piątek, 11 kwietnia 2014

Wiosna: małe metamorfozy i kolejny rok z blogiem :-)


Miałam takie rzeczy w pokoju dziennym, w których ciągle mi coś nie pasowało. Rozpocznę od tej, którą kilka razy chciałam wyrzucić, a później pokażę tę, która była w ciągłym użytku ;-) Trzy pudełeczka ze sklejki. Już gdy je zamawiałam nie spodziewałam się cudów, bo kosztowały niewiele. Zaryzykowałam. Są bardzo niestabilne, miękkie i w surowym stanie niezbyt atrakcyjne, choć jakby nie patrzeć pochodna drewna to jest ;-) Z pewnością, gdyby potraktować je klasycznym decoupagem (papier z klejem plus kilka warstw lakieru) nabrałyby mocy. Jednak minął mi już czas zachwytu tą techniką i wykorzystuję ją sporadycznie. Postanowiłam więc dać im szansę i pomalowałam. I nie było mi żal pomalować pod kolor obecnej dekoracji półki nad telewizorem. Zobaczymy co będzie później ;-) Teraz je lubię.





Druga rzecz, którą potraktowałam farbą jest bardzo praktyczna. Drewniana misa na owoce. Owoce zawsze stoją u nas na komodzie w pokoju. Na nowym przeniosłam miskę z owocami do kuchni, ale zdecydowanie zmalało spożycie tych produktów. W pokoju są pod ręką. Dzieci, czy dorośli siadają na filmie i odruchowo szukają czegoś na ząb, a tu piękne, umyte jabłuszka :-) Miska wróciła do pokoju i nie pasowała do wystroju komody ;-) No to ją dopasowałam. Była już mocno zniszczona. Ma dla nas dodatkowo wartość sentymentalną. Znalazła się w naszych pierwszych, małżeńskich zakupach w IKEA ponad 11 lat temu :-)



Bieżnik na stół. Farby do tkanin i szeroko rozumiana grafika pochłonęła mnie bez reszty. Wszędzie widzę zastosowanie. Nie jestem pewna, czy już się martwić, ładnie się ubrać i pójść do lekarza ;-) (Tak mawiał nasz znajomy z czasów studenckich :-))) Jutro o tym pomyślę (tak mawiała Scarlett O'Hara z "Przeminęło z Wiatrem" :-) No dobra: wiosenny bieżnik na stół ;-) Powstał metodą stemplowania, o której wspominałam TUTAJ.



Metamorfozie uległ także wiklinowy koszyczek oraz doniczka z pierwiosnkiem. Koszyczek w kolorze orange, mocno już podniszczony dostał drugą szansę. Mam na niego różne pomysły, a nawet taki, żeby pełnił honory święconkowe :-) Wiedziałam, że nie uda mi się uzyskać idealnej bieli i pomarańcz będzie się przebijał. Teraz już wiem, że mi to nie przeszkadza. Pierwiosnka dostałam z okazji Dnia Kobiet (podobnie jak bibułowe kwiatki z półki powyżej). Dziś już przekwitł, ale puszcza nowe liście, świeże i zielone. Nie mamy ogrodu i żal mi go wyrzucić. Dodałam więc wiosenno-świąteczny akcent :-)




Wiosenny wygląd zyskały także wianki w przedpokoju :-)


P.S. Mijają dwa lata od pierwszego wpisu na moim blogu. To jest miejsce, którego potrzebowałam. Daję upust myśli poniekąd twórczej, a niekiedy tej codziennej :-)  Czasem sama dziwię się ile rzeczy już zrobiłam. Tak łatwo o tym zapomnieć, gdy przychodzą jakieś ciemne chmury... Tyle było uśmiechniętych twarzy :-) Nie będzie statystyk, nie będzie podsumowań :-) Dziękuję Wam Drodzy Czytelnicy za to, że do mnie zaglądacie :-) Wiem, że blog spełnia moje zamierzenia. Ci, którzy są daleko widzą co się u mnie dzieje :-) Tych, którzy są blisko nie zamęczam plastycznymi opowieściami o tym, co zrobiłam ;-) Mogą tu zajrzeć jeśli mają ochotę, a jeśli nie mają to nie zaglądają ;-) Cieszę się, że korzystacie z moich przepisów :-) Przez ten rok wiele się wydarzyło. Okazało się, że moim hobby jest także urządzanie wnętrza naszego nowego mieszkania, dlatego częściej pojawiają się wpisy z kategorii wnętrza. Na jakimś blogu (niestety nie mogę teraz do niego dotrzeć) przeczytałam, że niektórzy zarzucają blogerom, że robią coś specjalnie na bloga. Ja bardzo często tak robię :-) Może nie tak, że wymyślam "co by tutaj napisać" i zaczynam to robić, ale zdecydowanie mobilizuje mnie to, że dawno nie publikowałam wpisu. Szyję i robię rzeczy właściwie wyłącznie na użytek własny czy rodzinny. Takie rzeczy łatwo odłożyć w kąt, bo nie są niezbędne. Lubię ten rodzaj blogowej mobilizacji, nie przymusu. Poniżej nagłówki, które towarzyszyły mi przez ostatni rok. Ten obecny chyba zagości na dłużej niż jedną porę roku :-) Bardzo go lubię.





Tymczasem do następnego wpisu. Serdecznie wszystkich pozdrawiam.


niedziela, 6 kwietnia 2014

Zapowiadana sukienka z Burdy i kolejna grafika.

Zapowiadana sukienka to model 105 Burda 4/2013. Moimi planami szyciowymi dzieliłam jakiś czas temu. Jak wygląda sukienka w Burdzie można zobaczyć TUTAJ. Zrealizowałam do końca rozpoczęty wtedy temat :-) Model został przeze mnie trochę zmieniony. Burda zaleca uszycie tej  sukienki z połączenia dwóch tkanin: skóry i bawełny. Zachęcona modelem uszytym ze skóry postanowiłam wykorzystać ciężką i dość sztywną tkaninę, która została mi podarowana. To materiał, z którego szyje się garnitury itp. Wyprałam ją najpierw w 40 stopniach, żeby sprawdzić jak się zachowa, ale także dla odświeżenia, gdyż z pewnością dobrze pamięta poprzedni ustrój... Mam to szczęście, że czasem ktoś wydobywa tkaniny z czeluści swojej szafy i daje mi je. Są naprawdę świetnej jakości i zazwyczaj w sporym kuponie. Teraz pewnie także można takie dostać, ale nie będzie to zakup ekonomiczny. Swoją drogą to, co kiedyś było standardem, czyli dobrej jakości tkaniny w zwykłej cenie albo pralki działające przez 15 lat, ekologiczne warzywa, jajka od kury z podwórka dziś są niemal luksusem... Wracając do samej sukienki. Wykrój jest bardzo fajny. Uszyłam sukienkę w swoim rozmiarze 40. Różnie to w Burdzie bywało, ale akurat w tym przypadku rozmiar jest adekwatny :-) Na zdjęciach ciągnie się troszkę tu i tam (brzuszek i talia), ale nie jest to winą konstrukcji wykroju, a zasługą małego pasażera ;-). Talii obecnie nie posiadam, brzuszek owszem :-)


Jeszcze spojrzenie na szczegóły. Bardzo lubię takie przeszycia typu fastryga, ożywiły szarą szarość.  No i grafika, dużo jej ostatnio :-). Na sukience białe drzewo Gondoru (motyw z "Władcy Pierścieni"). Moim zdaniem idealnie pasuje do tego modelu. W książce czy filmie to znak widywany na mundurach, zbroi, tudzież chorągwiach. Możliwe, że dla wielu nie jestem tegoż znaku godna... Jestem zauroczona kieszeniami w szwach poprzecznych sukienki. Rękawy po rozwinięciu mają długość 3/4. Sukienkę noszę chętnie. Materiał idealny na taką wiosnę jak dziś, jeszcze nie gorącą, ale słoneczną i świeżą :-)



To na tyle. Pozdrawiam Was serdecznie i dobrego tygodnia życzę.


środa, 2 kwietnia 2014

O artystycznych tęsknotach, czyli grafiki w toalecie ;-)


Witajcie w kwietniu :-) Tak sobie myślę, że niemal każdy miał przez chwilę chęć być lub żyć jak artysta, w szerokim rozumieniu tego statusu. Ja miałam. Na szczęście większości ta chęć mija ;-) W szyciu i innych działaniach ręcznych zaspokoiłam tę tęsknotę w przypadku mojej osoby, jak widać nie była aż za wielka ;-) Malować nie potrafiłam nigdy. A teraz, gdy zabrałam się za te proste grafiki, jestem przeszczęśliwa i nie interesuje mnie w ogóle czy innym się podobają ;-) Rodzina zdaje się tolerować ;-), a czasem nawet zachwycać (córka zdecydowanie marzy o malowanych t-shirtach :-). Zapach farby i pędzel to dla mnie wielka przyjemność. Oczywiście robię najpierw szkic, a pomysłu szukam często w sieci, więc sztuka to żadna, ale przyjemność duża. To był wstęp do moich kolejnych grafików. Tym razem na bielonym drewnie farbą akrylową.


Waszym oczom Drodzy Czytelnicy ukazała się nasza mała toaleta. Nie jestem miłośniczką płytek po sufit, ale takie zastaliśmy i remontu w najbliższym czasie nie planujemy. Grafiki z pewnością zauważyliście. Jeden to wymowny obrazek człowieka w spokojnym zasiedzeniu pod drzewem :-). Dzieci śmieją się, że to czarownica. Z tej deseczki jestem wyjątkowo dumna, bo sama ją przygotowałam. Tak, tak :-). Otóż były sobie dwie surowe, nieoszlifowane deski,które dotarły do naszego domu jako element opakowania zmywarki. Każdą z nich przecięłam (piłą ręczną) na pół i te cztery już deseczki skleiłam klejem typu wikol. Dalej oszlifowałam (szlifierką oscylacyjną) na gładko i tadam! Zostało malowanie. Co za robota ;-)


Drugi rysunek na lustrze. Lubię bardzo to lustro :-). Ramę, czyli po prostu drewniany blat o wymiarach 60 cm na 80 cm zamówiliśmy u stolarza razem ze STOŁEM. Później oddaliśmy ją do szklarza i ten przykleił nam do niej ładnie oszlifowane lustro. Kilka razy upewniając się, że od góry ma zostać tyle miejsca... i jeszcze telefon, czy aby nie na środku ;-))). Wisiało takie przez pół roku, aż tej wiosny dokończyłam dzieła, które od początku tak właśnie miało wyglądać. Jest szerokości półeczki, którą w toalecie zastaliśmy i bardzo tu pasuje. I jak powszechnie wiadomo lustro powiększa optycznie takie mikro wnętrza. Na półeczce znalazły miejsce kamienie z podróży, które dostaliśmy. Są piękne i malownicze z odciskami i resztkami muszli.


 
Do pobielenia drewna użyłam białego impregnatu. Taki sam efekt uzyskamy malując drewno białą farbą techniką suchego pędzla. Malowanie impregnatem jest jednak łatwiejsze. Kolor równomiernie rozprowadza się, nie powstają mazy, bardzo przyjemne malowanie. Impregnat daje piękną, idealnie matową powierzchnię i dodatkowo zabezpiecza drewno. Nadaje się wyłącznie do malowania surowego drewna. To wersja akrylowa tegoż impregnatu, nie posiada silnego zapachu i spokojnie można jej używać w pomieszczeniach.


Taka mała toaleta, tak dużo zdjęć ;-). Tak wyszło. Mam nadzieje, że nie zamęczyłam. Czuję wiosnę, tak na serio. Dokańczam niedokończone. Skreślam kolejne "do zrobienia" (jak to lustro). Ciekawe jak długo to potrwa. Na razie się cieszę i wyciągam kolejną rzecz ;-) Pozdrawiam.

sobota, 29 marca 2014

Nerek ciąg dalszy.


To druga i trzecia nerka, które wyszły spod mojej igły. Pierwszą nerkę pokazywałam TUTAJ. Wymagała jednak zmian. Zamek nie zamyka się dobrze (do końca) i przez to zniekształca saszetkę. Wiedziałam, że w przypadku kolejnych muszę zmienić sposób zszywania poszczególnych elementów. Forma, którą sobie przygotowałam za pierwszym razem wydawała się bardzo trafna. Wielkość i kształt został sprawdzony doświadczalnie przez moją córkę przez ostatnie tygodnie, niemal każdego dnia :-)



Wasze bystre oczy z pewnością zauważą małe zmiany w formie nerki (pierwsza od góry to pierwsza uszyta). Możliwe, że zauważyły też taśmę z nazwą pewnej ;-) firmy. Zapewniam, że nerkę uszyłam sama, nie jest to produkt reklamowy, a już na pewno wpis sponsorowany :-))) To po prostu recycling :-) Przyjmuję każde ilości smyczy reklamowych, które wykorzystuję na różne sposoby. Dzięki nim nie kupuję karabińczyków ani zapięć. Często wykorzystuję też same taśmy. Zwłaszcza gdy tak ładnie zgrają się kolorystycznie :-)


Oczywiście nowe nerki nie powstały ot tak, z chęci dopracowania warsztatu szycia. Potrzebny był prezent urodzinowy :-) I tak sobie pomyślałam przy tej okazji, że prezenty które szyję dorastają z dziećmi :-) Zaczynając od maluszka.... szyję rożki. Później często powstaje przytulanka. Kolejne urodziny to już zazwyczaj większy patchwork. Dalej są torebeczki i torebki lub pasy na narzędzia. Nie tak dawno szyłam notesy i piórniki. A dziś nerka, na samodzielne wypady na plac zabaw :-) Poniżej prezent dla pewnej dziewięciolatki :-)



Z wiosennymi pozdrowieniami, życząc wszystkim dobrego tygodnia

czwartek, 13 marca 2014

Nerka by się przydała ;-)


Temat nerek pojawia się w mojej głowie co roku wraz z rozpoczęciem sezonu plenerowego, tudzież wakacyjnego. Gdy w drzwiach moja drużyna gotowa jest do wyjścia z: rowerkami, hulajnogami oraz trzema piłkami i frisbee, ja stoję w bezradności na myśl o torebce do tego... Trzeba przecież mieć pod ręką chusteczki, telefon (czyt. zegarek) oraz plastry... I jakoś nie dorobiłam się nerki (takiej trzeciej ;-). Nie wiedziałam jak się za nią zabrać, ale wiedziałam też, że jak się nie zabiorę, to się nie dowiem. No to się zabrałam, ale z potrzeby córki, która to potrzeba zawsze jest silniejsza od mojej ;-). Nadszedł czas, gdy zaczyna wychodzić na plac zabaw z koleżankami. Nie ma gdzie schować chusteczek, a telefon dyndający na szyi nie jest najwygodniejszy podczas dyndania na trzepaku, na przykład. I ot historia mojej pierwszej trzeciej nerki... Nie jest doskonała, no nie jest. Muszę jeszcze ją rozpracować. Jest najprostsza, bez kieszonek itp. Nie jest duża, żeby nie przeszkadzała. A czy się sprawdzi, to zobaczymy. Z pewnością Droga Helena zawsze sprawdza się w roli modelki. Uwielbiam robić Jej zdjęcia i jak widać, Ona też się nie zmusza. Nie pozostawię Wam złudzeń, Drodzy Czytelnicy, każde ze zdjęć jest pozowane ;-).



Gdy pierwszy raz zaświtał mi w głowie pomysł na saszetkę typu nerka, trafiłam na bloga JOANKI-Z, która jest mistrzynią w szyciu wspomnianych. Uszyła ich mnóstwo, przeróżnych, na przykład TUTAJ i nie zdziwię się jeśli kiedyś zrobi specjalizację z transplantologii ;-)

Pozdrawiam serdecznie Drodzy Czytelnicy :-)


piątek, 7 marca 2014

Resztki zimy, czyli ciepły naszyjnik, syrop z cebuli i kuchnia polska do tego :-)

Witajcie Drodzy Czytelnicy. Jakże się cieszę, że wróciłam do świata zdrowych i żywych... Dopadł mnie jakiś wirus i zaniemogłam na ponad tydzień. Ostatni wpis o Śpiochach wrzucałam, jak lekko puściła gorączka (był niemal gotowy). Mam sporo pomysłów i planów na szycie: pewne obiecanki, które póki co to tylko "cacanki", narzuty na łóżka i chciałabym uszyć coś dla się. Do tematu zdrówka jeszcze powrócę w dzisiejszym wpisie. Tymczasem rzecz, która gotowa jest już od wielu tygodni tylko jakoś nie po drodze jej było na bloga ;-) Zimowy naszyjnik... Jeszcze chwilę i będzie za późno na publikację ;-) Dziś zdjęcia bez mej twarzy, widać po niej jak przeczołgało mnie choróbsko... sama się wystraszyłam więc Wam tego oszczędzę. Na szczęście apetyt wraca i o tym też dziś będzie :-)



Zimową porą zachciało mi się takiego naszyjnika otulacza. Wspominałam już o mojej nowej miłości do laleczki dziewiarskiej i zachwytu nad jej możliwościami. No to je wykorzystałam do mojego dzieła. Poza tym wykorzystałam tutorial z bloga by piegowata na kulki celem uzyskania jakże popularnych i uroczych kwiatków typu Tilda :-)



Syrop z cebuli.

Niektórzy znają go doskonale z dzieciństwa inni nigdy o nim nie słyszeli. Dla jednych miłe wspomnienie i słodki smak, dla innych zmora czasu jesienno-zimowego. Dla mnie objawienie tej infekcji ;-)


Oczywiście znałam go z dzieciństwa, stosowałam jako dorosła, ale zawsze równocześnie z innymi lekami, jako wspomagacz. Tym razem jednak leczyłam się tylko nim. Poza tym cytryna, miód i imbir. Wspaniała jest także Mikstura na przeziębienie, ale niestety tym razem nie mogłam poradzić sobie z czosnkiem. I moje przeziębienie rozpoczęło się kaszlem, syrop z cebuli wydawał się lepszym rozwiązaniem. Działa jednak nie tylko na kaszel. Poradził sobie z gorączką (38 stopni, której nie miewam), bólem gardła, a nawet zatokami: czułam jak odblokowuje nos. Jak poczułam się lepiej już po jednym dniu to zaczęłam szukać informacji w sieci. Oczywiście polecam samodzielne zgłębianie tej tajemnej wiedzy, ale tak ogólnie: syrop działa przeciwbakteryjnie, przeciwwirusowo i wykrztuśnie. W sieci można znaleźć fragmenty z publikacji naukowych. Wyczytałam, że składniki zawarte w soku z cebuli zabijają prątki gruźlicy! W licznych komentarzach pojawiały się opinie, że obyło się bez antybiotyku nawet w przypadku zapalenia oskrzeli! Oczywiście pod kontrolą lekarza, w przypadkach gdy stosowanie antybiotyku było niewskazane. 



Składniki:
  • cebula
  • 2-3 łyżki cukru
Przygotowanie:

Cebulę pokroiłam w kostkę i przesypywałam cukrem. Zostawiłam aż cebula puści sok (3-4 godziny). Ważna informacja: syrop należy stosować jak lekarstwo: 3-4 razy dziennie po łyżce stołowej. W przypadku dzieci: 2-3 razy dziennie po małej łyżeczce. Ważne, bo zbyt duża ilość soku z cebuli może podrażnić wątrobę. Takie dawkowanie jest wystarczające i daje rezultaty :-) Gdy cebula daje dużo soku i pijemy go dłużej niż jeden dzień to syrop należy przechowywać w lodówce. Zazwyczaj zużywałam jedną cebulę na dzień, ale ta którą kupił mój mąż (na zdjęciu) dawała sok na dwa dni. Nie mam pojęcia co to za cebula, mam nadzieję, że nie chińska ;-)

Jak już wczytałam się w to cebulowe panaceum to dowiedziałam się, że można je też przygotować na bazie miodu (zamiast cukru). Można także dodać plastry cytryny (poprawi smak). Ja z sentymentu przygotowywałam klasycznie :-)

W dniu, w którym zagorączkowałam prawie nie jadłam. Jedyne na co miałam ochotę to pomarańcze (czyli prawdopodobnie potrzeba witaminy C). Normalnie po całym dniu  picia syropu z cebuli i jedzenia pomarańczy powinna boleć mnie wątroba... Nie bolała, natomiast czułam się lepiej i lepiej. Czasem dobrze jest posłuchać tego co nam organizm podpowiada.To nieprawdopodobne, że bardzo często to wystarczyłoby. To prawda, że po tygodniu naturalnego leczenia nadal miałam kaszel, oczywiście znacznie mniejszy, ale leczenie trochę trwa. Z pewnością dłużej niż klasyczne leczenie w takich przypadkach. Pewne jest jednak także to, że odporność nabyta w ten naturalny sposób (walki) daje długą dobroczynną moc :-)
Kapuśniak z prażochami :-)

W naszym domu króluje lekka, szybka kuchnia jednogarnkowa. Na talerzach zazwyczaj mamy makarony, ryże i kasze, pieczone warzywa lub  mięso. A jednak... Jak tylko zaczęłam wracać do zdrowia zachciało mi się kapuśniaku z prażochami :-) Dla niektórych to Prażuchy, dla innych Gamza, a nawet Psiocha :-) Co region to inna nazwa. Choć byłam przekonana, że to potrawa pochodząca z łódzkiego okazało się, że znana jest w wielu regionach Polski. Myślę, że można ją śmiało zaliczyć do klasycznej kuchni polskiej. Znacie? Nie jadłam od lat. Jak mi się zachciało! 


Najpierw próbowałam wybić sobie potrawę z głowy, bo nie zdrowo... Później uznałam, że skoro tak bardzo wsłuchiwałam się ostatnio w swój organizm, to taka ochota coś oznacza (kiszona kapusta to znów witamina C)... Po czym doszłam do wniosku, że wcale nie taka niezdrowa... Zupa - same warzywa w tym kapusta kiszona... Darowałam sobie wszelkie dodatki i zasmażki. Prażochy, no tu mamy pyszny, podsmażony boczek, ale z pewnością nie jest to dodatek bardziej zabójczy niż frytki, które przecież od czasu do czasu... Cóż więcej: było pysznie i tego właśnie mi było potrzeba w ramach rekonwalescencji ;-)


Kapuśniak.
Taka zwykła, dobra, pożywna, polska zupa. Idealna na zimę. Kwaśna, ale nie za bardzo. Ciekawa odmiana po klasycznych warzywnych. I świetna alternatywa dla zup wczesnej wiosny, gdy na świeże warzywa trzeba jeszcze poczekać. Cieszę się, że do niej wróciłam po latach.

Składniki:
  • Pęczek warzyw (marchewka, pietruszka, seler, por)
  • 3 małe ziemniaki
  • ok.500 g kapusty kiszonej
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 liść laurowy
  • 2 ziarenka ziela angielskiego
  • 1,5-2 litry wody
  • sól, pieprz
  • podsmażony boczek pokrojony w kostkę (opcjonalnie)

Przygotowanie:

Warzywa pokrojone w kostkę wrzuciłam do wody i zagotowałam razem z przyprawami (ostrożnie z solą, kapusta kiszona wzmaga odczucia smakowe, lepiej dosolić zupę pod koniec gotowania).  W tym czasie pokroiłam trochę kiszoną kapustę i gdy wywar warzywny zagotował się dołożyłam ją. Całość gotowałam około godziny.

Prażochy.
Najczęśniej widywane w towarzystwie kapuśniaka, ale także gulaszy lub jako samodzielne danie popijane kwaśnym mlekiem. Wiele lat temu robiłam te kluchy, ale od dziś w ramach tradycyjnej kuchni będę je robiła częściej. Zostały wpisane do ZESZYTU , a trafiają do niego tylko te rzeczy, które chcę regularnie mieć na talerzu ;-) Co bardzo ważne: rodzinie także smakowały. Nawet Najstarsza (jedyny wybredny, co do jedzenia, członek naszej rodzinki) zajadała się tym polskim cudem ;-) (na kapuśniak nie zdecydowała się). Mamy kilkoro znajomych obcokrajowców. Czasem uczę się czegoś polskiego, żeby móc ugotować dla nich właśnie. Bardzo się cieszę, że nabyłam umiejętność przygotowania kolejnej potrawy. Cieszę się, bo to szalenie proste i bardzo polskie danie.

 

Składniki:
  • 1 kg ziemniaków
  • 3-4 łyżki mąki pszennej lub ziemniaczanej*
  • 300 g wędzonego boczku
  • sól
* Znalazłam dwie wersje przygotowania prażochów. Zazwyczaj w przepisach wystepuje mąka pszenna. Ja użyłam mąki ziemniaczanej (jak moja mama). Nastepnym razem użyję pszennej i zobaczę różnicę (albo nie) 

Przygotowanie:

Ziemniaki  obrałam, pokroiłam w ćwiartki i zagotowałam, posoliłam wodę. Gotowałam około 15 - 20 minut, tak, że ziemniaki były jeszcze lekko twarde. Odlałam większość wody (szklankę tej wody zostawiłam, może się przydać). Zostawiłam 2 cm wody na dnie garnka z ziemniakami i posypałam je mąką). Przykryłam garnek i dogotowywałam ziemniaki do miękkości (około 10 minut) sprawdzając czy się nie przypalają. W razie potrzeby można podlać wodą. Ważne jest, że mąka w tym czasie "zaparza się", nie jest surowa. Gdy ziemniaki są miękkie odlewam ostrożnie resztkę wody. Następnie ciężka robota. Biorę w rękę pałkę do ucierania ciasta i zagniatam ziemniaki z mąką na jednolitą masę. Dość długo i cierpliwie. Powstanie klejąca masa. Gdyby była za gęsta można dodać niewielką ilość wody odlanej z ziemniaków. 
Na patelni smażę pokrojony w kostkę boczek. Gdy uzyskam już skwarki łyżkę stołową moczę tłuszczykiem ze skwarków i oddzielam  nią kawałki masy ziemniaczanej tworząc kluchy :-) Kładę kluchy na patelnię ze skwarkami i chwilę podsmażam. Tak lubimy. W większości przepisów uformowane kluski kładzie się na talerz i polewa skwarkami. I to wszystko.

Mam nadzieję, że zimowy naszyjnik, syrop z cebuli i kapuśniak z prażochami to godne pożegnanie zimy w naszym domu :-) Teraz to już tylko rozpięte płaszcze, wiosenne sukienki, kiełki rzodkiewki i tulipany... Niczego innego nie przyjmuję do świadomości ;-)




P.S. Tak przeczytałam na koniec ten wpis i uznałam, że można jeszcze przytoczyć polskie przysłowie: "W marcu jak w garncu". Dziś u mnie wszystko; dzierganie, leczenie i gotowanie... mam nadzieję, że to przeżyliście ;-)