Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagłówek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagłówek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 marca 2016

Wiosenne porządki.

Trudno mi uwierzyć, ale jednak: wkrótce miną 4 lata od pierwszego wpisu. Lubię to miejsce, daje mi dużo radości. Mobilizuje do działania. Bardzo mi miło, gdy czytacie i korzystacie. Moi czytelnicy to w największym stopniu moi znajomi :-). 


Od stycznia ogarniam to miejsce. Wiem, że wielu już zauważyło :-). Bardzo się cieszę i przyznaję, że poczułam ulgę. Pod koniec ubiegłego roku mocno zawiesiłam się na blogu. Zastanawiałam się, czy jest sens dalej go pisać. Nie ma co, trzeba poświęcić czas na zdjęcia i wpisy, same się nie robią. Same powstają jedynie tematy, bo mój blog to mój świat. Wszystko robię na potrzeby mojej rodziny, domu i przyjaciół, nie bloga. Zauważyłam jednak, że mnie samej coraz trudniej poruszać się w tym miejscu i odnajdywać konkretne wpisy lub przepisy. Tak więc wpis właściwie ginie jak tylko zniknie ze strony początkowej... Właściwie to ginął, bo mam nadzieję, że dzięki nowym zakładkom łatwiej będzie coś odnaleźć i wrócić do konkretnego wpisu. Może nie jest to rozwiązanie idealne, ale myślę że sporo zmieniło. 
Sprzątanie trwało kwartał (!) i nadal trwa (pracuję jeszcze nad dwiema nowymi zakładkami). Przyznam szczerze, że przy okazji zobaczyłam jak wiele zrobiłam.... Naprawdę zdziwiłam się bardzo. Z radością przeglądałam starsze wpisy, nawet błędy ;-). Tak więc dziś, u progu wiosny świeży nagłówek i posprzątany blog. 




Nagłówki. Początkowo zmieniały się częściej, ale później mi ich brakowało i brakowało czasu na robienie nowych. OOO, nagłówki szyję tylko na potrzeby bloga, a jednak jest coś co robię specjalnie ;-). Pozostałe można zobaczyć w zakładce PRZYDASIE, na samym końcu. Tym razem przez chwilę myślałam, żeby częściowo poddać go grafice komputerowej, ale zrezygnowałam. Lubię ich analogowość, na razie niech tak zostanie. Poniżej moje dwa ulubione.






"My zawsze pozostaniemy nowi i starzy zarazem. Analogowo-cyfrowi, mniej swobodni w globalnych i wirtualnych realiach niż ci, którzy chłonęli je od początku życia." Pod tym fragmentem z książki Pauliny Wilk "Znaki szczególne" podpisuję się z całym przekonaniem i akceptacją.



piątek, 11 kwietnia 2014

Wiosna: małe metamorfozy i kolejny rok z blogiem :-)


Miałam takie rzeczy w pokoju dziennym, w których ciągle mi coś nie pasowało. Rozpocznę od tej, którą kilka razy chciałam wyrzucić, a później pokażę tę, która była w ciągłym użytku ;-) Trzy pudełeczka ze sklejki. Już gdy je zamawiałam nie spodziewałam się cudów, bo kosztowały niewiele. Zaryzykowałam. Są bardzo niestabilne, miękkie i w surowym stanie niezbyt atrakcyjne, choć jakby nie patrzeć pochodna drewna to jest ;-) Z pewnością, gdyby potraktować je klasycznym decoupagem (papier z klejem plus kilka warstw lakieru) nabrałyby mocy. Jednak minął mi już czas zachwytu tą techniką i wykorzystuję ją sporadycznie. Postanowiłam więc dać im szansę i pomalowałam. I nie było mi żal pomalować pod kolor obecnej dekoracji półki nad telewizorem. Zobaczymy co będzie później ;-) Teraz je lubię.





Druga rzecz, którą potraktowałam farbą jest bardzo praktyczna. Drewniana misa na owoce. Owoce zawsze stoją u nas na komodzie w pokoju. Na nowym przeniosłam miskę z owocami do kuchni, ale zdecydowanie zmalało spożycie tych produktów. W pokoju są pod ręką. Dzieci, czy dorośli siadają na filmie i odruchowo szukają czegoś na ząb, a tu piękne, umyte jabłuszka :-) Miska wróciła do pokoju i nie pasowała do wystroju komody ;-) No to ją dopasowałam. Była już mocno zniszczona. Ma dla nas dodatkowo wartość sentymentalną. Znalazła się w naszych pierwszych, małżeńskich zakupach w IKEA ponad 11 lat temu :-)



Bieżnik na stół. Farby do tkanin i szeroko rozumiana grafika pochłonęła mnie bez reszty. Wszędzie widzę zastosowanie. Nie jestem pewna, czy już się martwić, ładnie się ubrać i pójść do lekarza ;-) (Tak mawiał nasz znajomy z czasów studenckich :-))) Jutro o tym pomyślę (tak mawiała Scarlett O'Hara z "Przeminęło z Wiatrem" :-) No dobra: wiosenny bieżnik na stół ;-) Powstał metodą stemplowania, o której wspominałam TUTAJ.



Metamorfozie uległ także wiklinowy koszyczek oraz doniczka z pierwiosnkiem. Koszyczek w kolorze orange, mocno już podniszczony dostał drugą szansę. Mam na niego różne pomysły, a nawet taki, żeby pełnił honory święconkowe :-) Wiedziałam, że nie uda mi się uzyskać idealnej bieli i pomarańcz będzie się przebijał. Teraz już wiem, że mi to nie przeszkadza. Pierwiosnka dostałam z okazji Dnia Kobiet (podobnie jak bibułowe kwiatki z półki powyżej). Dziś już przekwitł, ale puszcza nowe liście, świeże i zielone. Nie mamy ogrodu i żal mi go wyrzucić. Dodałam więc wiosenno-świąteczny akcent :-)




Wiosenny wygląd zyskały także wianki w przedpokoju :-)


P.S. Mijają dwa lata od pierwszego wpisu na moim blogu. To jest miejsce, którego potrzebowałam. Daję upust myśli poniekąd twórczej, a niekiedy tej codziennej :-)  Czasem sama dziwię się ile rzeczy już zrobiłam. Tak łatwo o tym zapomnieć, gdy przychodzą jakieś ciemne chmury... Tyle było uśmiechniętych twarzy :-) Nie będzie statystyk, nie będzie podsumowań :-) Dziękuję Wam Drodzy Czytelnicy za to, że do mnie zaglądacie :-) Wiem, że blog spełnia moje zamierzenia. Ci, którzy są daleko widzą co się u mnie dzieje :-) Tych, którzy są blisko nie zamęczam plastycznymi opowieściami o tym, co zrobiłam ;-) Mogą tu zajrzeć jeśli mają ochotę, a jeśli nie mają to nie zaglądają ;-) Cieszę się, że korzystacie z moich przepisów :-) Przez ten rok wiele się wydarzyło. Okazało się, że moim hobby jest także urządzanie wnętrza naszego nowego mieszkania, dlatego częściej pojawiają się wpisy z kategorii wnętrza. Na jakimś blogu (niestety nie mogę teraz do niego dotrzeć) przeczytałam, że niektórzy zarzucają blogerom, że robią coś specjalnie na bloga. Ja bardzo często tak robię :-) Może nie tak, że wymyślam "co by tutaj napisać" i zaczynam to robić, ale zdecydowanie mobilizuje mnie to, że dawno nie publikowałam wpisu. Szyję i robię rzeczy właściwie wyłącznie na użytek własny czy rodzinny. Takie rzeczy łatwo odłożyć w kąt, bo nie są niezbędne. Lubię ten rodzaj blogowej mobilizacji, nie przymusu. Poniżej nagłówki, które towarzyszyły mi przez ostatni rok. Ten obecny chyba zagości na dłużej niż jedną porę roku :-) Bardzo go lubię.





Tymczasem do następnego wpisu. Serdecznie wszystkich pozdrawiam.


czwartek, 21 marca 2013

Cztery pory roku i myśli poplątane :-)

Kiełki fasoli mung, smakują zupełnie jak słodki, zielony groszek.

Człowiek czasu nie zatrzyma....

Mój blog jeszcze nie ma roku, ale minęły już cztery pory roku odkąd powstał :-) Postanowiłam wrócić do moich nagłówków, żeby tu zostały. Mam nadzieję, że nadal uda mi się zachować ich sezonowość, bardzo lubię te zmiany. Dziś nie będzie niczego konkretnego (już tak bywało ;-) Dziś będzie trochę sentymentalnie i trochę o ludzkiej naturze ;-) a nawet o naturze w ogóle i o hodowli ;-) Kilka myśli, które mi się plątają ostatnio ;-) I piosenka będzie, już za chwilkę. Zapraszam jeśli macie ochotę :-)

Wiosna


Lato


Jesień


Zima



"Chyba w marcu
Gdzieś nad ranem
Zabujałam się to fakt
I do dziś, po dziś dzień 
Już tak mam."

To fragment piosenki Lidki Pospieszalskiej pt. "Inaije" (z płyty pod tym samym tytułem), którą szalenie lubię. Można posłuchać TUTAJ. I chociaż powstała jakieś 7 lat po moim ślubie, a z 10 po owym zabujaniu :-) to bardzo kojarzy mi się z tamtym czasem :-) To była wiosna, a my przeszliśmy wiele kilomertów rozmawiając, rozmawiając i rozmawiając... 

O naturze ludzkiej czyli "Było sobie trzech hodowców kiełków ;-)"

Właściwie to były sobie Trzy Kobiety, wcale nie zmęczone życiem: eMHa oraz Ka. Nie były zmęczone życiem, ale miały serdecznie dość zimy i śniegu, a wszystko rozpoczęło się 13 marca tego roku. Miały dość śniegu i jeszcze dość braku sałaty na talerzu :-) Ka zamówiła co trzeba i wszystkie trzy czekały na listonosza. Wszystkie trzy skakały radośnie ma myśl o małej hodowli pysznych ( wtedy-chyba) kiełków :-) W przesyłce były nasiona: brokuła, soi, buraka, dynii, rzodkiewki i fasoli mung, słonecznika oraz rzeżuchy. I urządzenie o niewdzięcznej nazwie: kiełkownica. Do tej pory rzecz była o hodowli. Teraz następuje fragment o naturze ludzkiej ;-) Każda kobieta miała wybrać po jednym rodzaju nasion do kiełkowania. eM wybrała rzodkiewkę, bo nasiona wydawały się najładniejsze, takie podobne do kamyczków. Ha wybrała rzeżuchę, bo już dobrze znała jej smak. Ka chwilę myślała i zdecydowała się na fasolę mung, a Ha zadała jej pytanie: Dlaczego? Nigdy jej nie jadła - dlatego... eMHa i Ka są jak ich nasionka. eM zawsze wybiera to, co jej się zwyczajnie podoba. Ha lubi to, co zna. Ka, w ostatnim czasie podejmuje nowe wyzwania, a że skoki na gumowej linie głową do rzeki (bangee) nie są jej po drodze to wybiera fasolę mung ;-)




KONIEC... zimy, moi Mili :-)

piątek, 21 grudnia 2012

Wystroje i nastroje.

Jak do tej pory czekałam na zmianę kolorów na blogu związaną z porą roku. Jednak jesienne kratki wyjątkowo przypadły mi do gustu i miło mi się w nich siedziało. Nie mogę uwierzyć, że to już czwarty nagłówek na moim blogu, czas szybko leci... Dziś moje literki wyszły w plener :-) 



Równo tydzień temu powoli do naszego mieszkania zaczęła wkraczać czerwień. Podobnie jednak jak z nagłówkiem, jakoś bez pośpiechu żegnałam się z naszym kraciastym pokojem. Zasłony wisiały niecały miesiąc. Nasze jesienne kratki można zobaczyć TUTAJ (poduszki) TUTAJ (zasłony) i TUTAJ (nagłówek). Nowe rzeczy szyłam powolutku i stopniowo w kolejne ranki oczom moich domowników ukazywało się coś nowego. W sobotę (tydzień temu) zawiesiliśmy nasze uszyte ozdoby, później kolejne poduszki i w końcu zasłony. Czerwień jest cudowna o tej porze roku. I myślalam, że będzie jej u nas znacznie więcej, ale wyszło jak wyszło. W naszym mieszkanku jest nienachalna i trochę nas grzeje w te deszczowe grudniowe dni... Sami zobaczcie.







Na codzień kanapa otoczona jest warstwą ochronną (narzutą ;-) przed małymi rączkami w polewie czekoladowej lub podobnej :-) Narzuta jest dwustronna (moja miłość do rzeczy typu dwa w jednym jest duża ;-) Narzutę zazwyczaj widać od szaro - kawowo - mlecznej strony tzw. praktycznej (nie widać na niej plam). W okresie świątecznym zapodałam stronę w paski. Ta strona została uszyta z myślą o pokoju z akcentami marynarskimi w okresie wiosenno - letnim. Mam całą zimę na ten projekt ;-)


Poszaleliśmy też z taśmami ozdobnymi :-) Zakupiłam je w IKEA, celem pakowania prezentow i paczek. Dziewczyny mnie nakręciły i poszło :-) Zaczęło się niewinnie, od jednej osłonki... Resztę widać poniżej oraz powyżej (drewniane okrągłe pudełka na komodzie).




Nastroje.

Ostatnie wieczory spędziłam na wykańczaniu i pakowaniu prezentów, zdobieniu pierników oraz piciu korzennej herbaty tudzież grzanego winka :-) Zapomniałam o tym, jakże ważnym, zastosowaniu domowej przyprawy piernikowej. Z przyprawą ze sklepu radzę uważać, często zawiera mąkę... Domowa jest do tego idealna. Przepis, a właściwie sugestię zamieszczę na końcu wpisu. 



Przy pakowaniu prezentów postawiłam na kilka papierów (w tym zwykły szary, pakowy i taki sam biały) i sznurki. Szalenie spodobały mi się także proste kartoniki  do podpisywania prezentów. Na kartonik przyklejałam taśmę ozdobną i robiłam dziurkę. Pomysł podpatrzyłam gdzieś w sieci, nie pamiętam gdzie, bo zdaje się, że trafiłam na nie w różnych miejscach. Już wkrótce poznacie zawartość większości z pakuneczków :-)



Gruby facet w obcisłym sweterku czyli kilka słów komentarza ;-)


Tak w zasadzie to już wszystko, ale opowiem jeszcze co i jak z dzisiejszymi nowinkami. Ten podtytułowy gruby facet itd. to moja poduszka z drugiej strony :-) Poszewka została uszyta z mojego starego swetra, co to w nim uczyłam się w zimowe wieczory, w czasach liceum. Gdyby nie mój setyment już dawno zostałby spalony i nie miałabym tej urokliwej poduszki. Z jednej strony prezentuje się eleganco, a z drugiej trochę zabawnie (jak ten gruby facet ;-). 


Druga poduszka, z czerwoną gwiazdą, powstała z inspiracji IKEA. Chciałam ją pokazać, ale nie widzę na stronie. Poduszka była podobnego koloru, drukowana w czerwone wzory, nie pamiętam jakie, ale pewnie i gwiazdy były. Miała też pędzelki na rogach. I tak właśnie powstała ta moja. 




Prawdą jest, że za to szycie mogłam wziąć się szybciej, ale nie potrafię wyprzedzać nastrojów i nijak nie mam weny na szycie świąteczne we wrześniu... Jedynie na poduszkę swetrową miałam pomysł wcześniej. Później wymyśliłam zasłony i w związku z nimi poduszkę z białą gwiazdą. I tu należy się wyjaśnienie dla tych z Was, które otrzymały ode mnie smsa o treści: "Czy masz może biały lub kremowy sweter, którego nie nosisz a żal Ci wyrzucić? Ostrzegam lojalnie, że na pociachanie ;-)" No i dostałam odpowiedź pozytywną, bezpośrednią akurat. Upewniłam się kilka razy i ciach. Nie wiedziałam jeszcze co z tego wyjdzie. Na szczęście wyszło i swetrodawczyni może nawet przytulić się jeszcze do niego :-) Reasumując: wełnianych aplikacji nie dziergałam a wycięłam ze swetra i obszyłam :-) Bardzo zadawalający mnie efekt.


Teraz czas na komentarz do ozdób świątecznych. Uszyłam ich łącznie 24 sztuki, przy czym 9 wisi na naszym oknie. Nie zrobiłabym tylu gdyby nie pomoc moich dzieci. Z wielką radością, dokładnością i pomocą łyżeczek wypychały kolejne sztuki. Rano wstawały i pytały, czy uszyłam nowe do wypychania :-) Ostatnie 4 już sama musiałam wypychać... ale pomogły mi bardzo. 


Wtręt kulinarny czyli herbata korzenna i grzane wino.



Na 1 l herbaty używam 1/2 łyżeczki domowej przyprawy piernikowej.

Do metalowego garnuszka wsypuję taką herbatę jaką lubię, najlepiej liściastą, w takiej ilości jaką lubię (2 czubate łyżeczki herbaty liściastej czarnej). Można użyć też herbaty owocowej. Dosypuję 1/2 łyżeczki przyprawy piernikowej i na małym ogniu doprowadzam do wrzenia. Taką herbatę lubię lekko osłodzić. Trzeba dopasować sobie smak korzenny. Z tą ilością przyprawy wychodzi herbata o delikatnym smaku. Czasem (gdy mam katar) wolę taką, która porządnie inhaluje mi nos i zatoki ;-) Herbatę przelewam do dzbanka przez sitko i gotowe.

Podobnie sprawa wygląda z grzanym winem.

Używam wina słodkiego lub półsłodkiego i około 1/2 łyżeczki domowej przyprawy piernikowej na 1 l wina. Przyprawę wsypuję do garnuszka i wlewam wino, a następnie podgrzewam na małym ogniu. Wino nie powinno się zagotować. Powinno być mocno podgrzane czyli do temperatury około 50 ℃. Wino grzane lubię dość mocno przyprawione :-)

To byłoby tyle. Dużo pracowałam ostatnio. Jeszcze przed południem kończyłam projekcik, a dzieci lukrowały pierniki. Zadzwoniła sąsiadka, że chce wpaść, a ja jak nigdy powstrzymałam Ją! Dlaczego? Zamykamy oczy i wizualizujemy: Na jednym! stole moja maszyna i szmatki oraz lukrowanie pierniczków przez siedmio- cztero- i dwulatka :-))) Dziś wieczór spokojny. Nie zrobiłam wszystkiego co zaplanowałam, ale jestem zadowolona, zrobiłam dużo :-)

P.S. Do tej pory komentarze mogły u mnie pisać osoby zarejestrowane na Google i zdaje się kilku innych portalach. Czasem mi mówiliście, że chcieliście coś napisać, ale nie możecie... No i okazało się, że mam na to wpływ... to nie wina Google, tylko mojej niewiedzy. Zauważyłam szczegółowe ustawienia (po 8 miesiącach... brawo!). Zdaje się, że teraz każdy może :-) Możecie sprawdzić :-)


Pozdrawiam zimowo. Do przeczytania w Wigilię :-)