Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania zeszyt, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania zeszyt, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, 15 sierpnia 2012

Decoupage i rozważania kulinarne.

Dziś małe conieco z wakacyjnej pracowni i moje, zdecydowanie subiektywne, kulinarne rozważania dla chętnych ;-) Zapraszam. 


Skrzynka na magiczne receptury czyli przepisy wyrwane, spisane, znalezione, kserowane kartki z inspirujących ksążek. Wszystkie chowam do tej skrzynki i od czasu do czasu wyciągam jakiś nowy na wypróbowanie. Te, które sprawdzają się w naszej rodzinie, które powtarzam kilka razy, wpisywane są lub wklejane do zeszytu z recepturami. Skrzynka o rozmiarach: 20 × 30 × 10 cm była opakowaniem do pitnego miodu, zdaje się. Już kilka lat służy w stanie surowym, ale surowe, niezabezpieczone drewno niszczeje od kurzu i traci kolor. Długo nie miałam na nią pomysłu, później chciałam ją oczyścić i polakierować tylko, aż tego lata stała się skrzynką mandarynek :-) Ozdobiona techniką decupage, o której wspominałam już TUTAJ. Wykorzystałam serwetkę z motywem mandarynek oraz z jakimś tajemnym tekstem wewnątrz, nie będzie go widać, ale ja wiem, że tam jest ;-) Poszła na pierwszy ogień po dłuuugiej przerwie mojego kontaktu z decoupagem i pozostawia wiele do życzenia. Nie poprawiam, choć mogłabym, mogłabym też zacząć od początku, jednak to jest to, co kocham w pracach ręcznych, te niedociągnięcia, niemożliwe przy taśmowej produkcji. Sprawiają, że rzecz jest wyjątkowa. Oczywiście od takiego myślenia jeden tylko krok do zamierzonego zaniedbania, trzeba się pilnować... Póki co dopieszczam moje rzeczy jak potrafię najlepiej na dzień dzisiejszy, a jeśli już jutro pomyślę "potrafię lepiej" cieszę się, że czegoś znów się nauczyłam...


Zeszyt na magiczne receptury. Pomysł wpadł mi do głowy podczas przygotowywania wpisu o skrzynce :-)) Kończy się mój dotychczasowy zeszyt z przepisami i pomyślałam, że nowy mogłabym ozdobić decoupagem. Zakupiłam zeszyt w twardej oprawie i moim ulubinym formacie B5. Puściłam wodze wyobraźni (ale nie za bardzo;-) i w mojej wakacyjnej pracowni powstał taki zeszyt. Jak wspomniałam, do zeszytu wpisuję te sprawdzone przepisy, ale też moje autorskie, wpisuję uwagi, poprawiam, obliczam 1,5 porcji, 2 porcje, 5 porcji :-) Obawiam się, że na karteczkach odeszłyby w niepamięć. Tak więc mój zeszyt nie jest w środku śliczny i schludny... jest używany, w kuchni, niemal codziennie, niech pierwsze wrażenie poprawi odbiór reszty :-) 


Przednia część okładki.

Tylna część okładki.

Wewnętrzna część okładki.

Pierwszy przepis.

Trudno uwierzyć, że nie majstrowałam przy zdjęciach zeszytu. To było chwilę przed burzą, taka czerwona poświata pojawiła się na dworze, do tego kolory obrusu i pomidorów. Chyba fajnie wyszło przez przypadek. Zaczynam zauważać rożnicę w świetle!
⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  ⎯  
Teraz już część, dla tych, którzy mają ochotę jeszcze poczytać, o moich myślach wokół ot, takiego zeszytu ;-) Myśli kulinarne, rzecz jasna.
Okazuje się, że nic z mojej okładki nie jest przypadkowe, choć nie planowałam, że musi coś oznaczać, że musi o coś chodzić, żeby było o czym pisać ;-) Mimochodem wybrałam jednak to, co lubię, do czego mam sentyment. Już tak mam... O czym więc okładka ta stoi? Większa część okładki to felieton z "Twojego Stylu" o warzywach  autorstwa Tessy Capponi-Borawskiej. Bardzo lubię te felietony. Pobudzają wyobraźnię kulinarną i dają ogromne pole do popisu. Pani Tessa pisze co z czym się jada, a co do czego nie pasuje. I dzięki temu, że nie znajduję w nich szczegółowych przepisów to powstaje o wiele więcej różnych potraw. Nie poruszam się zupełnie po omacku w jakimś temacie, a z drugiej strony mam poczucie, że zrobiłam, a nawet wymyśliłam! coś sama. Ten felieton o warzywach był fantastyczny! Dzięki niemu przyrządziłam fasolkę szparagową w sosie pomidorowym, tak jada się we Włoszech. W tej formie jest daniem samym w sobie, a także doskonałą alternatywą do bułeczki smażonej na masełku... 
Jeśli chodzi o Tessę Capponi - Borawską, to pierwszy raz zetknęłam się z Nią w telewizyjnym programie kulinarnym i przyznam, że nie bardzo przypadła mi do gustu... Pamiętam jednak, że z tego programu nauczyłam się przygotowywać "polskie pesto". Świetny sos, dostosowany do polskich realiów i smaków. To sos na bazie natki z pietruszki i ziaren słonecznika. Miksuje się je w blenderze z kilkoma łyżkami oliwy i szczyptą soli. Uwielbiam go w kuchni! W tym programie wystąpił w idealnym! trio. Otóż był dodatkiem do makaronu świderki z... fasolką szparagową. Polecam, moja rodzina bardzo lubi. "Polskie pesto" jest świetnym dodatkiem do warzyw gotowanych i sałatek. Bardzo dobra alternatywa do standardowego pesto i nowy smak.


  
Okładka książki, którą muszę
w końcu oddać właścicielowi...
Jeszcze parę zdań o autorce. Zachwyca mnie bowiem jej książka. To wspomnienia i wydarzenia z Jej życia, ale także dotyczące historii Włoch i samej Toskanii. Ma zupełnie inny nastrój niż bardziej zane książki, gdzie historie ludzi przeplatają się z przepisami i opowieściami o jedzeniu. Historie o tym, jak ktoś (zazwyczaj kobieta, Amerykanka) wyrusza do Włoch, w których się zakochuje i wszystko się zmienia. Żeby nie było wątpliwości, bardzo lubię te książki także. Mam tu na myśli "Pod słońcem Toskani" Frances Mayes oraz serię Marleny de Blasi "Tysiąc dni w...". Książka Tessy Capponi - Borawskiej jest poprostu inna, jakby poważniejsza, powiedziałabym nawet, patriotyczna...  Zawiera też przepisy. Kilka wypróbowałam. Moim numero uno jest Makaron z sosem pomidorowym niegotowanym (Pasta col sugo di pomodoro crudo). Pomidory, zioła, przyprawy, oliwa i gotowe! Do tego makaron al dente, oczywiście i fantastyczny, szybki, letni obiad na stole :-)

Makaron świderki z sosem pomidorowym niegotowanym, przepis
na stronie 37.
Częścią okładki mojego zeszytu jest przepis na karczochy (także "Twój Styl"). Jedyny kontakt z karczochami jaki miałam to jedząc je. Nie mam odwagi ich przyrządzić. Bardzo rzadko spotykam je w sklepach, może to sprawia wrażenie niedostępnych... Pamiętam jednak, gdy około 10 lat temu zobaczyłam na rynku BAKŁAŻANA. Oniemiałam z zachwytu nad kolorem i pięknem tego warzywa. Był dla mnie tak egzotyczny, że nie odważyłam się go wtedy kupić... A dziś? Uwielbiamy go. Pieczonego w żeliwnym garnku w towarzystwie pomidorów, cukini, pora i tego na co mamy ochotę, z odrobiną oliwy i soli. Albo grliowanego, podanego na zimno z oliwą i przyprawami. Ja osobiście uwielbiam pastę z bakłażana, która wygląda dość kiepsko a smakuje obłędnie! Mam dylemat: czy podawać ją gościom?... Albo ulubiony bakłażan mojego męża: smażony w cieście np. piwnym. Pisałam o karczochach ;-) Plan mam taki: w tym zeszycie znajdzie się sprawdzony przepis na pysznego, ulubionego karczocha, niech okładka będzie przypomnieniem. Przy okazji: marzą mi się jeszcze smażone kwiaty cukinii, ja o nich śnię, nigdy nie jadłam :-(


Bakłażany w Cieście Piwnym, w tle
Zupa Dyniowa

Gdyby jeszcze ów kwiat usmażony
 był w lekkiem cieście i rósł  tak
na krzaku, taki gatunek...
Na tylnej części okładki jest fragment artykułu z "Claudii" o kulinarnych blogerkach. Wybrałam ten, który jest mi największą inspiracją. Eliza Mórawska vel Liska pisze blogi White Plate oraz Pracownia Wypieków. To z Nią przygotowałam zakwas i upiekłam pierwszy chleb. I bez zaglądania do zeszytu zastanawiam się, które przepisy najbardziej zapamiętałam, bo wykorzystałam wiele. Z Pracowni Wypieków to z pewnością Chleb Polski, Ciabatty i Chleb Tostowy. Z White Plate pomyślałam o Tarta Tatin, Panforte di Siena i Kruchych Ciasteczkach, które piekę z córkami :-) Z wytrawnych pozycji to wspaniała Zupa Porowo - Ziemniaczana i Barszcz Wigilijny. To pierwszy barszcz bez zakwasu, który mi smakuje.


Mój pierwszy chleb.
Żytni na zakwasie.
Nasz domowy chleb powszedni.
Chleb polski na zakwasie, pieczony
w garnku żeliwnym.
Blogi, o których wspomniałam są bardzo popularne, Liska podejmuje nowe wyzwania, ciekawie ogląda się jej starsze wpisy, widać jak wiele zrobiła w kierunku profesjonalnej fotografii potraw. Przyznam jednak, że ostatnie zdjęcia mniej mi się podobają, wolałam te swojskie, z których człowiek ma ochotę sięgnąć po kawałek ciasta... W ostatnim czasie pojawiają się bardziej artystyczne, na których gra światło, tak się chyba mówi...
Zdjęcia, które dziś zamieszczam to kilka moich radosnych kuchennych przygód z blogami Liski. Czasem pstrykałam zdjęcie telefonem i nie przypuszczałam, że kiedyś je...opublikuję ;-) Niektóre zrobione kilka lat temu.


Mój pierwszy chleb bochenkowy. To znaczy, że uformowałam
 bochenek, po czym wyrastał w koszyku. Upiekłam go na
ceramicznym kamieniu. 
Wspomniane już Ciabatty. 
Kończąc powoli moje kulinarne wywody zaglądamy do środka zeszytu, bo ciągle o nim mowa. Zioła... Zioła i zielnik są moją pasją. Moje zainteresowania 10 lat temu szły w kierunku botanicznym, dziś zmienił się nieco kierunek (na kulinarny), ale pasja pozostała. Obiecałam sobie, będąc młodą dziewczyną, gotować zupy bez tzw. jarzynki, vegety czy innych takich... W mojej rodzinie nikt nie posiadał tej umiejętności i wydawało się to sztuką magiczną! Jarzynka także wydawała się nią być (magią) bo wystarczyła łyżeczka i wszystko smakowało, no właśnie podobnie... Teraz już wiem, że to nie magia a nauka, a dokładniej chemia... Tak więc, wbrew pozorom nie odeszłam od tematu, zioła pomagają uzyskać niepowtarzalne smaki moim zupom. Majeranek, bazylia, oregano, tymianek, gałka muszkatałowa, pieprz... mam już swoje ulubione połączenia i już nie tak często zdarza mi się eksperymentować.


Zwykły obiad, zwykła zupa warzywna z lubianym
 przez dzieci dodatkiem: malutkimi pulpecikami.
Do tego świeży chleb i nic więcej...
I pierwszy wpis w zeszycie! Na pamiątkę tegorocznych wakacji oraz pierwszego i drugiego upieczenia eksperymentalnego. Eksperyment udany, Tarta Wiśniowa została zapisana i zabezpieczona przed niepamięcią. Szczegóły tarty pojawią się pewnie kiedyś na blogu. Uwielbiam ten rodzaj ciast.


Letnia wiśniowa tarta i Cynie, wspanaiałe letnie kwiaty i Cappuccino.

Ciekawa jestem, czy ktoś wytrzymał do końca... Może jest rok 2039, moja córka jest w moim wieku i stała się równie sentymentalna jak mama... I to właśnie Ona wytrwała! Macham  do Cię córeczko i widzę, że mnie bardzo kochasz ;-)

Dziękuję za uwagę :-)


sobota, 6 kwietnia 2013

Na początku był album.

Ha i eM to koleżanki z jednej ławki :-) Cokolwiek będą robiły w przyszłości i ilu przyjaciół poznają zawsze będą dla siebie Kimś bardzo ważnym. Chyba wszyscy pamiętamy tych, z którymi zaczynaliśmy szkołę w jednej ławce :-) Pozdrawiam Cię I, jeśli tutaj kiedyś trafisz :-) Dla tak ważnej osoby przygotowałyśmy album ze zdjęciami z okazji Jej 8 urodzin. Ja uszyłam okładkę i poskładałam zielony brystol w harmonijkę. Helena wklejała i ozdabiała zdjęcia i zrobiła opisy. 
Gdy kupiłam ten brystol, duży arkusz, i szłam z taką sporą, zieloną rurą przez śnieg do połowy łydki (a było to 26 marca) wymyśliłam sobie scenkę rodzajową (tak mam czasami, zupełnie jak w "Misiu" czy czymś na kształt ;-) 
Idzie Pan i pyta (mnie):
- A co Pani tak tam niesiesz w tym śniegu? 
- A wiosnę niosę i nie oddam nikomu! - ja na to. 
- ?? :-/ - Pan na to...




 Pierwsza okładka wyszła dobrze, więc zabrałam się za kolejną. Tym razem na notatnik dla osoby, która bardzo lubi notować :-) To także zasłużony prezent :-) Długo nie miałam na niego pomysłu, ale w końcu zrobiło mi DING! :-) Jako notatnik posłużył mi zeszyt 96k w sztywnej okładce. Notatnik z zakładką, dodam i zamykany na gumkę, coby żadna cenna karteczka nie wyleciała :-)





Na okładce czegoś mi brakowało. Piesków mi brakowało :-)



Jak uszyć taką okładkę? czyli źródło DIY.

Trochę nad tym dumałam. Zastanawiałam się jak najprościej zrobić te założenia na okładkę. W szyciu bywa tak, że jest sprytne rozwiązanie na skąplikowany efekt ;-) I tym razem tak właśnie jest. Skorzystałam z kursu na blogu Czary z materiału. Jestem pełna podziwu dla determinacji z jaką Ela dzieli się swoją wiedzą i umiejętnościami na blogu. Wiem ile dodatkowo czasu trzeba wtedy poświęcić na uszycie (zrobienie) jakiejś rzeczy. Przygotowłam kiedyś proste DIY. I choć myślałam jeszcze o jednym to brakuje mi determinacji i czasu na skończenie. Później trzeba przygotować jeszcze wpis. Uszycie tej okładki jest dość proste i szybkie. Postanowiłam więc uszyć jedną dla nas, na zeszyt ze słownymi "kwiatkami" naszych dzieci :-) Taka najprostsza z jednej z moich ulubinych tkanin IKEA. Notatnik jest zamykany na gumkę i ma sznurkową zakładkę.




Z notatnika. Przy stole:
-Jestem księżniczką! (eM, lat 4,5)
-A ja królem! (Jot, lat 3)
-A ja królową! (eM)
-A ja księdzem! (Jot)

P.S. Nie miewam komentarzy pod moimi wpisami, ale ostatnio pojawił się jeden miły i masz ci los, nie widać go! Wiem, że był bo dostałam wiadomość na maila. Może ktoś wie co z tym zrobić? Sprawdziłam ustawienia i wygląda na to, że jest O.K. Czytałam czasem na blogach, że blogger płata figle. Mnie wystarczy, że wiem, że ten miły komentarz był i ja go przeczytałam. Nie chciałabym jednak, żeby moi czytelnicy myśleli, że to ja mu nie pozwoliłam wyjść ;-) W każdym razie: Dziękuję Elu :-) Jest mi bardzo miło, że do mnie zajrzałaś. Ja u Ciebie bywam często, jak sama widzisz powyżej :-)


Karolina

czwartek, 13 września 2012

Skrzynie z pamiątkami



To był najważniejszy powód uruchomienia wakacyjnej pracowni. Już od dawna chciałam przygotować takie pamiątkowe skrzynie dla dzieci.  Od narodzin zbieram drobne pamiątki. Mamy opaskę szpitalną z rączki, czapeczkę, body w paseczki, mikro buciki. Mamy białą szatkę, kartki z gratulacjami, wianek komunijny i pierwszy zapisany w szkole zeszyt... W skrzynkach zrobiłam dedykację z adresem bloga :-)
Dziś decoupage w całej krasie ;-) bez minimalizmu. Już od dawna posiadałam te skrzynie i od dawna miałam na nie materiały i pomysł, i zrealizowałam go w 100%. Przyznaję: jestem zadowolona z efektu.

Jak pisałam, tak się stało, motyw słonecznej Italii powrócił :-) Gdy byłam dzieckiem do głowy nie przychodziły mi zagraniczne wycieczki, a lot samolotem... był jak dziś lot w kosmos... Włochy, to dla mnie osobiście coś znacznie więcej niż przyjaciele, klimat, jedzenie... to bardzo namacalny i fizyczny dowód przekraczania granic, a raczej barier. Włochy zapierają mi dech w piersiach, wzruszają i przypominają o ważnych wydarzeniach.

Skrzynia z pamiątkami №1

Skrzynię ozdobiłam dookoła serwetką z włoskim motywem, natomiast niebo namalowałam farbami akrylowymi. Było to niełatwe zadanie, ale jakże przyjemne :-) W środku przykleiłam drewniany guziczek pomalowany w kolorze nieba. Właścicielce skrzynki, niekiedy, jest bardzo blisko do południowego temeramentu...







 Skrzynia z pamiątkami № 2

Ten papier idealnie komponuje się z naturalnym drewnem, dlatego tak dużo widocznego drewna zostawiłam. Cała skrzynka idealnie komponuje się natomiast z jej małą właścicielką. Uroczą, niebieskooką blondynką :-)





Niektórzy wiedzą, niektórzy już się doliczyli: mam trójkę dzieci, a ostatnie to chłopiec. Dla Niego też chciałam zrobić skrzynkę, ale zupełnie nie miałam pomysłu. Nie chciałam wykorzystywać dziecięcych motywów, bo skrzynki trafią do dzieci jak będą już dorosłe, tak sobie myślę. I o ile mogę wyobrazić sobie co spodoba się dorosłej dziewczynie, a właściwie kobiecie, to z mężczyzną jest trudniej. Poczekam więc, wymyślę ;-)


P.S. Poprzedni wpis jakoś poszedł, ale tym razem będę się tłumaczyć. Nie zauważyłam, że aparat był zabrudzony i te zanieczyszczenia, które widać na zdjęciach, to nie jest zamysł artystyczny ;-) Nie jestem perfekcjonistką, już nie, dlatego zdecydowałam nie powtarzać całej sesji. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to pracochłonne. Ja przygotowuję moją sesję minimalnym nakładem pracy, a zajęła mi sporo czasu. Już nie mówiąc o tym, że na słońce czekałam dwa dni, a gdy w końcu nastało było bardzo himeryczne i chowało się za chmurami. Fotografia sama w sobie jest przyjemna i podoba mi się coraz bardziej, ale nowym hobby raczej się nie stanie. Już kiedyś pisałam, że zaczynam zauważać różnicę światła na zdjęciach. I wczoraj było takie... nie mam pojęcia jakie, takie zza chmur ;-) Podobało mi się.

niedziela, 25 stycznia 2015

Co można zrobić gdy wyrasta ciasto na pizzę, a czego już się nie da :-).

To było wczoraj....
Godzina 13. Po odrabianiu lekcji, praniu, sprzątaniu łazienki, wykończeniu stroju na urodziny, zrobieniu zdjęć w tym stroju, serii karmień i zmian pieluch przyszedł czas na obiad. Sobota. W sobotę lubię robić pizzę. I dzieci lubią jak robię pizzę (ostatnio najbardziej taką z boczkiem...). Zaczynam zagniatać ciasto, wychodzi słońce. Po raz pierwszy od wielu dni i najwyżej na godzinę, bo przecież powoli zacznie zachodzić. I myślę sobie, gdybym była porządną Matką Polką stałabym teraz w pełnym rynsztunku, z ubraną i zapakowaną całą czwórką, żeby ta mogła zażyć świeżego powietrza w niemrawych promieniach słońca... Nie jestem, ręce mam oklejone drożdżowym ciastem, a słońce pokazuje mi tylko stan moich podłóg... Moja mama zawsze mówi, że najlepiej odkurzać w słońcu, bo dobrze widać kurz. Ma rację, widać też piasek, który wjeżdża do przedpokoju na kołach wózka, a rozjeżdża się po całym mieszkaniu na licznych stopach... To ja w czasie wyrastania ciasta odkurzę, bo wyjść z dziećmi nie zdążę i zrobię ze dwa zdjęcia przebrania w słońcu, bo te poranne totalnie ciemne. Ale zanim zacznę to jeszcze sos do pizzy przygotuję, ser na tartce zetrę i pokroję boczek. Wyciągnęłam odkurzacz, ledwo zaczęłam zbuntował się najmłodszy. Płacz rodzju zmiana pieluchy. Po zmianie pieluchy Małe nie chciało już wrócić do leżaczka, więc jak każda mama kangurzyca włożyłam Małe do nosidełka i kontynuowałam odkurzanie. Małe zadowolone, a jakże, bo odkurzanie uprzyjemniała mu jeszcze biegająca od rana po naszym mieszkaniu czerrrwona truskawka :-) Nie odkurzyłam wszystkich pokoi, gdyż ciasto na pizzę wyrasta tylko pół godziny...








Jestem w trakcie przygotowywania wpisu o naszej truskawce, mam nadzieję, że jutro pokażę Ją w pełnej okazałości :-).

















W rezultacie w trakcie wyrastania ciasta: nie odkurzyłam całego mieszkania, nie wyszlam na spacer w słońcu, zrobiłam sos na pizzę, starłam ser i pokroiłam boczek, zrobiłam trzy zdjęcia, zmieniłam pieluchę. Po wyrośnięciu ciasta: zrobiłam pizzę, wyszliśmy na spacer o zachodzie słońca odprowadzając truskawkę na owocowe przyjęcie urodzinowe, dokończyłam odkurzanie i itd...
Zastanawiałam się kiedy pojawia się myśl: napiszę o tym na blogu? Jakimi dniami/chwilami chcę się z Wami podzielić? To chwile, w których po ludzku nie daję rady. Jestem zmęczona i robię rzeczy, które wydają się niemożliwe do zrobienia (w określonym czasie). Mogłabym być smutna, zła, może nawet czuć się oszukana, a wcale tak nie jest. Jestem szczęśliwa. Nikt mnie nie oszukał, to jest moje życie. Robię te wszystkie rzeczy jedną po drugiej, później trzecią i czwartą... i jest mi z tym dobrze. Jestem na swoim miejscu, w swoim życiu. I nikt do niczego mnie nie zmusza. I KTO MI POWIEDZIAŁ, ŻE JA MUSZĘ WSZYSTKO ZROBIĆ W TYM CZASIE KIEDY WYRASTA CIASTO NA PIZĘ??? No nikt!!! :-)

Kolejny dzień powoli się kończy. Pachnie ciastem czekoladowym (na jutro do szkoły z okazji Dnia Babci i Dziadka). Siedzę przy moim biurku, na którym leżą: skarpetki niemowlęce, aparat fotograficzny, zeszyt z przepisami, kolorowa wstążka, opaska z przebrania i nowa szczoteczka do zębów (na jutro do przedszkola) i książka "Codzienność w Toskanii" (Frances Mayes). TAK, to jest moje życie, zgadzam się :-).


Miłego wieczoru i Dobrej Nocy życzy


środa, 22 stycznia 2014

Zeszyt + Okładka = Notatnik


Kolejna porcja świątecznych prezentów :-) Okładki szyłam według świetnego kursu z bloga Czary mary z materiału.Według niego uszycie takich okładek jest naprawdę nieskomplikowane. Potrzeba jeszcze tylko pomysłu do ozdobienia. Jako notesu używam zeszytów 96 kartkowych w sztywnej oprawie. Dodatkowo doszywam gumkę, żeby ewentualne luźne notki nie ulegały wypadaniu. Przyznam, że ogromną radość sprawiają mi MMSy, na których widać jak dzieci przywiązują się i korzystają z tych rzeczy, które dla nich zrobiłam :-) Tak było tym razem :-)




Już jakiś czas temu zauważyłam, jakie miłe jest szycie w seriach. Zarówno ze względów wizualnych jaki praktycznych. Pomysł nie wykorzystany w jednym egzemplarzu ma ujście w drugim :-) Na zdjęciu powyżej widać też statki, o których pisałam TUTAJ. Podczas Świąt znalazły w końcu przystań (nowego Właściciela :-) Jako, że zgrały się też kolorystycznie z okładkami to wykorzystałam je raz jeszcze do małej stylizacji zdjęcia ;-)




Niebieska kokardka to efekt działania laleczką dziewiarską :-)) Ot, przykładowe wykorzystanie :-)

Pozdrawiam Was serdecznie informując, że znów dopadł mnie syndrom niespokojnych rąk ;-) O tym prawdopodobnie następnym razem :-)


piątek, 27 grudnia 2013

Poświątecznie...

Było przed, w trakcie, dziś jeszcze po :-) Tak się złożyło. Święta minęły. Tradycji stało się zadość: "Kevin sam w domu" obejrzany ;-) Wspomninam o tym wydarzeniu, bo drugi raz tak się ubawiłam na tym filmie. Do łez doprowadziło mnie pierwsze oglądanie. Drugi raz w tym roku, gdy patrzyłam jak śmieją się moje dzieci :-) Szczery śmiech trójki dzieci jest baaaardzo zaraźliwy :-)



Jeszcze na chwilę wracam do świąt. W przedświątecznych migawkach TUTAJ pokazałam ozdoby półeczki w kuchni, właściwie niewielki fragment ponieważ... były nieskończone. Nie zdążyłam. Jednak wczoraj miłym, leniwym, świątecznym popołudniem usiadłam i wydziergałam serduszko i bombkę, bo czemu nie? :-) Sprawa ważna, bo winna jestem jeden link. 


Otóż śpieszę się donieść, że robiąc szydełkową bombkę korzystałam z bardzo prostego przepisu na kulkę z bloga by piegowata, który możecie znaleźć TUTAJ. Jestem przekonana, że jeszcze nie raz z niego skorzystam. Kulki są cudowne :-) Zbliżenie na szarą, bo była druga i wyszła lepiej niż czerwona ;-)


Natomiast serduszko to efekt nowej dla mnie techniki "dziubania", czyli laleczki dziewiarskiej. Fantastyczna sprawa i chyba łatwiejsza niż szydełko. Laleczka dziewiarska pozwala uzyskiwać takie "sznurki", ale są one trówymiarowe, a w środku mają tunelik. Możliwości zastosowania bardzo dużo. Jestem w trakcie pewnego projektu, zobaczymy co z tego wyjdzie. Również ten zielony sznurek, który jest częścią wystawki przygotowałam na laleczce dziewiarskiej. I znów oszczędzę szczegółów, gdyż w sieci znajdziecie wszystko co potrzeba do zgłębienia tej sztuki. Są blogi, na których ludzie tworzą cuda, są filmiki na You Tube, z których sama korzystałam. Ważne hasła dla wyszukiwania to laleczka dziewiarska lub spool knitting (ang.).Sznureczek nie nadał sobie sam kształtu serduszka, oczywiście. Używając metalowego wieszaka (takiego, na którym dostaje się rzeczy z pralni), nożyc do cięcia drutu i kombinerek przygotowałam metalowy stelaż serduszka. Następnie delkatnie wciągnęłam na niego sznureczek, który jak wspominałam ma w środku tunelik. Taśmą zabezpieczyłam zakończenia drutu, a następnie igłą zszyłam końcówki sznureczka, tak żeby zakryć łączenie. Myślę, że to dość proste, ale jeśli będę robiła kiedyś jeszcze takie ozdoby to postaram się o małe DIY, tym razem ozdoby powstawały w pośpiechu.




Wczoraj mojemu synkowi (po zjedzeniu kilogramów czekoladek i sopelków choinkowych) zamarzyły się "mięciutkie bułeczki" :-) A ja z przyjemnością po drugim śniadaniu zagniotłam ciasto i wieczorem, na zakończenie świąt, w blasku choinkowych lampek jedliśmy ciepłe, mleczne rogaliki z masłem.... tak poprostu.  To była duża przyjemność i po raz kolejny można było się przekonać, że najlepszym jedzeniem jest to najprostsze. To rogaliki, czy bułeczki (zależy jaką formę im nadam), które moja rodzina uwielbia i dość często je piekę. Potrzebują czasu na wyrastanie, ale dzięki temu są bardzo delikatne i mięciutkie.  Jeśli więc macie ochotę na coś zwykłego, delikatnego i pysznego zapodaję przepis na Mleczne Rogaliki.


Mleczne Rogaliki.
(8 sztuk dużych rogali lub 16 sztuk małych rogalików)



 Jak już wiele razy miało to miejsce korzystałam z jakiegoś przepisu z internetu (kilka lat temu i zupełnie nie wiem z jakiego) Jednak po setkach upieczonych bułeczek, patrząc na mój zeszyt zaszło w przepisie kilka zmian, więc nie jest to tamten przepis.

Składniki:

  • 500 g pszennej mąki
  • 280 g mleka
  • 1 łyżeczka soli
  • 40 g cukru
  • 25 g masła
  • 15 g świeżych drożdży
Przygotowanie:

Do miski wsypuję mąkę, a następnie drożdże i rocieram je palcami razem z mąką. Dalej dokładam kolejne składniki i zagniatam ciasto. Odstawiam je w misce do wyrastania na około godzinę (powinno podwoić swoją objętość). Po tym czasie ciasto trochę przegniatam ;-) Przygotowuję 16 małych rogalików, dlatego dzielę na tym etapie ciasto na 2 kule i pozostawiam na 20 min. Jeśli przygotowujemy 8 dużych formujemy jedną kulę ciasta. Po tym czasie przygotowuję rogaliki. Każdą kulę rozwałkowuję i dzielę na 8 trókątnych części (jak pizzę, z resztą robię to nożykiem do pizzy) i zwijam w rulonik, a następnie zawijam końce, jak to rogaliki ;-) Jeśli nigdy nie przygotowywaliście rogali to z pewnością w sieci znajdziecie instrukcję obrazkową. Ja nie posiadam takich fotek. I znów rogaliki sobie rosną, około 45 minut. Dzięki temu potrójnemu wyrastaniu rogaliki są bardzo delikatne i puszyste, ale mają dość zwartą strukturę (nie mają dużych dziur). Rogaliki piekę w temperaturze 190 ℃ około 20 minut. Polecam.



Święta minęły. Dziś byliśmy na spacerze, rowerem i hulajnogą (bo przecież nie sankami ;-) Na obiad najzwyklejsza, najprostsza i najsmaczniejsza po świętowaniu zupa: krupnik z kaszą :-) A kolejne wpisy będą dotyczyły świątecznych prezentów. Pozdrawiam serdecznie.