czwartek, 8 maja 2014

Podkładki na stół i kolekcja obrusów.


Podkładki. Właściwie to miałam ich nie pokazywać... Nawet nie chodzi o to, że nic w nich nadzwyczajnego. Moje szycie jest zazwyczaj bardzo zwyczajne. Chodzi o to, że kosztowały mnie dużo nerwów, a i tak wyszły nie bardzo... Powiedzmy sobie szczerze: KRZYWO! Najgorsze było to, że myślałam, że uszyję je w jeden dzień tzn. te 2-3 godziny w ciągu dnia, które na szycie mogę poświęcić. Już przy docinaniu białych ramek zorientowałam się, że potrwa to dłużej. Później wymyśliłam sobie drugą stronę podkładki ozdobioną tasiemką (również mojej produkcji). Zaczęłam szyć i prasować na zmianę. Niby skroiłam równo, niby prościzna, a tu ciągle coś docinałam, coś się nadciągało... Minął drugi dzień a podkładek ni widu... Dzień trzeci: dwie godziny regulowałam maszynę... Po raz pierwszy miałam z nią problem. Szew plątał się raz od góry raz od dołu. Po raz pierwszy regulowałam naciąg nici dolnej na bębenku! I na tym zakończyłam "szycie" dnia trzeciego... ale udało się wrócić do ładnego, równego ściegu więc poniekąd byłam usatysfakcjonowana. Swoją drogą to mam zupełnie inne ustawienia naciągu nici, ciekawe co się stało? Nici nie zmieniłam. Już miałam odłożyć te nieszczęśniki w kąt, ale... Szyłam z kolejnego kuponu z tkanin, które dostałam jakiś czas temu i taka zadowolona byłam, że je przydatnie uwalniam (powstał już strój dla Tauriel i sukienka dla mnie). Ten śliczny, głęboki niebieski nie nadawał się na ubrania. Nawet po wypraniu był za sztywny. Na podkładki idealny. No to patrzę tego czwartego dnia i myślę sobie dokończę...  Dokończyłam dnia piątego i wcisnęłam w szufladę ze złością, że straciłam 5 dni tuż przed świętami, (nie całe oczywiście), a i tak nic mi z tego nie wyszło...
 
 

Święta minęły... wyciągam te podkładki i myślę sobie: krzywe, ale fajne są, takie swojskie. Miały być takie na co dzień, dla gości i tak wyciągam obrusy, co mi szkodzi... Wyprasowałam te wszystkie krzywizny i położyłam na stole no i są. Tak to jest z tym szyciem, jak z życiem. Myślałam sobie, że takie proste będzie, odmiana po sukience. Kilka szwów i ładny efekt. A tu kilka dni udręki, a efekt... krzywy... ale czy zły? Najlepsze z tej historyjki zostawiłam na koniec.... Uszyłam 7! podkładek, przez cały czas będąc przekonaną, że szyję 6 :-))))) Liczyłam kilka razy :-) Poniżej jeszcze kilka zdjęć. Oprócz nowych podkładek (są dwustronne) jest dywan i kawałek kanapy. Chciałam Wam pokazać, że starałam się zgrać je kolorystycznie z pokojem :-)

 



Przy okazji świątecznych przygotowań i prasowania obrusów zrobiłam kilka zdjęć. Taka mała kolekcja. Część z nich uszyłam sama, część dostałam. Wiele ma 20-30 lat. To obrusy, które dostałam od Mam. Myślę, że wielu takie pamięta. Bardzo je lubię: malowane, ciężkie, nie z tej epoki.

Bieżniki, czyli wąskie obrusiki leżące na całej długości stołu (definicja własna). Odkąd mamy nowy, drewniany stół nie lubię zakrywać go całościowo obrusem. Lubię gdy go widać. Dlatego najczęściej zakładam na niego bieżniki i podkładki, najlepiej z tkanin. Wszystkie trzy spod mojej igły. Zielony z epoki haftu krzyżykowego, czyli czasu gdy wszystko nim zdobiłam. Zdaje się, że haft nie został ukończony :-), ale i tak go używam. Bieżnik z odciskami liści można było zobaczyć TUTAJ. A ostatni powstał z końcówki tkaniny, z której szyłam rolety do przedpokoju.
 

Małe kwadratowe serwety uszyłam z materiałów IKEA. Były dopasowane wielkością do poprzedniego stołu w stanie złożonym. Teraz też je zakładam.


Obrusy białe. Mam ich kilka, ale ten jest najważniejszy i najbardziej świąteczny. Wyhaftowany ręcznie przez moją Ciocię. Dostaliśmy go w prezencie ślubnym i zakładamy na wyjątkowe okazje. Już nieraz zaplamiony czerwonym winem lub kawą, ale zawsze jakoś udawało mi się doprowadzić go do porządku.


Malowane obrusy. Te są delikatne i zwiewne. Idealne na popołudniową herbatkę niedzielną i domowe ciasto na staromodnej paterze ;-) To pierwsze z wspominanych obrusów z "tamtych czasów". Bardzo urokliwe.


Ciężkie. Bawełniane czy lniane?  Sama nie wiem. Myślę, że nasze Mamy już straciły cierpliwość do ich odplamiania i prasowania (kiedyś maglowania). Teraz moja kolej. Przyznaję, że gdybym miała jakiś magiel pod ręką to akurat te zanosiłabym... Są bardzo duże i wiele cierpliwości potrzeba do prasowania. Jednak są tak nastrojowe, że dzielnie to robię :-) Różowo-brązowe bukiety, kłosy zboża i lekko japoński - do nich mam szczególną słabość.


To oczywiście nie wszystkie moje obrusy. Nie wiedziałam, że mam ich tak dużo. Podobnie jak wiele rzeczy wydają się nieistotne, a jednak nadają ton i rangę spotkań przy stole. Lubię moment, kiedy wchodzą goście, zasiadamy do stołu, a na nim wyprasowany obrus i zastawa. A nawet po spotkaniu, gdy widzę cały zaplamiony - ślad, że ktoś był, zjadł, porozmawiał... Albo zwykły dzień. Wracam z zakupami, robię herbatę i stawiam na czystej, tkaninowej podkładce. Niby nic, ale głaszczę ją i uśmiecham się :-)


Nad filiżanką ziołowej herbaty pozdrawiam Was uśmiechnięta ja:



piątek, 2 maja 2014

Maj zobowiązuje...

.... do długich powrotów z przedszkola, choć droga zajmuje 5 minut. Do letnich strojów, choć wiatr czasem jeszcze za zimny. Do dmuchania "dmuchańców", choć plamią nowe bluzki w śmieszne kółka :-)


Szkoda, że Chłopiec nie miał na sobie akurat niczego z pod mojej igły. Wyjątkowo chętnie pozował do zdjęć, a to rzadkość. Wspomnę tu tylko, że nadal nie mam Jego zdjęć w przebraniu, które uszyłam na bal przebierańców... 


Bardzo spodobało mi się szycie z dzianin. Kolejny papierowy tygrys oswojony... Przez cały czas wystrzegałam się ich, bo nie mam owerloka. Okazało się, że moja maszyna dobrze radzi sobie z tym rodzajem tkanin. Okazało się też, że surowe wykończenia bardzo mi się podobają, ale nie tylko na takie mogę sobie pozwolić. Rozwiązania są różne. Tuniki, które dziś pokazuję na moich dziewczynkach powstały ze starych zapasów. To kolorowe dzianiny, które kupuję z myślą o patchworkach. Akurat te nie nie szyją sie najlepiej, to chyba kwestia splotu dzianiny, często zrywają się nici. Ale i na nie jest sposób. W przypadku patchworków podklejałam je cieniutką fizeliną. Do szycia ubranek wykorzystuję cienką taśmę fizelinową, którą podkleja się dekolty. Ja wszywam ją w przypadku tej dzianiny, we wszystkie szwy. Taśma jest miękka i nie usztywnia tkaniny, a jej nadmiar odcinam. Tym sposobem oswoiłam i takie trudniejsze dzianiny. Mam ich spory zapas, więc będą kolejne tuniki i sukienki. Na początek tunika Marii: delikatna, różowa i zwiewna, jak Ona sama :-)


Poniżej jestem i ja. Także w mojej bluzce. Takiej ze zwyczajnej szarej dresówki. Bardzo prostej i nie zwiewnej ;-) Krój taki sam jak tuniki. Przód i tył krojony w całości z rękawkami. Prościej się nie da...


Druga dla starszej córki. Tunika typu: "Ahoj przygodo", czyli zupełnie jak Helena :-) Ona sama jest nią zachwycona. Stała nade mną gdy szyłam i pospieszała, bo chciała koniecznie założyc ją na rower TERAZ! Jakiż  to komplement! Nie oponowałam więc i szyłam jak niewolnica ;-) Uszyte rzeczy piorą się bardzo dobrze. Choć rękawy i dół zostały surowe, nie strzępia się po praniu, a ładnie rolują. Góra wykończona tą samą dzianiną co tunika.



Na zdjęciach specjalnie nie unikałam kadrów naszego blokowiska. Bez trudu można u nas zrobić zdjęcia na tle kwitnących jabłoni, wiśni, bzów i pigwy. Jest tu naprawdę wiosennie i pachnąco. Zamknięci wielką płytą od strony większych ulic, wewnątrz mamy prawdziwy wybuch zielonego. Naprawdę mi samej trudno w to uwierzyć. Jedna z milszych chwil dnia: około południa robię kawę z mlekiem i wyglądam przez okno za moją córką, która wraca z koleżankami ze szkoły. Nie zaglądamy sąsiadom w okna, nie depczemy sobie po piętach na spacerniaku... Te osiedla nie są pozornie malownicze, kolorowe i przeszklone jak piękne nowoczesne budownictwo zbiorowe, że tak się wyrażę, ale sama jestem zaskoczona jak tu fajnie wiosną :-)


niedziela, 27 kwietnia 2014

Daj jej szansę...

Modzie na tkaniny dresowe uległam absolutnie. Tym delikatniejszym dzianinom także. Podobały mi się zawsze, ale bałam się szycia. Nie posiadam maszyn specjalistycznych. Moja maszyna ma ścieg prosty i zyg-zag. Okazało się jednak, że z dzianinami radzi sobie świetnie. Najchętniej nakupiłam teraz dzianin i obszyła dzieci. Poczekam jednak na pierwsze prania uszytków i zobaczymy czy zyg-zag jest wystarczający, a dzianiny dobrej jakości. Wtedy się rozpędzę ;-).




Rozpoczęłam od sukienki z czarnej dzianiny. Dzianina wygląda naprawdę ładnie i nie widać, że to taka zwykłość ;-) Sukienka w/g wykroju własnego, na podstawie innej, kupnej sukienki. Niestety na skutek zszycia kilku warstw tkanin na wysokości pasa wyszła tam trochę sztywna i przyznam szczerze, że byłam bliska zrobienia z niej spódnicy... Nie układała się w tym pasie za bardzo i na plecach też jakoś dziwnie. I tu z pomocą przyszedł... mąż... Zasugerował obniżenie sukienki, czyli w praktyce wydłużenie sznureczka przy szyi. Sukienka nabrała lepszego kształtu. Ogólnie wykrój bardzo fajny na zwiewne, lekkie i lejące materiały. A dresówka to dresówka - im prościej, tym lepiej. Dzisiejszy duet (kroju z tkaniną) niekoniecznie idealny, nieznany jest więc los tej sukienki... Na razie dałam jej szansę ;-)

Dobrego tygodnia :-)


środa, 23 kwietnia 2014

Przedpokój oraz jak odnowiłam ratanową szafę.

Przedpokój. Ten wpis miałam zrobić już dawno. Właściwie to pierwsze miejsce w nowym mieszkaniu, które dość szybko przyjęło wygląd właściwy (na dzień dzisiejszy, bo pewnie jeszcze nie raz się zmieni). Do publikacji zmobilizował mnie fakt, że na kilku blogach został ostatnio poruszony temat przedpokoi, z tego co widziałam był to też temat nowego odcinka "Bitwy o Dom", a na dokładkę trafił do mnie majowy numer " Czterech Kątów" i tam również przedpokoje. No to dokończyłam swój wpis, który robię od kilu tygodni... Do rzeczy: mamy chyba dość niestandardowy układ jak na mieszkanie w wielkiej płycie. To mieszkanie szczytowe i dzięki temu mamy widok na trzy strony świata :-) Słońce wschodzi w pokoju dziennym i pokoju dziewczynek, później od południa oświetla przedpokój, o którym dziś mowa :-) Bardzo lubię ten moment, do mieszkania wpada łuna światła :-) Zachód słońca nad miastem możemy oglądać z kuchni i pokoju chłopca :-)


W dużej, szafie z ratanowym frontem zostało ukryte standardowe wyposażenie przedpokoju: wieszaki na kurtki, czapki itp. oraz półki na buty. Dzięki temu na co dzień panuje tu porządek. Wszystko, co zazwyczaj wprowadza zamieszanie w przedpokoju ukryte jest za dużymi drzwiami :-) Szafy pozostały nam po poprzednich właścicielach. Ta, którą widać jest w bardzo dobrym stanie. Szafa, która wymagała małego remontu znajduje się w jednym z małych korytarzyków, o tym za chwilę. Był taki moment kiedy pomyślałam o przemalowaniu ich na biało. Teraz myślę, że kolor tych szaf w połączeniu z bielą nadał kierunek urządzaniu mieszkania, w którym powoli będziemy zmierzać :-) Biały wieszak na ścianie przy wejściu zazwyczaj jest pusty i oczekuje na okrycie wierzchnie naszych gości, których chętnie witamy :-)


Przedpokój to również moje miejsce :-) Jest tu mały stół, na którym powstaje większość moich dzieł. Dzięki temu, że rzuca się w oczy zaraz po wejściu utrzymuję na nim stały porządek :-) Dzięki niemu nie muszę chować w porze posiłku rozpoczętej pracy, aby zrobić miejsce na stole. Wykorzystuję "pół godziny" do obiadu bez myśli, że nie opłaca się uruchamiać maszyny (waży 20 kg!) bo za chwilę trzeba ją chować. Tu nikomu nie przeszkadzam, to duży komfort :-) Może pamiętacie, stół powstał (został odnowiony) latem. Jednak przemalowałam blat lakierem, żeby pasował do reszty przedpokoju. Uwielbiam połączenie bieli i drewna tekowego. Takim właśnie kolorem potraktowałam blat. Zainteresowanych odsyłam na koniec wpisu. Kilka osób, które nas odwiedzało stwierdzało, że do głowy nie przyszłoby im ustawienie stołu w przedpokoju, a już na pewno ławeczki ogrodowej ;-) Jest więc ławeczka i kinkiet ogrodowy do kompletu. To był pomysł Męża :-))) Widać też dość znany zegar a'la kolejowy (Jysk). Tutaj nasze dzieci czekają na pociąg podczas swoich zabaw :-) Na przeciwko ławeczki zawisła taka powiedzmy makatka :-) Ten fragment towarzyszył nam od początku historii nowego mieszkania.




Wcześniej przedpokój był pomarańczowy. Listwy przypodłogowe oraz ta drewniana obudowa(?) odrzwia (?) na przejściach do małych korytarzyków były czarne. Mimo dużej ilości światła pomieszczenie było dość ponure. Kolor ścian zmienił bardzo dużo. Łącznie z tym, że spodobały mi się ciemne płytki podłogowe, które zastaliśmy. Przedpokój stał się bardzo funkcjonalny. Jest nie tylko miejscem przechodnim z pomieszczenia do pomieszczenia.


DIY (Zrób To Sam). Na zakończenie odnowienie szafy. Myślę, że została zniszczona przez pazurki kotów, ale już prawie tego nie widać. Niektóre uszkodzenia były większe (kawałki ratanu zostały oderwane) i te są bardziej widoczne. Muszę jednak przyznać, że bez przyglądania się i pokazywania palcem zupełnie nie widać byłych uszkodzeń. Na zdjęciach poniżej Janek przy rzeczonej szafie, przed drzwiami do swojego pokoju :-) Po prawej stronie łazienka.


Na początek dobrałam kolor farby. Następnie małym pędzelkiem zamalowałam ubytki. Po przeschnięciu farby wzięłam kawałek miękkiej, bawełnianej koszulki, lekko ją zmoczyłam i na taką wilgotną szmatkę nakładałam niewielkie ilości farby i przetarłam cały fragment drzwi pod lustrem. Cały ten kawałek był pozahaczany. Ostatnim etapem, który wykonałam po 2 miesiącach ;-) było pomalowanie tej części drzwi lakierem w kolorze drewna tekowego. Nałożenie samego lakieru byłoby niewystarczające (sprawdzałam) ponieważ ubytki były zbyt duże.



Użyte materiały. Kilka lat temu zakupiłam zestaw 24 kolorów małych tubek farbek akrylowych. Bardzo przydały się do odnowienia różnych rzeczy, dzięki wielu odcieniom brązu dobrałam niemal idealny kolor. Poza tym bardzo przydają się do uzyskiwaniu różnych odcieni podczas mieszania, zwłaszcza z białą farbą. Jak wspomniałam, zastosowałam też na całość lakier akrylowy w kolorze drewna tekowego. Tego samego, którego użyłam do blatu stołu. To bardzo miły, ciepły ale wyrazisty kolor. Dzięki niemu zniknęły drobne ubytki i wyrównał się kolor całości. Mała puszka już się skończyła, zastanawiam się jednak czy nie odświeżyć całych drzwi tym lakierem. Ładnie ożywił kolor. Jednak malowanie ratanowych powierzchni to bardzo pracochłonne zajęcie. Trzeba dokładnie nakładać lakier i usuwać nadmiar, żeby nie powstały zacieki. Może kiedyś ;-)



P.S. Jeśli ktoś zauważył i zastanawia się: po co te rury na szafie? Odpowiadam: to nasz dzwonek :-) Rurowy gong do drzwi ma miły głęboki dźwięk :-) typu Ding-Dong. Lubimy i jest idealny na stację kolejową ;-)


wtorek, 22 kwietnia 2014

Świąteczne migawki.


Jeszcze kończę nowy wpis, taki konkretny, nie jak ten dzisiejszy ;-) Mam nadzieję, że jutro go opublikuję, bujam się z nim od kilku tygodni... Zgrałam dziś świąteczne zdjęcia z aparatu, pomyślałam, a co dam... daję ;-) Kilka kadrów świątecznych. Na pierwszy ogień: Niedoszły Świąteczny Stroik. Miałam w nim nasadzić kiełków rzeżuchy i nawet młode sadzonki kwiatków przygotowałam... I jakoś uznałam w końcu, że nawet nie wiem gdzie go postawić. A miał wyglądać mniej więcej TAK. Może za rok :-)


Nasz Chleb Powszedni. Piekłam go w niedzielę o 5 rano :-) Chciałam świeży, chrupiący, świątecznie zwyczajny... udało się :-)

Sterta Świątecznych Ciasteczek Czekoladowych ;-) Piekłam babeczki, zapomniałam zmniejszyć ilość ciasta, z którego zazwyczaj robię wielką babę czekoladową. Zabrakło foremek - upiekło się ciasteczka. Chyba nie muszę pisać, że to one rozradowały dzieci szczególnie ;-) Do powtórzenia :-)


Zupełnie Nieidealny Sernik Świąteczny, ale co poradzę, że taki podoba mi się bardziej niż idealne ;-) A rozchodzi się o pęknięcie. Zdaje się, ze te idealne ich nie posiadają. Sernik Kajmakowo - cynamonowy, pyszny, od LISKI :-). Przepis znajdziecie TUTAJ, a i u mnie już był jako łapacz dobrego nastroju.


Moja własna kompozycja - mazurek :-) Po raz pierwszy, zupełnie na czuja: kajmakowo - czekoladowy z nutką pomarańczy. Wykorzystałam Ekstrakt Pomarańczowy i Kandyzowane Plasterki Pomarańczy, o których pisałam TUTAJ. Mówi się (chyba), że gorzka czekolada i pomarańcza zrównoważyły hipersłodki kajmak :-) Smaczny wyszedł.

Prawdziwy Recycling, czyli koszyk do święcenia. Nie dość, że udana przemiana (zdarza się, że się naprzemieniam a i tak nie używam...) to jeszcze poświęcona ;-) O koszyczku było TUTAJ. Nie bawię się w małe kiełbaski i chlebusie do koszyczka. Ładuję szynkę i pajdę chleba. Nie mamy problemu ze zjedzeniem święconki. Niestety mam takie wspomnienie z dzieciństwa: wciskanie święconego, które było zechłe i zimne, a przecież nie mogło się zmarnować.



Na zakończenie: stół z zastawą na 12 osób :-) Było wesoło, gwarnie, słodko. I nie było czasu na robienie zdjęć świątecznych potraw... Jedynie te kilka, które gotowe były w sobotę :-) Zdjęcie zrobione o 5 rano w niedzielę gdy w piekarniku pachniał chleb... Dziś odpoczywam i kończę ten wpis na jutro ;-)


Pozdrawiam serdecznie i poświątecznie