sobota, 16 lipca 2016

Rośliny w moim domu część 2. Zioła na balkonie i w kuchni.


Dzisiaj zapraszam Was do ziołowego ogródka na 10 piętrze. Na początku widok od strony pokoju, prawie Prowansja :-). Rośliny stoją tylko na parapecie. Ze względu na małe wymiary balkonu nie chciałam, aby zajmowały więcej miejsca. 



Wychodzimy na zewnątrz. Ze względu na małe dzieci nie ryzykujemy na balkonie krzesełkami i stoliczkami. Oczywiście mamy nad nimi nadzór, gdy przebywają na balkonie, ale zbyt dobrze je znam i wiele razy doświadczałam ich nadprzyrodzonej prędkości... Dlatego na balkonie mamy siedzisko z gąbki obszytej jeansem, którą zrobiłam na paletę o TUTAJ. Przy okazji widać zasłony w pokoju mojej igły. Dość cienka bawełna, bardzo je lubię.


Poniżej. Widok na lewą i prawą stronę balkonu. Po prawej jest idealne miejsce na zaciszny kącik, ale jest to też jedyne słuszne miejsce na rowery. Niestety nie mamy gdzie ich trzymać, dlatego wiszą tutaj. Postawiliśmy na naturalny klimat czyli wiklina na barierce, pleciona trawa na podłodze oraz skrzynki ze skrzynek.





Widok na cały parapet i ziołowy zakątek. Zioła zakupione w zostały w marketach spożywczych i warzywniaku. Gdy ustawiłam je na balkonie na drugi dzień zostały wysmagane wiatrem i wyglądały bardzo licho. Uznałam jednak, że takiej ilości w kuchni nie ustawię, więc tutaj albo nigdzie. Okazało się, że po kilku dniach aklimatyzacji odzyskały moc i zaczęły się ładnie rozrastać. Co my tu mamy? Nie mam wielkiego wachlarza ziół, tylko te, które używam w dużych ilościach. Nie sadzę też tych, których wielkie pęczki za grosze kupuję w warzywniaku (koperek i pietruszka). Natomiast uprawiam miętę, bazylię, majeranek i rozmaryn, dwa ostatnie w kuchni. Przez chwilę miałam też kolendrę, ale jakoś nie polubiłam się z nią. Po wykorzystaniu nie odnowiłam uprawy.


Lawenda
Kupiłam lawendę z myślą o ciasteczkach. Jednak gdy już ją posadziłam w moich skrzynkach pomyślałam, że nie wiem skąd pochodzi, czy była nawożona i nie używam jej do wypieków. Może za rok, jeśli przetrwa zimę i się ewentualnie odchemi. A tak wogóle to pierwszy raz chyba obserwuję lawendę w fazie pełnego rozkwitu.



Mięta
Nasze lato ma smak mięty. Rano robię dzbanek naparu ze świeżej mięty, a później rozcieńczamy go i popijamy delikatnie miętową wodę. Wieczorami napar ze świeżej mięty zastąpił mi zieloną herbatę. To naprawdę wyjątkowy, letni  smak.



Bazylia.
Na temat lodów bazyliowych pisałam już peany TUTAJ. Dzięki temu, że mam kilka doniczek i obrywam tylko część listków, a te odrastają, to z każdej doniczki mam kilka zbiorów. Bazylia to także pesto. Najbardziej lubimy z fasolką. Pesto w nieco polskiej wersji, zmiast orzeszków pinii dodaję pestki słonecznika.





Nie hodujemy sokołów na balkonie. Ten ma odstraszać gołębie, ku mojemu zdziwieniu działa.... Zastanawiam się tylko czy to kwestia sokoła czy tego paskudnego plastiku ;-). Podobną funkcję piastował wiatraczek, ale gołębie się go nie boją... Został, bo lubimy wiatraczek na balkonie. Podczas ostatnich wichur zastanawialiśmy się, czy nie odlecimy na inną planetę...


Jakby było mało to jeszcze zielarski zakątek na parapecie w kuchni. Rozmaryn, który szalenie podoba mi się jako roślina doniczkowa. Wykorzystuję do mięs i sosów, przycinam, żeby ładnie się rozrastał. Zwracam jednak uwagę, żeby krzaczek nabierał ładnego kształtu. W małej doniczce zasadziłam kilka odciętych gałązek i wygląda na to, że jedna przyjęła się i rośnie. Na zdjęciach nie widać jeszcze majeranku. Stoi w białej, drewnianej osłonce obok bazylii. Zakupilam pęczek w  warzywniaku i kilka gałązek, których nie wykorzystałam do kapusty, puściło korzenie.




Gdzie, o gdzie, o gdzie jest lato? Widział ktoś? Czyżby zasiedziało się gdzieś z cydrem? Ja wiem, że jest pyszny, ale dopijaj i wracaj!

niedziela, 10 lipca 2016

Szara eminencja. Szafa mamy część 3.


W związku z powodzeniem jakim cieszyły się ubrania z części 1 i części 2 poszłam dalej. Powodzenie tzn. bardzo lubię nosić te rzeczy. Tak, zrobiłam miejsce w szafie na te wszystkie nowości. Pracuję nad zawartością swojej szafy, wspominałam już o tym. Wzoruję się na capsule wardrobe tworzonym przez minimalistki (np. blog Simplicite). Minimalistką nie jestem i podejrzewam nie będę, ale mieć w szafie tylko to, co lubię, w której niemal wszystko pasuje do wszystkiego, wybieranie ubrań trwa chwilę, a jednak nie jest to codziennie biały T-shirt i jeansy. O to mi chodzi. Najtrudniej pozbywać się rzeczy, do których mam sentyment, ale nic na siłę.


Szara lniana sukienka. To marzenie, które zrodziło się jeszcze zimą, ale cóż, odwagi nie miałam zacząć od niej. To dziwne, że coś tak skrajnie prostego może wydawać się szaleństwem... Szary len i prosta forma. Tak jednak jest i widzę to w oczach przechodniów gdy wychodzę w niej "do ludzi". Prawda jest taka, że najchętniej nosiłabym ją cały czas. Tak wygodnego i praktycznego ubrania to dawno nie miałam. Gdy jest chłodniejszy dzień wystarczą legginsy. Lnu  jako ubraniu trzeba dać szansę. Na początku sztywny i szorstki zmienia się w miękką cudną tkaninę, jakby dopasowywał się do człowieka, który go nosi. No cóż. Moją odwieczną miłością jest gruba bawełna, zwłaszcza taka z czasów PRL-u, z której szyte były prześcieradła. To z niej powstały tuniki z tego wpisu. A jednak len w szarej sukience uwiódł mnie. Chłodzi w upale, ale nie przewiewa tak mocno na wietrze jak bawełna.


Gdy zaczęłam nosić mojego szaraka uznałam, że jedna to za mało. Tak więc jednak przerobiłam różowo-pudrową bluzkę z na sukienkę. Chociaż zebrała sporo komplementów "na żywo" ja nie do końca dobrze się w niej czułam, pisałam o tym. I gdy po raz kolejny stawałam przed szafą i szukałam wymówki, żeby jej nie założyć uznałam, że nie ma co. Nie o to mi chodzi. Przerobiłam ramiona i doszyłam szary dół.



Szaleństwo. Uszyłam bowiem jeszcze białą. Tak, biała już była, ale ją przerobiłam na tunikę.... Te duże kieszenie sprawiały, że czułam się jak w fartuchu (przez kilka lat pracowałam w aptece i choć pracę tę bardzo lubiłam, to czułam, że z sukienką się nie polubię). Uszyłam według tego samego wzoru, a szary pas wykończeniowy na dobre uporał się ze skojarzeniami.


Do sukienek najczęściej noszę teraz czarne sandały, ale niefortunnie ustawiłam je do zdjęć na czarnym stołku... dlatego w rezultacie je wykadrowałam. Są bardzo wygodne i mocno znoszone, ale bardzo je lubię. Miałam w tym roku kupić takie same. Stwierdziłam jednak, że jeszcze nie padły... 


W pierwszym wpisie o ubraniach pokazałam Wam 4 wzory według których szyłam. Te sukienki, które pokazuję dzisiaj powstały według wzoru nr 5. Teoretycznie niewiele się różnią, ale w praktyce je czuję (te różnice).

Wnioski końcowe o szyciu dla siebie KarolinyPe:

1. Próbować. Nie da się na papierze przewidzieć czy będę dobrze czuła się w tym czy innym kroju/kolorze.

2. Nie zniechęcać się. Moim córkom zawsze opowiadam ile materiałów zmarnowałam zanim udało mi się uszyć coś dobrze. I muszę wrócić do tych swoich opowieści. Bo o ile w innych rzeczach (torby, maskotki, okładki) już rzadko miewam niewypały to ubrania są dla mnie czymś nowym. I miałam taki moment, że zaczęłam je szyć, pokazywałam na blogu, ale ich nie nosiłam. To mnie bardzo zniechęciło.

3. Zmieniać, zmieniać, zmieniać. Skoro nie czuję się w czymś dobrze, a jest szansa że tak się poczuję, gdy przerobię świeżo uszytą rzecz to trzeba to zrobić i tyle. To dziwne, ale były rzeczy (wspomniana różowa bluzka i biała sukienka), które podobały mi się, podobały się innym, nawet dobrze w nich wyglądałam, ale nie czułam się w nich dobrze. Nie ma co się zmuszać lub wciągać w  myślenie: "Tyle się napracowałam". Wcześniej czy później wylądują na dnie szafy...

Przy każdym kolejnym cięciu miałam coraz więcej pewności i radochy.

Wpisy z tej serii.













ZapiszZapisz

sobota, 2 lipca 2016

Domowe kosmetyki część 2. Puder sypki.



Gdy zobaczyłam puder sypki na blogu shades of green nie wierzyłam, że to może się udać. 3 (trzy) składniki w pudrze do twarzy (tak właściwie to dwa, bo trzecim jest olejek). Większe szanse dałam mu po tym, jak zaczęłam używać domowego pudru do mycia twarzy. Okazało się, że trzy najzwyklejsze na świecie składniki sprawiły, że mam niemal idealny preparat do mycia twarzy. Tak, używam pudru do mycia twarzy od ponad 2 miesięcy i bardzo go lubię. Pudru sypkiego, o którym dziś piszę, używam od początku maja i zdecydowałam, że także lubię.


Puder sypki.

Przepis pochodzi ze strony shades od green.  Koniecznie zajrzyjcie zwłaszcza jeśli zastanawiacie się, czy coś, czymś można zastąpić. Według mnie wykazuje efekt matujący.

  • 4 łyżki mąki arrowroot
  • 1 łyżka karobu
  • kilka kropli olejków eterycznych np. z drzewa herbacianego i miętowego
Ja używam nieco więcej mąki arrowroot, kolor pudru trzeba po prostu dostosować do swojej karnacji. Jeśli chodzi o przygotowanie to suche składniki umieszczam w moździeżu i dokładnie mieszam rozcierając. Co jakiś czas trzeba zeskrobać puder ze ścianek moździeża i dalej rozcierać. Pomagam sobie kawałkiem plastikowej okładki wyciętej na kształt szpatułki. Mieszankę rozcieram tak długo, żeby po roztarciu na brzegu moździeża nie było widać białych drobinek mąki lub ciemnych karobu. Na końcu dodaję olejki eteryczne i znów rozcieram. Mieszanka robi się lekko wilgotna. Odstawiam ją do przesuszenia i dopiero wtedy przesypuję do pojemniczków. Większość przechowuję w słoiczku. Część trzymam w plastikowym pojemniczku dla wygody użytkowania.



Plusy. Przyznam, że używam pudru dość często. Ładnie matuje twarz, nie mam uczucia, że nakładam coś ciężkiego na skórę w upały. Koszt: dla mnie niewysoki, używam tych produktów spożywczych, zwłaszcza karobu. O kosztach napisałam dokładnie poniżej.
Minusy. Uczucie mąki na twarzy, to kwestia przyzwyczajenia. Tak jak przyzwyczaiłam się do proszkowej postaci preparatu do mycia twarzy, przyzwyczaiłam się do odczuwania proszku na twarzy gdy dotykam jej dłonią. Nie jest widoczny, poprostu czuję pod opuszkami. Myślę, że jest to kwestia zmikronizowania składników.



Dlaczego produkcja kosmetyków wydawała mi się niemożliwa do osiągnięcia w domu? Myślę, że chodziło o te magiczne składniki, które są poza zasięgiem śmiertelnika, dostępne jedynie  w alchemicznych pracowniach wybrańców. Jaka jest prawda? Kosmetyki takie zawierają składniki, które przy domowej produkcji nie są nam do niczego potrzebne. Przygotowując kosmetyki dla siebie nie potrzebujemy zastępu konserwantów i stabilizatorów. Kosmetyki nie będą leżały w magazynach, hurtowniach, a wreszcie na sklepowej półce. A składniki do kosmetyków domowej produkcji? Poznałam nieco kuchni wegańskiej i odkryły się niektóre zagadkowe nazwy (karob). To w domowych kosmetykach uwielbiam: są produktami spożywczymi, więc mogę je mieszać i miksować w kuchennych naczyniach.

Czy mniejszy koszt jest dużym argumentem do domowej produkcji? I tak i nie. To zależy od tego co mamy w kuchni. Jeśli chodzi o puder do mycia twarzy to wszystko w domu miałam, więc koszt był (jest) niewielki. Jeśli trzeba by wszystko zakupić koszt nadal nie jest duży i składniki wystarczą na bardzo długo.  Jeśli chodzi o puder sypki. Kupiłam karob (200 g za 11 zł), mąkę arrowroot, (200 g za 15 zł). Olejek to ok. 8 zł za buteleczkę. Biorąc pod uwagę jeszcze przesyłkę  koszt produktów jest podobny do pudru do twarzy zakupionego w drogerii, nie najtańszego. Zakupione produkty wystarczą jednak na bardzo, bardzo dużo pudru. Jeśli używamy tych produktów w kuchni to koszt znów jest argumentem na plus, puder będzie "skutkiem ubocznym" gotowania. Jeśli zakupimy je tylko na potrzeby kosmetyku to prawdopodobnie zdążą się przeterminować zanim je wykorzystamy. Mnie zawsze przeterminowuje się zakupiony puder do twarzy... Składnikom, o których piszę to nie grozi. Chciałabym także przygotować balsam do ciała. Tutaj koszty znacznie rosną i będą zbliżone do kosmetyku ze sklepu, ale podejrzewam, że jakością znacznie go przewyższą. Zobaczymy.

Po co więc? Przede wszystkim dla zdrowia. Byłam kiedyś na wykładzie na temat składu produktów spożywczych i kosmetycznych. To było kilka lat temu, teraz część z tych składników przed którymi nas ostrzegano, jest już w dużej mierze wycofana (silikony, parabeny itp.) poznałam zagadkowe E 007 i inne skróty. Ostatecznie na końcu padło zdanie: im mniej składników zawiera kosmetyk tym większa szansa na jego naturalność i nieszkodliwość. Dlatego używanie kosmetyków, w skład których wchodzą 3 składniki, a każdy z nich widzę i znam, jest bardzo przyjemna. O kosmetykach z niewielką ilością składników napiszę jeszcze innym razem. Wpis i tak jest dość długi.


 Macie ochotę pobawić się w alchemików i oswoić temat domowych kosmetyków? Serdecznie Was pozdrawiam i pędzę przypudrowć nosek zanim ruszę do domowych obowiązków ;-)