak będzie zachowywał się po jakimś czasie użytkowania. Oczywiście na poczatek musiałam zakupić też wałeczki i pędzelki do malowania. Używałam wałeczków 5 i 10 cm.


P.S. Stolarnia pod świerkiem. Nie mam oczywiście do dyspozycji profesjonalnego warsztatu. Tata nie jest stolarzem. Większość prac wykonywana była na podwórku pod świerkiem. Świerk jest gigantyczny! Wymknął się spod kontroli. Kilka dolnych gałęzi zostało wyciętych bo zajmował już sporą część podjazdu. Dzięki temu dorosła osoba przechodzi pod nim dość swobodnie. W słoneczne dni daje cień. Ciekawostką było dla mnie to, że chronił też od deszczu. Gdy Tata mi powiedział, że nawet podczas ulewy pod świerkiem jest sucho to nie wierzyłam za bardzo. I rzeczywiście był taki dzień. W kaloszach, w strugach deszczu szlifowałam swoje szafki pod świerkiem... Byłam przeszczęśliwa....

Prawie stolarz ;-) (przy czym prawie robi wielką różnicę ;-)