poniedziałek, 12 listopada 2012

W sobotę był Chrzest.

Nie mogliśmy uczestniczyć w nim osobiście, ale duchem, a nawet trochę fizycznie byliśmy. Zostałam poproszona o uszycie Białej Szatki, co z radością uczyniłam. Już wspominałam kiedyś: zaczęłam szyć Szatki gdy niepowodzeniem zakończyły się poszukiwania takiej, którą rzeczywiście można dziecku przyoblec. Tak, wiem, to tylko symbol, ale symbol, który ma znaczenie i wolę jeśli jest przedstawiony w pełnym wymiarze. Jakby nie patrzeć, przykryć to nie to samo co założyć. Próbowałam różnych modeli, ale ten sprawdzał się najlepiej. Przyoblekanie nie sprawia żadnego problemu i nie wydłuża nabożeństwa. 





Z okazji tej pięknej uroczystości przygotowałam także kartkę z życzeniami. Dzieci mają ogromną przyjemność z pisania i rysowania życzeń więc zawsze biorą w nich czynny udział. Każde dostało swoją kartkę, a później życzenia zmontowaliśmy w całość. Okazało się, już nie pierwszy raz, że moje dziecko jest mądrzejsze niż myślę. Córka napisała tak piękne życzenia, że ja jedynie dołożyłam kartkę z podpisami całej rodziny. Ona także jest autorką tej pięknej i szczegółowej ilustracji Chrztu. Jest na niej nawet Biała Szata i Świeca (trzymane przez Rodziców Chrzestnych).






Inspirację do tej kartki zaczerpnęłam z witrażu znajdującego się w Bazylice Św. Piotra na Watykanie. Oczywiście dość luźna interpretacja, ale jaka kolorowa :-) Muszę udoskonalić ten wzór, jeśli jeszcze kiedyś go wykorzystam.


Dobrego tygodnia życzę :-)

wtorek, 6 listopada 2012

Patchwork tematyczny.



Uszyłam niedawno kołderkę dla nowonarodzonego chłopca. Myślę, że już do Niego dotarła i mogę ją tutaj pokazać, staram się żeby nie było odwrotnie. Miałam uszyć patchwork dla chłopca, a ja dodałam jeszcze poszewkę na poduszkę do łóżeczka i worek na pościel. Kołderka o wymiarach 100cm × 120cm to także taki łóżeczkowy standard. Bardzo lubię ten rozmiar. Taki patchwork bardzo wygodnie szyje się i jest też bardzo praktyczny w użyciu, wiem z doświadczenia. Spotkała mnie przy okazji tego zestawu przemiła, wzruszająca sytuacja. Gdy dopieszczałam, prasując, świeżo wypraną kołderkę dostałam smsa, że mały chłopiec cały i zdrowy przyszedł na świat :-) Teraz mała sesja całości. Pokusiłam się nawet o mały aranż. Nie jestem w tym najlepsza, ale to niezła frajda ;-)





Do zestawu powstała poszewka na poduszkę, o wymiarach standardowo - łóżeczkowych 40cm × 60cm.



I jeszcze coś, przez co nieco spóźniłam się z realizacją zamówienia ;-) Wymyśliłam i już nie mogłam się powstrzymać: worek na pościel łóżeczkową. Według mnie przydatna rzecz, bo niejednokrotnie zabieraliśmy pościel dziecka w podróże i fajnie byłoby mieć taki worek :-) Poza tym, zawsze można w nim upchnąć zabawki :-) Teraz będzie historyjka ;-) Pamiętam taką lekcję mamtematyki w liceum, kiedy próbowaliśmy przyswoić jakieś skąplikowane wzory na łuki (serio - tak zapamiętałam). Jeden kolega, mocno zirytowany zapytał w końcu, po co uczymy się tego? I do czego takie wyliczenia są w ogóle potrzebne! Pani na to, że w architekturze i nic więcej nie powiedziała. Wtedy uważałam, że kolega wygrał :-))) I przy tym worku okazało się, że matematyka przydaje mi się nie tylko na zakupach. Musiałam wygrzebać w odmętach pamięci (po czym upewniłam się w odmętach internetu ;-) wzór na obwód koła, celem wyliczenia długości materiału na worek w ksztalcie walca. Nie wierzyłam, dopóki nie okazało się, że zgadzało się co do centymetra, no mają rację :-) Wygrali :-)




Jeśli nie dopatrzyliście się szczegółów kołderki i aplikacji zapodaje kolejne zdjecia, bez zbędnych póz ;-)  Rodzice chłopca dla którego szyłam ten patchwork poznali się na snowboardzie i w ten sposób postanowiłam wpleść ich hisorię w prezent dla nowonarodzonego :-) 



P.S Króliczek na pierwszym zdjęciu, jest mojej igły. Można takie obejrzeć w moim pierwszym wpisie.Te są już nieźle sfatygowane przez moje dzieci. I jest to dla mnie radość! Wiem, że ktoś je lubi i często bawi się nimi :-) Moje małe ktosie bardzo je lubią. Niedawno widziałam też jeden z rożków, który uszyłam dla małego chłopca i też był często używany :-) To dla mnie największy komplement...

piątek, 2 listopada 2012

Organizer (przybornik) na ścianę.

Niedawno była torba - chlebak dla Jasia, dziś coś dla Heleny :-) Dla Marii się szyje, proszę Państwa. Takie zamówienia specjalne od moich dzieci, z ostatniego czasu.


Helena (najstarsze dziecię, lat 7) zamieniła piętro łóżka na parter. Odkryła przy tym, że nie ma obok góry szafy, na której do tej pory trzymała swoje skarby i najpotrzebniejsze rzeczy. Młodsza siostra absolutnie nie zgadzala się już na odwrót. No i co zrobić? Uszyć organizer, na skarby i najpotrzebniejsze rzeczy, zawiesić pod łóżkiem, do tego zakupić lampkę ledową z IKEA i powstanie kącik, którego Helena już nie zechce opuścić. Koniec historyjki o Helenie.
Teraz o samym organizerze. Pracy przy nim było sporo. Dużo drobiazgów i przeszyć, jeszcze więcej prasowania, ale warto było. Bardzo pomocny był dla mnie TEN KURS z bloga Niebieski Igielnik. Szybko złapałam jak robić takie otwarte kieszenie i nie musiałam już działać metodą prób i błędów. Pozostałe kieszenie i pomysły przychodziły stopniowo. Ostatecznie powstał organizer ścienny o rozmiarach 50cm × 60cm. Usztywniłam go i tu uwaga: wykładziną podłogową z filcu :-) Pomysł poddała mi Noc Majowa ofiarowując kawałek który użyłam w tym organizerze. Uważam, że to świetne rozwiązanie. Po pierwsze jest odpowiednio sztywna, ale nie jest bardzo gruba i dobrze szyła się na maszynie z kilkoma warstwami materiału. Po drugie, jest dużo tańsza niż popularny filc używany do takich usztywnień. Do tej pory miałam problem czym usztywniać torby. To dlatego uszyłam sobie tylko jedną, typu worek, bez usztywnienia. Teraz mam pomysły na kolejne, bo zakupiłam całe 4m takiej wykładziny. Nazywa się remontowa, jest dość cienka, bez podgumowania itp. Prawdopodobnie ma służyć do ochrony podłogi podczas remontu. Cena to ok. 7 zł za metr kwadratowy. Kupiłam kawałek o szerokości 60cm i długości 4m (taka jest fabryczna szerokość wykladziny i nikt mi nie wytnie 2m ;-). Piszę o szczegółach, bo może komuś pomysł się przyda :-)


Jak widać zawieszek, przegródek i karabińczyków bez liku. Wszystkie bardzo przydatne jak się okazało w praktyce :-) Zawiązywany na cztery bawełniane taśmy wisi już pod łóżkiem piętrowy wypchany do granic możliwości i daje radę ;-) Taśmy bawełnianej użyłam też do ozdabiania, wykańczania kieszeni i innych detali. Wszystko stworzyło ładną całość. Już dużo łatwiej przychodzi mi układanie i dobieranie materiałów i dodatków, już mnie tak nie męczy. Całość starałam się utrzymać w stylu marynarskim. Organizer wisi w pokoju, w którym znajdują się prezentowane już na blogu chustecznik i skrzynki w podobnej kolorystyce. Guziczek z kotwicą powstał techniką decupage w mojej wakacyjnej pracowni. Jeśli chodzi o karabińczyki na dolnej krawędzi organizera jest plan. Chcę jeszcze uszyć dwa piórniki / kosmetyczki, które w razie potrzeby mogą być odpięte i zabrane z zawartością :-)




Tak prezentuje się tył organizera, którego nie widać bo przylega do ściany. Dlatego właśnie tu powstała tajemnicza kieszeń na listy i mapy... Kokardki to niewykorzystane w tym momencie wiązania / mocowania. 


poniedziałek, 29 października 2012

Weka i mrożonki czyli my się zimy nie boimy.

Pogoda w sobotę była szalona. Padał śnieg, w domu rodziców pachniało pysznościami, bo szykowaliśmy urodzinowe przyjęcie Taty. Czułam jakby nadeszły święta, ale brak pierników przywoływał odpowiednie osadzenie w czasie ;-)


Przygotowując domowe przetwory zachwycam się kolorami. To nieprawdobodobnie piękne barwy, które działają dodatkowo na węch i smak. Inny kolor surowy, inny gotowany a jeszcze inny zatopiony w cukrze, ten po kilku godzinach smażenia ma piękny połysk. To prawie niemożliwe, ale jednak: są ludzie, którzy zamieniliby spożywanie pokarmów na "weź pigułkę" celem uzupełnienia energii... Nie mam kanonu przetworów zimowych. Zazwyczaj robię te, na które owoce lub warzywa dostaję w dużej ilości z powodu nadprodukcji czyjegoś ogrodu :-). W tym roku zakupiłam paprykę i trochę pomidorów. Ponieważ moje uwielbienie do pieczonej papryki zdecydowanie wzrosło tej jesieni postanowiłam zainwestować nieco więcej w ten kolor. Ku mojej niezmiernej radości, dostaję też domowe słoiczki od rodziny, znajomych i przyjaciół. To fantastyczne, takie wymienianki i smak innej kuchni na moim talerzu. Radość dla mnie wielka i wielkie DZIĘKUJĘ dla moich przetworodawców :-)


Konfitura wiśniowa


O konfiturze wiśniowej pisałam już TUTAJ. Podam raz jeszcze, że staropolskim zwyczajem stosuję proporcję "ile owoców tyle cukru".  Tak mniej więcej, bo na 8kg owoców używałam około 7kg cukru. Konfitura jest bardzo słodka, ale przełamana naturalną kwaśnością wiśni. Dzięki dużej ilości cukru konfitura gęstnieje, ale owoce nie rozgotowują się w niej. Poza tym nie gotuję konfitur godzinami bez przerwy. Owoce potrzebują czasu aby naturalnie "nasycić" się cukrem i nie rozgotować w soku. Sprawiają wtedy wrażenie kandyzowanych. 
Jak to robię? Podam na przykładzie kilograma owoców.

Składniki: 1kg wiśni, 1kg cukru

Wydrylowane wiśnie zasypuję częścią cukru (około 0,5kg) i pozostawiam na 2 godz. aby puściły sok. Następnie zagotowuję je i na małym ogniu gotuję około 20 minut po czym wyłączam, wsypuję resztę cukru i mieszam. Dopiero gdy całość wystygnie ponownie doprowadzam do wrzenia i od razu wyłączam. I tak postępuję (zagotowuję całość na wolnym ogniu i zaraz zdejmuję z ognia) do czasu otrzymania zadawalającej gęstości. W moim przypadku trwa to kilka dni, ponieważ w ciągu jednego dnia można 2 najwyżej 3 razy zagotować duży garnek konfitury (dość długo stygnie). Wszystko zależy oczywiście od tego ile owoców mamy. Konfiturę należy gotować i studzić bez przykrycia, aby woda mogła powoli odparować. Zazwyczaj część konfitury rozlewam do słoików wcześniej, w postaci lekko lejącej. Taką lubię na tosty, do herbaty lub lodów. Część gotuję dłużej z przeznaczeniem do pączków, dla mojej mamy oraz jako warstwę tortową :-) Gdy konfitura ma zadawalającą gęstość wlewam ją gorącą do umytych i wyparzonych słoików. Przez cały czas rozlewania garnek z konfiturą trzymam na malutkim ogniu, żeby miała wysoką temperaturę. Słoiki zamykam i odwracam do góry dnem. W przypadku konitury nie pasteryzuję weków dodatkowo. Nie zdarzyło mi się jeszcze zastać popsutej zawartości.

Konfitura jabłkowa z cynamonem



Składniki: 3kg jabłek (obranych i bez gniazdek nasiennych), 1kg cukru, 1 opakowanie cynamonu (15-20g) 

Jabłka pokrojone w dość dużą kostkę (ok. 2cm × 2cm) zasypuję połową cukru i zagotowuję całość. Pozostawiam na małym ogniu 10 minut i wyłączam. Dodaję resztę cukru. Po wystudzeniu zagotowuję ponownie i od razu wyłączam, dodaję cynamon. Podobnie jak w przypadku konfitury wiśniowej postępuję tak do uzyskania zadowalającej konsystencji - doprowadzam do zagotowania i od razu wyłączam. W przypadku jabłek trwa to znacznie krócej. W tym roku zagotowałam je tylko dwa razy, a za trzecim rozlewałam do słoików. Gotującą konfiturę wlewam do słoików, zamykam i odwracam do góry dnem.




Bardzo lubię ten mój sposób przetwarzania jabłek. Jabłka w dużych kawałkach, nie rozgotowane i nie miksowane na mus. Wykorzystuję je później do szarlotki lub szybszej wersji: crumble (na zdjęciu). Szarlotka czy crumble na świeżych (surowych) jabłkach zapieka się dość długo (jak dla mnie 60 - 90 min.), a przygotowanie samych jabłek to także dość czasochłonne zajęcie. Podwieczorek na przetworzonych jabłkach przygotowuje się znacznie krócej. Moje crumble w przeciągu godziny wjechało na stół w towarzystwie lodów. Crumble czyli zwyczajne owoce z kruszonką. Przygotowałam także kilka słoików jabłek bez cynamonu, na klasyczny jabłecznik. To między innymi, według mnie, różni szarlotkę  od jabłecznika. Do jabłecznika nie dodaję lub dodaję niewielką ilość cynamonu. Jabłka bez cynamonu świetnie nadają się także do rekonwalescencji po grypie jelitowej, gdy na drugi dzień ryż z w/w jabłkami zdaje się  być ucztą dla króla...


Pigwowiec*


*To, co potocznie nazywamy w Polsce pigwą, w świetle botaniki nią nie jest. Nasze rodzime krzaczki to Pigwowiec. Właściwa Pigwa w Polsce nie rośnie. Wszędzie jednak gdzie trafimy na takie wyjaśnienie dodaje się również, że nasz rodzimy pigwowiec jest znacznie bardziej aromatyczny, czyli smaczniejszy :-) 


To owoc, który w stanie surowym nie nadaje się do jedzenia.
Szukałam w internecie przepisów i pomysłów na pigwowca dość długo. Miałam trochę czasu bo pojawiła się w moim domu zaplanowana. Zazwyczaj dostaję worek owoców, warzyw, tudzież 20kg dynię i muszę szybko działać. Jeszcze nigdy nie przetwarzałam pigwowca. Zupełnie nie wiedziałam czego szukam: konfitury, soku, nalewki raczej nie. Nie podaję źródła przepisu,ponieważ to wypadkowa tego, co przeczytałam, przemyślałam, na to nałożyłam swoje upodobania i wyszła mi "Konfitura z Pigwowca KarolinyPe". Niestety większość przepisów na pigwowca podaje "zmiksować na papkę" oj nie lubię, nie lubię...  W konfiturze ważne są kawałki owoców, które jakby kandyzowane w cukrze delikatnie chrupią, nie są jednolitą papką. Takie owoce można wrzucić do zimowej herbaty. W tym roku przygotowałam pigwowca w czystej postaci, chciałam go sprawdzić, posmakować, popełnić błędy, wyrobić sobie zdanie, przygotować notatki. Za rok spróbuję połączyć go z jabłkami. Przygotowanie owoców do konfitury zajmuje sporo czasu. Kilogram owocu gotowego do przetworzenia uzyskałam po 2 godzinach pracy! Gotowy do przetworzenia czyli bez gniazdek nasiennych. Ze skórki nie obierałam i nie bardzo mogę sobie to wyobrazić. Owoce są dość małe i niewiele zostałoby z nich. Poza tym myślę, że zabrakłoby mi cierpliwości i to byłyby ostatnie słoiczki pigwy jakie wyszły spod mojej łyżki ;-) Zanim przejdę do przepisu napiszę jeszcze tylko, że Konfitura wyszła świetna. Idealna do herbaty: aromatyczna, kwaskowa, odrobinę gorzka, LUBIĘ TO :-)

Składniki: 1kg pigwy (bez gniazdek nasiennych), 1kg cukru, 1 litr wody

Umytą pigwę pokroiłam na cząstki i oczyściłam z gniazd nasiennych. Zalałam zimną wodą i gotowałam na malutkim ogniu aż owoce zmiękły (około 15 - 20 minut). Łyżką cedzakową delikatnie wyjęłam owoce z wywaru i odłożyłam na miseczkę. Wywar zważyłam i dodałam tyle curu ile ważył otrzymany wywar. W składnikach podałam orientacyjnie, że użyłam 1 litr wody i  1 kg cukru. Wywar z cukrem zagotowałam do całkowitego rozpuszczenia cukru. Zestawiłam garnek z ognia i przełożyłam ugotowane wcześniej owoce pigwy do wywaru. Całość pozostawiłam pod przykryciem na 24 godziny. Po tym czasie postępuję podobnie jak z konfiturami opisanymi wyżej. Zagotowuję i wyłączam ogień. Pozostawiam do wystudzenia i postępuję tak do otrzymania odpowiadającej mi konsystencji. Nie trwało to długo. Moim zamysłem było otrzymać konfiturę do herbaty, zamiast cytryny. Dlatego moja konfitura z pigwy jest lejąca i z tosta z pewnością spłynęłaby. Gotową wrzącą konfiturę wlewam do umytych i wyparzonych sloików, odracam do góry dnem i pozostawiam do wystudzenia. 
Mam co chciałam: śliczną, błyszczącą, smaczną konfiturę. Obyło się bez miażdżenia czy wyrzucania owocu po otrzymaniu soku. To smak, który raczej podkręca smak innego owocu czy herbaty, choć taka czysta konfitura smakuje bardzo dobrze. Jeszcze coś o czym warto wspomnieć. Wyczytałam już po fakcie, w moim przypadku, że owoce pigwowca należy obrywać po pierwszym mrozie inaczej będą gorzkie i nie nadadzą się do przetworów. Postanowiłam zaryzykować, bo owoce już miałam w domu. Konfitura ma lekko gorzki posmak, ale absolutnie nadaje się do jedzenia i jest smaczna. Ja lubię takie gorzkie zakręty smakowe, ale to nie tylko moje zdanie. Herbatą z konfiturą częstowałam już kilka osób i wszyscy chętni na przepis :-) I dla nich ten wpis powstał :-)

Mrożona pieczona papryka


Na przygotowanie papryki pieczonej potrzeba trochę czasu i trochę więcej cierpliwości ;-) Jednak po pigwowcu taka papryka to pikuś ;-)




Pierwszy etap to pieczenie: Umytą świeżą paprykę zawijam w spożywczą folię aluminiową ("PAZŁOTKO" - znacie to określenie na folię? Nierawdopodobne! Kto to wymyślił? :-) Pozdrawiam wszystkich użytkowników!!!) Każdą sztukę pakuję oddzielnie. Układam na blaszce do pieczenia i piekę w temp. 180 ℃ przez 60 min. Po tym czasie wyjmuję blaszkę z piekarnika i pozostawiam do przestygnięcia. Teraz następuje etap, do którego potrzebna jest w/w cierpliwość. Każdą paprykę kroję na 4 części, oczyszczam z gniazdek nasiennych i obieram z cieniutkiej skórki. Ważne, aby papryka była jeszcze ciepła. Gdy wystygnie całkowicie skórka trudniej schodzi. Jest przy tym trochę pracy, ale ta paprykowa skórka jest czymś czego bardzo nie lubię w przetworzonej papryce dlatego chętnie to robię. Tak przygotowaną paprykę układam jedną warstwą w woreczku strunowym i zamrażam. Na temat układania i mrożenia w woreczkach napisałam kilka zdań na końcu wpisu.

Jak pisałam we wstępie moja miłość do pieczonej papryki rośnie wprost proporcjonalnie do ilości zjedzonej ;-) Do czego jej używam? Odkryłam kolejne połączenie idealne: pieczona papryka i salami. Zarówno na prezentowanej domowej pizzy czy zwykłych kanapkach. Poza tym pieczona papryka jest doskonała jako dodatek do sosów czy zupy dyniowej (będzie o niej już wkrótce, jestem w trakcie przygotowań). Pieczona papryka jako przystawka obiadowa? Wystarczy kilka kropli oliwy i odrobinę soli ziołowej. Według mnie jest także konieczna w paście z bakłażana. I fantastyczna w wigilijnych śledziach z sosem pomidorowo-paprykowym. Polecam :-)

 Przecier i Sos pomidorowy 


Można by rzec: rzutem na metę zdążyłam jeszcze z przetworami pomidorowymi. Prawdopodobnie były to jedne z ostatnich smacznych sztuk w tym roku... Jak dla mnie już jest po pomidorach. To już nie ten smak.




Z części pomidorów przygotowałam standardowy przecier: Pomidory sparzyłam gorącą wodą i obrałam ze skóry, gotowałam ok. 30 minut, zmiksowałam i zamknęłam w słoikach. Przecier pomidorowy dodatkowo pasteryzuję.

Z częścią pomidorów posunęłam się o krok dalej i przygotowałam sos pomidorowy. Sos pomidorowy już od dawna gotuję w/g TEGO przepisu z bloga White Plate. Tak więc powtarzam za Liską.

Sos pomidorowy

Składniki:
230g pomidorów z puszki (lub przecieru pomidorowego, przyp.KaPe)
1 łyżka oliwy
1 ząbek czosnku, drobno pokrojony
1/2 łyżeczki suszonego oregano
1/2 łyżeczki suszonej bazylii
1/4 łyżeczki cukru (jeśli pomidory są słodkie pomijam, przyp.KaPe)
1/2 łyżeczki soli
odrobina pieprzu

Wszystkie składniki umieścić w garnuszku. Doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień i gotować przez 10 min.

Takiego sosu używam zarówno do pizzy jak i makaronu. W zależności od potrzeby przygotowuję sos o różnej gęstości. Zazwyczaj robię znacznie zwielokrotnioną porcję. Na blogu White Plate i w internecie w ogóle, jest dużo różnych odmian sosu pomidorowego. Większość osób gotuje go na oko. Ja też tak zawsze robiłam. Przekonuję się jednak, że przepisy i waga bardzo pomagają w szybkim przygotowaniu posiłków. Kiedyś myślałam zupełnie odwrotnie... Uważałam, że spontanicznie znaczy szybko. Dziś myślę, że na gotowanie spontaniczne i tworzenie potrzeba jest więcej czasu: dosalanie, doprawianie, dokładanie i ciągle brzęczące "czegoś tu jeszcze brakuje.." trochę trwa, choć wydaje się, że minął zaledwie kwadrans ;-) Teraz chętnie spisuję, także swoje własne spontaniczne, receptury i korzystam z nich dzięki czemu zyskuję sporo czasu w skali miesiąca ;-) Wracając do sosu pomidorowego to jeden ze sposobów na szybki obiad. A teraz jeszcze szybszy, bo mam kilka woreczków gotowego już sosu. Sos zamrażam, w porcjacch różnej wielkości, na płasko w woreczkach strunowych podobnie jak paprykę.  


Mrożona zielenina.

Wydaje mi się, że to nie nowina ;-) Jednak spotykam jeszcze osoby zaskoczone mrożeniem koperku, natki pietruszki i selera.

Po zbiorze lub zakupie zieleniny myję ją i osuszam. Następnie kroję i zamrażam w woreczkach. Bardzo łatwo wyjmuje się łyżeczką potrzebną ilość. W potrawie momentalnie ulegają rozmrożeniu. 

Zieleninę mrożę stopniowo, jak tylko pojawia się ta zwyczajna, z gruntu. Gdy kupuję pęczek to właściwie rzadko wykorzystuję całość. Wtedy tę niewykorzystaną część wrzucam do woreczka i do zamrażalki. Pod koniec sezonu kupuję ile potrzeba i dorzucam do pełna. Mrożona zielenina wygląda i smakuje jak świeżo zerwana. Suszonej, od jakiegoś już czasu, mówię nie.



Mrożenie.

Tak prezentuje się szuflada mojej zamrażarki po zapełnieniu jej mrożonkami. Najpierw woreczki leżą na płasko, żeby równo zamroziły się przetwory. Później układam je w ten sposób. Bardzo łatwo znaleźć potrzebną mrożonkę i miejsce w szufladzie jest bardzo dobrze wykorzystane. Do mrożenia, już od kilku sezonów, używam woreczków strunowych z IKEA. Bardzo je lubię, są mocne i szczelne. Dzięki zamrażaniu przetworów "na płasko" można je szybko rozmrozić. Jeśli mamy mało czasu wystarczy polać taką "taflę" ciepłą wodą i całość wyskakuje z woreczka. W przypadku papryki mrożę tylko jedną warstwę w woreczku. Dzięki temu porcję mogę podzielić przełamując ją bez problemu. Dodatkową zaletą mrożenia jest ta, że możemy mrozić porcje różnej wielkości np. sos na 2-3 pizze albo do spagetti dla całej rodziny. Woreczki z mrożonkami podpisuję wodoodpornymi pisakami. Opisuję: zawartość, datę mrożenia, oraz wielkość porcji (wagę lub ilość szklanek).


P.S.I.Moje przetwory maleją w zastraszającym tempie!!! 

P.S.II. Do przetworów powrócę. Jeszcze przetwarzam. Panienka Hokaido oczekuje na wielką odsłonę ;-)