Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziemniaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziemniaki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 września 2016

Dziwni ludzie przywożą z wakacji dziwne pamiątki...

Tak już jest.


Nie, ziemniaków nie przywiozłam z wakacji, są wynikiem działania wichajstrów z pierwszego zdjęcia. Poznaniacy mogą być ze mnie dumni: pyry na pińcet sposobów.



Aby jednak nie wyjść na wariatów przywożą też ceramikę od Benedyktynów. I to nie obniżona cena z powodu jakiś nadprogramowych maźnięć na talerzu, skłoniła ich do tego zakupu, ale te maźnięcia właśnie... Wiem, że ta informacja nie pomaga mi w wybrnięciu z wizerunku dziwaka... Drugim powodem zakupu był malunek na dnie talerza. Pamiętam z dzieciństwa talerze z rysunkami na dnie. Jaka to była przyjemność w odkrywaniu tych rysunków, organoleptycznie nieomal... I to codziennie. 



Biżuteria, lepiej prawda? Biżuteria wygląda już całkiem dobrze jako pamiątka, ale nie wspomnę, że ta przywodzi na myśl niewolnicze bransoletki starożytnego Rzymu, bo może nie wszystkim i jakoś ujdą...



Guziki są wynikiem przechadzki po Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku.


Dzieci ratują matkę z wizerunku zbieraczki niewolnicy. Standard: gwizdek, breloczek, kolorowa bransoletka i takie kosteczki na gumce, z których można różne kształty układać. I badyle, tak przywieźliśmy z gór badyle, wielkie, dłuuugie badyle. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że inni też przywożą badyle z wakacji i cuda z nich robią.


Celem zatarcia ewentualnych chęci pukania palcem po czole: mamy też muszelki znad morza, tak po prostu. Ta duża i piękna ukazała się mym oczom dopiero w domu. To było dziwne bo myślę, że widziałam każdą maleńką muszelkę zaraz po wyłowieniu jej z morza i okrzyku: mamo! mam muszelkę!


O tym, co z wakacji przywlekliśmy w ubiegłym roku TUTAJ.

Dobrego tygodnia Drodzy Czytelnicy. 


P.S. Niestety NIE przywiozłam z wakacji grzybów, jak niektórzy ;-) i teraz tylko zazdraszczam.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Pieczone warzywa i zupę z nich można zrobić.

Zanim wiosna rozbuja się kolorem na dobre, a nowalijki przestaną być podejrzane wcinamy warzywa ziemne, które o tej porze roku mają się jeszcze całkiem nieźle. Trwa nasza przyjaźń i częste spotkania z marchwią, burakami, ziemniakami i porami. Warzywa ziemne, na razie to nam pozostało. Wbrew pozorom (wiosna) potrzeba nam jeszcze dużo energii i siły. Osłabieni po zimowych wachaniach temperatur i wczesnowiosennych, jeszcze zimnych  deszczach musimy się dogrzewać. (My - moja rodzina - nie piszę w imieniu Polaków ;-)). Pieczone warzywa pokazywałam przy okazji świąt. Postawiłam wtedy na obiady proste, smaczne i wypróbowane. Bardzo często w okresie jesienno - zimowym i jak widać wczesnowiosennym pieczemy na obiad warzywa. Dzieci bardzo lubią i my także. Pieczemy same ziemniaki lub mieszankę warzyw. O tej porze roku korzystamy z warzyw ziemnych. 



Pieczone warzywa w składzie:

  • Czerwone buraki
  • Bataty, czyli słodkie ziemniaki
  • Zwykle ziemniaki
  • Marchew

Pokroiłam warzywa w kostkę. Buraki, które pieką się najdłużej pokroiłam najdrobniej. Wrzuciłam wszystkie na blachę. Następnie polałam olejem z pestek winogron i przyprawiłam solą ziołową. Piekłam około 40 minut. Warzywa można podawać z sosem czosnkowym. Mogą być samodzielnym obiadem lub towarzystwem dla mięsa. 

Co jeszcze można piec? Wszystko: cebule, pory, seler, pietruszkę, paprykę, seler, bakłażany, cukinie, kalarepy, kalafior. 


Na kanwie warzyw, które kupiliśmy na święta ugotowałam po świętach zupę z pieczonych warzyw. Od rana świeciło u nas słońce, ale moja głowa podpowiadała, że to się zmieni. Było coraz pochmurnej i zaczęło padać. Zajrzałam na blogi, których od tygodnia nie przeglądałam i zobaczyłam u Pani Olgi zupę z pieczonych warzyw. Poszłam do kuchni żeby sprawdzić co mam. Najpierw zaczęłam spisywać czego mi brakuje, ale po chwili mnie olśniło i postanowiłam użyć tego co mam, zwłaszcza, że nie miałam ochoty na spacer... Jeśli chcecie zobaczyć oryginał zupy zajrzyjcie na bloga Olgi Smile. Trafiłam na niego gdy szukałam jak zrobić mąkę gryczną. Teraz często korzystam z powodu diety bezmlecznej. Blog bardzo pomocny przy różnych dietach, to ogromne źródło wiedzy kulinarnej. Tymczasem z czego zrobiłam moją zupę. Mój przepis znacznie uproszczony, ale zupa wyszła pyszna. Dawno (nigdy?) takiej nie jadłam: bardzo głęboki warzywny smak. Zupa jest gęsta, lekko słodka, sycąca. Nie dodawałam ziół, jedynie te do pieczenia warzyw. Gdy spróbowałam jej po zmiksowaniu uznałam, że jej smak jest idealny ;-). Dodatkowo zużyłam wszystkie resztki chleba po świętach. Przygotowałam grzanki do zupy. Moja rodzina lubi jak coś w zupie chrupie. Dlatego jeśli robię zupy typu krem to zawsze przygotowuję do nich grzanki.


Zupa z pieczonych warzyw z grzankami ziołowymi
  • 3 średnie buraki
  • 3 średnie bataty (słodkie ziemniaki)
  • 3 duże marchwie
  • 1 por
  • 4 ząbki czosnku
  • 10 suszonych pomidorów
  • 3 l wody
  • 0,5 l przecieru pomidorowego
  • 0,5 l mleka owsianego
  • Sól ziołowa, sól, pieprz
  • Oliwa lub olej roślinny
  • Chleb do grzanek

Warzywa (poza czosnkiem) pokroiłam, polałam olejem z pestek winogron, przyprawiłam solą ziołową i piekłam w 200℃ około 40 minut. 

Warzywa przełożyłam do garnka, zalałam wodą, tak aby przykryła warzywa, dodałam pokrojone suszone pomidory i czosnek. Gotowałam dalej, około 20 minut, do miękkości warzyw. 

Dolałam przecier pomidorowy, wodę i gotowałam kolejne 15 minut.

Zmiksowałam całość blenderem i wlałam stopniowo mleko owsiane (które sama przygotowałam dzień wcześniej, przepis także znajdziecie na stronie Olgi Smile, choć ja korzystałam z książki Qmam Kasze).

Grzanki. Na blachę po upieczonych warzywach wrzuciłam chleb pokrojony w kostkę. Polałam olejem z pestek winogron i posypałam solą ziołową. Piekłam w piekarniku około 15 minut.


Dziś pięknie świeci słońce. Miłego dnia zatem. Gdziekolwiek jesteście :-)


piątek, 7 marca 2014

Resztki zimy, czyli ciepły naszyjnik, syrop z cebuli i kuchnia polska do tego :-)

Witajcie Drodzy Czytelnicy. Jakże się cieszę, że wróciłam do świata zdrowych i żywych... Dopadł mnie jakiś wirus i zaniemogłam na ponad tydzień. Ostatni wpis o Śpiochach wrzucałam, jak lekko puściła gorączka (był niemal gotowy). Mam sporo pomysłów i planów na szycie: pewne obiecanki, które póki co to tylko "cacanki", narzuty na łóżka i chciałabym uszyć coś dla się. Do tematu zdrówka jeszcze powrócę w dzisiejszym wpisie. Tymczasem rzecz, która gotowa jest już od wielu tygodni tylko jakoś nie po drodze jej było na bloga ;-) Zimowy naszyjnik... Jeszcze chwilę i będzie za późno na publikację ;-) Dziś zdjęcia bez mej twarzy, widać po niej jak przeczołgało mnie choróbsko... sama się wystraszyłam więc Wam tego oszczędzę. Na szczęście apetyt wraca i o tym też dziś będzie :-)



Zimową porą zachciało mi się takiego naszyjnika otulacza. Wspominałam już o mojej nowej miłości do laleczki dziewiarskiej i zachwytu nad jej możliwościami. No to je wykorzystałam do mojego dzieła. Poza tym wykorzystałam tutorial z bloga by piegowata na kulki celem uzyskania jakże popularnych i uroczych kwiatków typu Tilda :-)



Syrop z cebuli.

Niektórzy znają go doskonale z dzieciństwa inni nigdy o nim nie słyszeli. Dla jednych miłe wspomnienie i słodki smak, dla innych zmora czasu jesienno-zimowego. Dla mnie objawienie tej infekcji ;-)


Oczywiście znałam go z dzieciństwa, stosowałam jako dorosła, ale zawsze równocześnie z innymi lekami, jako wspomagacz. Tym razem jednak leczyłam się tylko nim. Poza tym cytryna, miód i imbir. Wspaniała jest także Mikstura na przeziębienie, ale niestety tym razem nie mogłam poradzić sobie z czosnkiem. I moje przeziębienie rozpoczęło się kaszlem, syrop z cebuli wydawał się lepszym rozwiązaniem. Działa jednak nie tylko na kaszel. Poradził sobie z gorączką (38 stopni, której nie miewam), bólem gardła, a nawet zatokami: czułam jak odblokowuje nos. Jak poczułam się lepiej już po jednym dniu to zaczęłam szukać informacji w sieci. Oczywiście polecam samodzielne zgłębianie tej tajemnej wiedzy, ale tak ogólnie: syrop działa przeciwbakteryjnie, przeciwwirusowo i wykrztuśnie. W sieci można znaleźć fragmenty z publikacji naukowych. Wyczytałam, że składniki zawarte w soku z cebuli zabijają prątki gruźlicy! W licznych komentarzach pojawiały się opinie, że obyło się bez antybiotyku nawet w przypadku zapalenia oskrzeli! Oczywiście pod kontrolą lekarza, w przypadkach gdy stosowanie antybiotyku było niewskazane. 



Składniki:
  • cebula
  • 2-3 łyżki cukru
Przygotowanie:

Cebulę pokroiłam w kostkę i przesypywałam cukrem. Zostawiłam aż cebula puści sok (3-4 godziny). Ważna informacja: syrop należy stosować jak lekarstwo: 3-4 razy dziennie po łyżce stołowej. W przypadku dzieci: 2-3 razy dziennie po małej łyżeczce. Ważne, bo zbyt duża ilość soku z cebuli może podrażnić wątrobę. Takie dawkowanie jest wystarczające i daje rezultaty :-) Gdy cebula daje dużo soku i pijemy go dłużej niż jeden dzień to syrop należy przechowywać w lodówce. Zazwyczaj zużywałam jedną cebulę na dzień, ale ta którą kupił mój mąż (na zdjęciu) dawała sok na dwa dni. Nie mam pojęcia co to za cebula, mam nadzieję, że nie chińska ;-)

Jak już wczytałam się w to cebulowe panaceum to dowiedziałam się, że można je też przygotować na bazie miodu (zamiast cukru). Można także dodać plastry cytryny (poprawi smak). Ja z sentymentu przygotowywałam klasycznie :-)

W dniu, w którym zagorączkowałam prawie nie jadłam. Jedyne na co miałam ochotę to pomarańcze (czyli prawdopodobnie potrzeba witaminy C). Normalnie po całym dniu  picia syropu z cebuli i jedzenia pomarańczy powinna boleć mnie wątroba... Nie bolała, natomiast czułam się lepiej i lepiej. Czasem dobrze jest posłuchać tego co nam organizm podpowiada.To nieprawdopodobne, że bardzo często to wystarczyłoby. To prawda, że po tygodniu naturalnego leczenia nadal miałam kaszel, oczywiście znacznie mniejszy, ale leczenie trochę trwa. Z pewnością dłużej niż klasyczne leczenie w takich przypadkach. Pewne jest jednak także to, że odporność nabyta w ten naturalny sposób (walki) daje długą dobroczynną moc :-)
Kapuśniak z prażochami :-)

W naszym domu króluje lekka, szybka kuchnia jednogarnkowa. Na talerzach zazwyczaj mamy makarony, ryże i kasze, pieczone warzywa lub  mięso. A jednak... Jak tylko zaczęłam wracać do zdrowia zachciało mi się kapuśniaku z prażochami :-) Dla niektórych to Prażuchy, dla innych Gamza, a nawet Psiocha :-) Co region to inna nazwa. Choć byłam przekonana, że to potrawa pochodząca z łódzkiego okazało się, że znana jest w wielu regionach Polski. Myślę, że można ją śmiało zaliczyć do klasycznej kuchni polskiej. Znacie? Nie jadłam od lat. Jak mi się zachciało! 


Najpierw próbowałam wybić sobie potrawę z głowy, bo nie zdrowo... Później uznałam, że skoro tak bardzo wsłuchiwałam się ostatnio w swój organizm, to taka ochota coś oznacza (kiszona kapusta to znów witamina C)... Po czym doszłam do wniosku, że wcale nie taka niezdrowa... Zupa - same warzywa w tym kapusta kiszona... Darowałam sobie wszelkie dodatki i zasmażki. Prażochy, no tu mamy pyszny, podsmażony boczek, ale z pewnością nie jest to dodatek bardziej zabójczy niż frytki, które przecież od czasu do czasu... Cóż więcej: było pysznie i tego właśnie mi było potrzeba w ramach rekonwalescencji ;-)


Kapuśniak.
Taka zwykła, dobra, pożywna, polska zupa. Idealna na zimę. Kwaśna, ale nie za bardzo. Ciekawa odmiana po klasycznych warzywnych. I świetna alternatywa dla zup wczesnej wiosny, gdy na świeże warzywa trzeba jeszcze poczekać. Cieszę się, że do niej wróciłam po latach.

Składniki:
  • Pęczek warzyw (marchewka, pietruszka, seler, por)
  • 3 małe ziemniaki
  • ok.500 g kapusty kiszonej
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 liść laurowy
  • 2 ziarenka ziela angielskiego
  • 1,5-2 litry wody
  • sól, pieprz
  • podsmażony boczek pokrojony w kostkę (opcjonalnie)

Przygotowanie:

Warzywa pokrojone w kostkę wrzuciłam do wody i zagotowałam razem z przyprawami (ostrożnie z solą, kapusta kiszona wzmaga odczucia smakowe, lepiej dosolić zupę pod koniec gotowania).  W tym czasie pokroiłam trochę kiszoną kapustę i gdy wywar warzywny zagotował się dołożyłam ją. Całość gotowałam około godziny.

Prażochy.
Najczęśniej widywane w towarzystwie kapuśniaka, ale także gulaszy lub jako samodzielne danie popijane kwaśnym mlekiem. Wiele lat temu robiłam te kluchy, ale od dziś w ramach tradycyjnej kuchni będę je robiła częściej. Zostały wpisane do ZESZYTU , a trafiają do niego tylko te rzeczy, które chcę regularnie mieć na talerzu ;-) Co bardzo ważne: rodzinie także smakowały. Nawet Najstarsza (jedyny wybredny, co do jedzenia, członek naszej rodzinki) zajadała się tym polskim cudem ;-) (na kapuśniak nie zdecydowała się). Mamy kilkoro znajomych obcokrajowców. Czasem uczę się czegoś polskiego, żeby móc ugotować dla nich właśnie. Bardzo się cieszę, że nabyłam umiejętność przygotowania kolejnej potrawy. Cieszę się, bo to szalenie proste i bardzo polskie danie.

 

Składniki:
  • 1 kg ziemniaków
  • 3-4 łyżki mąki pszennej lub ziemniaczanej*
  • 300 g wędzonego boczku
  • sól
* Znalazłam dwie wersje przygotowania prażochów. Zazwyczaj w przepisach wystepuje mąka pszenna. Ja użyłam mąki ziemniaczanej (jak moja mama). Nastepnym razem użyję pszennej i zobaczę różnicę (albo nie) 

Przygotowanie:

Ziemniaki  obrałam, pokroiłam w ćwiartki i zagotowałam, posoliłam wodę. Gotowałam około 15 - 20 minut, tak, że ziemniaki były jeszcze lekko twarde. Odlałam większość wody (szklankę tej wody zostawiłam, może się przydać). Zostawiłam 2 cm wody na dnie garnka z ziemniakami i posypałam je mąką). Przykryłam garnek i dogotowywałam ziemniaki do miękkości (około 10 minut) sprawdzając czy się nie przypalają. W razie potrzeby można podlać wodą. Ważne jest, że mąka w tym czasie "zaparza się", nie jest surowa. Gdy ziemniaki są miękkie odlewam ostrożnie resztkę wody. Następnie ciężka robota. Biorę w rękę pałkę do ucierania ciasta i zagniatam ziemniaki z mąką na jednolitą masę. Dość długo i cierpliwie. Powstanie klejąca masa. Gdyby była za gęsta można dodać niewielką ilość wody odlanej z ziemniaków. 
Na patelni smażę pokrojony w kostkę boczek. Gdy uzyskam już skwarki łyżkę stołową moczę tłuszczykiem ze skwarków i oddzielam  nią kawałki masy ziemniaczanej tworząc kluchy :-) Kładę kluchy na patelnię ze skwarkami i chwilę podsmażam. Tak lubimy. W większości przepisów uformowane kluski kładzie się na talerz i polewa skwarkami. I to wszystko.

Mam nadzieję, że zimowy naszyjnik, syrop z cebuli i kapuśniak z prażochami to godne pożegnanie zimy w naszym domu :-) Teraz to już tylko rozpięte płaszcze, wiosenne sukienki, kiełki rzodkiewki i tulipany... Niczego innego nie przyjmuję do świadomości ;-)




P.S. Tak przeczytałam na koniec ten wpis i uznałam, że można jeszcze przytoczyć polskie przysłowie: "W marcu jak w garncu". Dziś u mnie wszystko; dzierganie, leczenie i gotowanie... mam nadzieję, że to przeżyliście ;-)

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Opowiem Ci o smaku chleba razowego z pastą z awokado :-)

Jak już piszę na blogu o kulinariach to przygotowuję cały cykl o.... I tym razem tak miało być, ale uznałam, że mam wyjątkowo dużo do powiedzenia, więc dziś będzie prawie tylko o awokado ;-) Pana Awokado poznałam podczas tych Wielkanocnych świąt i cóż mogę powiedzieć? Jest wspaniały i taki ZIELONY :-) Zajadałam się kanapkami z domową, pieczoną szynką i awokado i nie mogłam uwierzyć, że przeżyłam 34 lata bez tego smaku ;-) 


Pasta z awokado.
W poniedziałek, z samego rana dostałam świeży (domowy) razowy chleb zawinięty w ściereczkę. Od zaprzyjaźnionych sąsiadów dostałam :-) Od kilku dni miałam w lodówce dojrzałe awokado. W domu miałam także gorączkujące dziecko. Poniedziałek trwał dalej: przychodnia, lekarz, szkarlatyna, antybiotyk i... blender, awokado, oliwa sól, pieprz. I przekonanie, że przecież wszystko będzie dobrze, dziecko wyzdrowieje. Smak awokado towarzyszył mi do wieczora :-) Tak, jest dobrze, a rzeczony poniedziałek właśnie się kończy...


Składniki:
  • dojrzałe awokado
  • 1 łyżka oliwy
  • sok z cytryny (lepiej limonki)
  • sól, pieprz
Opcjonalnie (do wyboru):
  • natka pietruszki
  • kolendra
  • jajko
  • czosnek
Przygotowanie:

Awokado obrać ze skórki, przekroić, wyjąć pestkę i skropić sokiem z cytryny. Wszystkie składniki rozgnieść widelcem lub zmiksować w blenderze. Nie miksowałam mocno, w mojej paście można wyczuć kawałki owocu. Do pasty dodałam troszkę natki z pietruszki. Nie będę rozpisywała się na temat samego owocu czy pochodzenia pasty. Ta występuje także jako guacamole, ale nie jestem pewna czy pod tą nazwą nie kryje się konkretny skład (min. kolendra) więc nie używam jej (tej nazwy). W internecie znajdziemy bardzo dużo różnych wersji past. Bardzo dobrze zebrane informacje można przeczytać np. TUTAJ. Można wymyślać i dobierać smaki w zależności od upodobań i zawartości lodówki :-) Ja zazwyczaj próbuję i próbuję a moim ulubionym zostaje ten z najmniejszą ilością składników :-)

Kopytka smażone na głębokim tłuszczu. 

A co jeszcze do pasty z awokado? Zazwyczaj widać ją w towarzystwie czipsów itp. A ja proponuję smażone kopytka. Ech... to też historia :-)
Wiele znajomości, przyjaźni czasem niektórych chwil spędzonych z nimi, kojarzę z konkretnym smakiem lub zapachem. Bardzo wiele i bardzo mocno. Za każdym razem kiedy czuję ten konkretny smak czy zapach jestem myślami z tymi osobami, czasem tylko wtedy bo nasze drogi rozeszły się. Jest mocny zapach kawy z ekspresu, ale tylko latem. Są ciasteczka owsiane i pasta jajeczna. Jest pizza z szynką i rukolą. Jest pomidorowa z ryżem i zapiekanki z pieczarkami i żółtym serem na kajzerkach. Jest kurczak po prowansalsku i chleb ze śmietaną i cukrem... Jestem przekonana, że smażone kopytka będą przywoływały w pamięci To Sąsiedztwo :-) A że są wspaniałe (sąsiedzi i kopytka) to często będę o nich myślała ;-) 


Nie znałam wcześniej tych kluseczek w smażonej postaci. Jadałam takie tylko gotowane. Jestem przeszczęśliwa (czasem tak niewiele trzeba) bo pierwszy raz robiłam kopytka i wyszły! Przepis od mamy, ze wskazówkami sąsiadki.

Składniki:

  • Ugotowane ziemniaki, przeciśnięte przez praskę lub dobrze rozgniecione.
  • Mąka pszenna (ilości składników zostaną wyjaśnione w tekście)
  • jajka (2 sztuki na około 1 kg ziemniaków)
  • sól

Przygotowanie:


Może i można inaczej, ale ten sposób, który pokazała mi mama podoba mi się tak bardzo, że nie mam zamiaru niczego przeliczać :-) Ziemniaki należy lekko ubić łyżką w garnku czy misce i wyrównać. Następnie podzielić na 4 części (zaznaczyć nożykiem, czy łyżką linie na krzyż), jedną z tych części wyjąć i przełożyć na pozostałe robiąc w ten sposób trójkątny dołek na... mąkę! Dołek wypełnić mąką pszenną i to jest właśnie potrzebna ilość mąki :-) Przełożyć wszystko na stolnicę, dodać jajka i sól i zagnieść ciasto. W razie potrzeby dosypać mąki. Ciasta nie można zbyt długo wyrabiać. Mama mi powiedziała, że przy długim wyrabianiu ciasto znów robi się luźne i można dosypywać i dosypywać mąki, co nie wpłynie dobrze na smak kopytek. Następnie odkrawać po kawałku ciasta, rękoma formować waleczek o średnicy ok. 2 cm i ciąć go pod kątem na 1 cm kawałki tworząc w ten sposób kształt kopytek :-) Takie surowe kluseczki smażyć na głębokim tłuszczu do zarumienienia. 


"Opowiedz mi o smaku chleba razowego z pastą z awokado, albo nie mów nic..."
(Dubska) - Można posłuchać TUTAJ.
To  powód mojej radosnej tęsknoty do smaku pasty z awokado :-) Taka sobie piosenka. No lubię, lubię... Piosenkę i ludzi z którymi można pogadać o paście z awokado czy podobnych "sprawach". O abonamencie i pogodzie można pogadać ze wszystkimi... Chodzi mi o to, o czym mówił Kubuś Puchatek: "Bo z nimi (reszta bandy ze Stumilowego Lasu) mogę robić wszystko, ale tylko z Tobą Krzysiu mogę robić nic" :-)

Karolina

środa, 21 listopada 2012

Co się stało z dynią? Część 1.


Jest mgliste listopadowe południe. Wierzę na słowo naukowcom, że słońce jest zawsze, tylko my go nie widzimy ;-) Tak więc nie widząc słońca postanowiłam je ... ugotować (jak nie uszyć to ugotować ;-) Jak dla mnie najbardziej słonecznym i wesołym warzywem jest dynia. Dynia to nie jabłko czy pomarańcza (brawa dla mnie ;-), chodzi mi o to, że dynię trzeba odkryć. Raczej trudno zjeść kawałek dyni i się nim zachwycić. Dynia wypełnia potrawy, dodaje im, chyba nawet bardziej struktury niż smaku... Tak subiektywnie widzę dynię ja - KarolinaPe :-) Powiem tak, dynia sama w sobie np. pieczona z czoskniem i oliwą średnio mi smakuje. W towarzystwie innych warzyw lepiej. Nie napiszę o wszystkim co z dyni zrobiłam, bo kilku potraw nie miałam ochoty powtarzać... Niektóre powtarzałam, bo bardzo chciałam je polubić, ale już przestałam ;-) Oczywiście nie wszystko co pokażę zrobiłam dzisiejszego przedpołudnia. Dziś smażyłam dżem dyniowo - pomarańczowy. Upiekłam też ciasteczka :-). O ciasteczkach z pewnością będzie (ale nie dziś, bo nie dyniowe). Tak więc obżarta ciasteczkami owsianymi, popijając herbatę z kandyzowaną skórką pomarańczową w mieszkaniu wypełnionym po sufit zapachami jestem gotowa napisać pozytywny wpis w środku mglistego, listopadowego dnia :-)

To zdjęcie z 2010 roku,  kiedy rozpoczęła się moja przygoda z dynią.
Początkowo wpadłam w panikę gdy zobaczyłam tę 20kg piękność.
Na temat dyni jest dużo informacji. Napiszę tylko tyle, że w tym roku wypróbowałm osławionej na forach i blogach dyni Hokkaido. Piszą o niej, że ma najpiękniejszy kolor i lekko orzechowy smak. Co ja na to? Jeśli chodzi o kolor: przez ostatnie 2 czy 3 lata dostawałam ogromną 20 kg dynię. Nie była to z pewnością Hokkaido, te nie są tak duże. Pozostał mi po niej jeden mały zagubiony woreczek puree (zamrożony rzecz jasna) i cóż? Ta zwykła dynia (nie wiem czy gospodarz znał jej gatunek) była zauważalnie bardziej pomarańczowa. A smak? Ja nie zauważyłam różnicy. Myślę poprostu, że nie będę się upierać przy Hokkaido. Jest ona z pewnością urocza i dekoracyjna i bardziej pomarańczowa, ale z zewnątrz. Żal kroić, to trzeba przyznać.

Dyni w postaci surowej nie zjadamy dużo, to strefa do odkrycia, którą pozostawiam na kolejne sezony. W tym roku w postaci surowej zajadaliśmy dynię w surówce. Przepisów na surówkę z dyni wypróbowałam kilka. Podam tylko ten, który regularnie powtarzamy. Prosta i tyle.


Surówka z dynią.



W skład surówki wchodzą:


  • Dynia
  • Jabłka
  • Marchew
  • Oliwa*
  • Prażone nasiona dyni*
  • Sól*


*składniki będące opcją

Dynię, jabłka i marchew obrane ze skórki starłam na tartce o dużych oczkach. Wymienione skladniki użyłam w równych ilościach. To wersja podstawowa, którą bardzo lubię, nic więcej z nią nie trzeba robić, wystarczy wymieszać. Lubię też wersję z oliwą i solą oraz prażonymi nasionami dyni, jest bardziej wyrazista a pestki pysznie chrupią i smakują.

Zdjęcia nie oddają w pełni urody tej surówki, to kolory, które komponują się idealnie: jasne odcienie jabłka i różne pomarańcze marchwi i dyni. Śliczne. 


Sok ze świeżą dynią.



W tym roku użyliśmy też dyni do świeżego soku. Sok dyniowy czysty spróbowałam... po czym dodałam jabłka i marchew, taka właśnie jest dynia. Dzieci zorientowały się, że w soku jest coś więcej niż jabłka i marchewka, ale piły ze smakiem. Moja uwaga: do sokowirówki należy obrać dynię ze skóry. Nawet używając takiej, do której wrzucamy całe jabłka i nieobraną marchew. Taką posiadam i nawet ona się zbuntowała, ale na szczęście przeżyła...

Jeśli chodzi o przepis na sok z dynią: Użyłam w równej ilości: jabłek, marchwi i dyni.

Teraz czas na dynię przetworzoną. Planowałam, tak jak do tej pory, zrobić jeden zbiorczy kulinarny post o dyni. Poczułam jednak potrzebę chwili i zapodaję to, co już mam. Z dynią jeszcze nie skończyłam, bowiem w postaci puree zajmuje połowę mojej zamrażalki... Używam więc do woli najedzona już świeżym smakiem. Poza tym może ktoś się skusi i dynię zakupi bo sezon jeszcze trwa.


Puree dyniowe.

To puree nie jest szczególnie atrakcyjne w smaku samo w sobie. Jest natomiast dobrym punktem wyjścia do większości potraw. Jego przygotowanie nie jest szczególnie kłopotliwe. Natomiast zdecydowanie ułatwia i przyspiesza korzystanie z uroków dyni.

Dynię umyłam, podzielilam na części i oczyściłam z pestek. Następnie, bez obierania ze skóry, ułożyłam ściśle na blaszce do pieczenia ciast, szczelnie przykryłam folią aluminiową (można użyć naczynia żaroodpornego z przykryciem) i piekłam do miękkości (około 60 min. w 180℃). Po wystudzeniu łyżką wybierałam upieczony miąż, całość blenderem zmiksowałam na puree. Takie puree świetnie się zamraża. Przygotowuję porcje różnej wielkości z myślą o różnych potrawach. O mrożeniu przeze mnie przetworów pisałam już TUTAJ.

To zdjęcie z ubiegłego roku.  Prawda, że piękny kolor?

Puree ziemniaczano - dyniowe.

O ile puree dyniowe samo w sobie nie jest zachwycające, to w połaczeniu z ziemniakami i czosnkiem może stanowić samodzielny posiłek lub pięknie wyglądać i smakować z przysłowiowym kotletem ;-) Polecam. Na zdjęciu dla porównania zwykłe puree ziemniaczne. Zielony koperek zawsze na miejscu ;-)


Przepis:

  • 0,5 kg dyni (obranej i oczyszczonej z nasion)*
  • 1 kg ziemniaków (obranych)
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżki masła
  • sól, pieprz do smaku
  • 3 - 4 łyżki śmietany lub jogurtu greckiego**
* można użyć puree, wtedy potrzeba ok. 300g
** to rozwiązanie opcjonalne


Ziemniaki zalać wodą i zagotować. Gotować 10 min. i dodać pokrojony miąższ surowej dynii. Gotować dalej do miękkości warzyw. Odcedzić i zmiksować blenderem lub ugnieść tłuczkiem. Dodać masło, jogurt, zmiażdżony czosnek, doprawić solą i pieprzem. Jeśli używam dyniowego puree podgrzewam je i dodaję do ziemniaków po ich odcedzeniu. Puree dyniowe jest już w dużej części pozbawione wody dlatego używam go mniej.

Dżem dyniowo - pomarańczowy. 


Może być także pomarańczowo - dyniowy. W tym roku doszłam do ich idealnej, jak dla mnie, proporcji czyli 1:1. Przepis jest mojego autorstwa. Trzy lata temu wyszłam z jakiegoś przepisu, z tego co widzę spoglądając w notatki, były to nawet trzy przepisy. I tak w tym roku powstał ten, poprawiony i mój ulubiony. Trzeba stanąć w prawdzie: przygotowanie tego dżemu, od początku do końca to dużo pracy. Pracę ułatwia i znacznie przyspiesza posiadanie gotowego już puree dyniowego. Ja często zamrażam dużą porcję takiego puree z myślą o dżemie i gdy sezon pomarańczowy nadchodzi rozmrażam ją. Tak zrobiłam i dziś.


Przepis:
  • 2 kg puree z dynii
  • 700 g cukru
  • 2 kg pomarańczy (ok. 8 sztuk)
  • 1 cytryna
  • imbir (ok. 5 cm)

Z podanej porcji wyszło mi 8 słoiczków dżemu o pojemności 250ml. 


Do puree używam także skórki z pomarańczy. Najlepiej byłoby  użyć pomarańczy ekologicznych. Jeśli jednak nie mam takiej możliwości oczyszczam porządnie te, które mam. Najpierw myję je szczoteczką w ciepłej wodzie. Na blogu BoMimi znalazłam też sposób na pozbywanie się pestycydów ze skórki owocow i warzyw. Należy zanurzyc je na 20 - 30 min. w wodzie z dodatkiem 3% wody utlenionej (do kupienia w aptece). Na litr wody używamy 1 łyżkę stołową wody utlenionej. Następnie spłukuję i wycieram je ściereczką do sucha. Działam dalej: Pomarańcze obieram, bardzo cienko, z pomarańczowej skórki, bez białej części i kroję ją w wąskie paseczki. Można też delikatnie zetrzeć ją na tartce.Do dżemu tylko połowy otrzymanej w ten sposób skórki. Nadaje ona gorzkiego posmaku i silnego aromatu, który ja uwielbiam. Nie każdy jednak jest wielbicielem takich "zakrętów smakowych" więc przygotowuję nieco delikatniejszy smak. Pozostałą część skórki kandyzuję i używam do ciast i herbaty :-). Wracam do dżemu. Teraz czas na tę białą część skórki. Należy ją bardzo dokładnie zdjąć z pomarańczy. Ja osobiście filetuję pomarańcze. Okrawam je dokładnie z białej części ostrym nożem tak, że nie pozostaje nawet ta przezroczysta błonka, a sam miąższ. Następnie wycinam miąższ pomarańczy z pomiędzy tych błonek wewnątrz pomarańczy. To co pozostaje mi w ręce porządnie wyciskam z soku, resztę wyrzucam. Dzięki  temu w dżemie nie mam błonek i nie przeszkadzją mi później. Można oczywiście obrać poprostu pomarańcze i pokroić je razem z błonką. Skórkę, miąższ i wyciśnięty sok z pomarańczy przekładam do rondla i gotuję na małym ogniu do miękkości skórek (ok. 15 min.). To ważne, aby skórki były miękkie, w innym razie w dżemie będą ona wyczuwalne jako twarde kawałki, co w połączeniu z delikatną dynią i pomarańczą daje średni efekt. W czasie gotowania starłam na tartce świeży ibmir i wycisnęłam sok z cytryny i dodałam je do pomarańczy. Gdy skórka jest już miękka dodaję puree z dynii. Po ponownym zagotowaniu całości dodaję cukier. I to w zasadzie koniec. Teraz już tylko gotujemy dżem na małym ogniu do uzyskania odpowiadającej nam konsystencji. Tutaj nie stosuję metody włączania i wyłączania dżemu. Nie zależy mi na całych, nie rozgotowanych owocach. Pomarańcze szybko się rozpadają a puree dyniowe, wiadomo. Dlatego gotuję całość za jednym razem, tak długo jak potrzeba. I dlatego jest to dżem, nie konfitura. Przekładam dżem do słoiczków, zakręcam i pasteryzuję.  

Bardzo lubię ten dżem. W mieszkaniu pachnie obłędnie. Bardzo odpowiada mi też jego smak i konsystencja. Kiedyś przygotowywalam konfiturę pomarańczową. Bardzo ją lubię, ale najlepiej sprawdza się w herbacie, na toście jest jakby... za sztywna? nie rozpływa się na nim, a ja lubię :-) Natomiast dżem dyniowo - pomarańczowy łączy smak pomarańczy i delikatność dyni. Na tostach delikatny,  subiektywnie doskonały ;-)


To było pracowite przedpołudnie. Jeśli macie mgłę w domu to polecam gotowanie. Zapachy skutecznie ją przegonią ;-)