sobota, 17 maja 2014

Kartki z okazji Pierwszej Komunii Świętej.


Dziś kartki, które z okazji Pierwszej Komunii Świętej rozdaliśmy w maju. Wewnątrz kartki, jak zwykle, kieszonki na życzenia, obrazki, historyjki, co kto chce. Wykorzystałam tasiemkę własnej produkcji, stemplowaną różami.




Dwie kolejne powstały w tym samym czasie i tworzą małą kolekcję. Malowane zboże (wygląda trochę jak trawa...) to też moje dzieło. Farba w rzeczywistości jest złota i zdecydowanie mniej pomarańczowa. Na zdjęciach tak wychodzi. 





W środku były dwie kartki. Jedna, w formie etykietki, i dotyczyła prezentów. Były nimi bluzeczki z poprzedniego wpisu. Tłumaczyłam na niej brak etykietek, ceny i rozmiaru, czyli poprostu przyznałam się do popełnienia w/w. Muszę przyznać, że trochę się denerwowałam, to były pierwsze ubranka, które uszyłam i wyszły poza rodzinę. Na drugiej karteczce właściwe życzenia napisała moja córka, bo były to kartki dla Jej koleżanek.


 I zapakowane te kartki :-) Ot zwyczajnie, biało - biało.... jak to w maju....


Chyba czas na wpis o tych moich tasiemkach, które ostatnio pojawiają się na blogu. Będą, jak tylko zbiorę myśli i zdjęcia :-) Syndrom niespokojnych rąk prześciga moje wpisy na blogu ;-)


wtorek, 13 maja 2014

Sesja :-)

Bluzeczki - tuniki. Lekkie, delikatne i zwiewne. Może to pod wpływem maja.  Może samego święta. Ten moment sakramentu, chyba każdego... chwila, uniesienie, czasem widziany jakby przez łzy, niewyraźnie. Prawie nieuchwytny, niezauważalny... moment. A później? Daje moc i odwagę. Siłę i wiarę w to, że można inaczej, że trzeba inaczej, bo już nic nie jest takie jak było.... Dziś pod wpływem Pierwszej Komunii, ale te myśli krążą mocno po głowie, bo byliśmy ostatnio na Chrztach, Ślubie i Komuniach. 


Dzień był bardzo dziwny, właściwie to pogoda była dziwna. Jak to ostatnio: świeciło słońce, za chwilę lało... To widać na zdjęciach. Cały czas ambitnie jadę na ustawieniach manualnych aparatu i czasem nie zdążyłam za światłem. Niektóre zdjęcia prześwietlone, inne trochę ciemne i wszystkie zbudowały wyjątkową, jak dla mnie, całość. Jestem na etapie wybierania zdjęć na ściany do naszego mieszkania i myślę, że wiele z tych dzisiejszych zawiśnie w pokoju dziewczyn. Nasza sesja trwała ponad 2 godziny. Zupełnie tego nie planowałam. Zależało mi na kilku zdjęciach bluzeczek, bo powędrowały już do nowych właścicielek :-) A tymczasem zrobiłam fajną sesję całej mojej trójki. Kolejne odcinki jeszcze będą, bo miałam kilka nie sfotografowanych strojów, a dzieci tak dobrze się bawiły, że ubrania dosłownie latały po pokoju ;-) Zdjęć dużo, chyba jeszcze nie było tylu w jednym wpisie, ale nie mogłam się zdecydować. Niektóre przepozowane (dziewczyny są genialne!), a niektóre... dla mnie wzruszające, takie nieuchwytne momenty...  

ZAPRASZAM









  
Całemu zdarzeniu przyglądał się Chłopiec... Najpierw z ewidentną ignorancją i tzw. pukaniem się w czoło. Po czym nieśmiało zasiadł na stołku. Za krótką chwilę, gdy zabawa zdawała się rozkręcać, przybiegł w innym stroju...


... by w końcu, po namowie sióstr założyć przebranie!!!! Proszę Państwa: mam zdjęcia! Czuję się jak paparazzi ze zdjęciami za parę tysięcy ;-) Zdjęcia przebrania Chłopca na bal karnawałowy :-)


....ale o tym to będzie w innym odcinku, bo dziś już zawaliła Was zdjęciami


P.S. Żeby nie było: tuniki uszyte i wymalowane przeze mnie :-)

czwartek, 8 maja 2014

Podkładki na stół i kolekcja obrusów.


Podkładki. Właściwie to miałam ich nie pokazywać... Nawet nie chodzi o to, że nic w nich nadzwyczajnego. Moje szycie jest zazwyczaj bardzo zwyczajne. Chodzi o to, że kosztowały mnie dużo nerwów, a i tak wyszły nie bardzo... Powiedzmy sobie szczerze: KRZYWO! Najgorsze było to, że myślałam, że uszyję je w jeden dzień tzn. te 2-3 godziny w ciągu dnia, które na szycie mogę poświęcić. Już przy docinaniu białych ramek zorientowałam się, że potrwa to dłużej. Później wymyśliłam sobie drugą stronę podkładki ozdobioną tasiemką (również mojej produkcji). Zaczęłam szyć i prasować na zmianę. Niby skroiłam równo, niby prościzna, a tu ciągle coś docinałam, coś się nadciągało... Minął drugi dzień a podkładek ni widu... Dzień trzeci: dwie godziny regulowałam maszynę... Po raz pierwszy miałam z nią problem. Szew plątał się raz od góry raz od dołu. Po raz pierwszy regulowałam naciąg nici dolnej na bębenku! I na tym zakończyłam "szycie" dnia trzeciego... ale udało się wrócić do ładnego, równego ściegu więc poniekąd byłam usatysfakcjonowana. Swoją drogą to mam zupełnie inne ustawienia naciągu nici, ciekawe co się stało? Nici nie zmieniłam. Już miałam odłożyć te nieszczęśniki w kąt, ale... Szyłam z kolejnego kuponu z tkanin, które dostałam jakiś czas temu i taka zadowolona byłam, że je przydatnie uwalniam (powstał już strój dla Tauriel i sukienka dla mnie). Ten śliczny, głęboki niebieski nie nadawał się na ubrania. Nawet po wypraniu był za sztywny. Na podkładki idealny. No to patrzę tego czwartego dnia i myślę sobie dokończę...  Dokończyłam dnia piątego i wcisnęłam w szufladę ze złością, że straciłam 5 dni tuż przed świętami, (nie całe oczywiście), a i tak nic mi z tego nie wyszło...
 
 

Święta minęły... wyciągam te podkładki i myślę sobie: krzywe, ale fajne są, takie swojskie. Miały być takie na co dzień, dla gości i tak wyciągam obrusy, co mi szkodzi... Wyprasowałam te wszystkie krzywizny i położyłam na stole no i są. Tak to jest z tym szyciem, jak z życiem. Myślałam sobie, że takie proste będzie, odmiana po sukience. Kilka szwów i ładny efekt. A tu kilka dni udręki, a efekt... krzywy... ale czy zły? Najlepsze z tej historyjki zostawiłam na koniec.... Uszyłam 7! podkładek, przez cały czas będąc przekonaną, że szyję 6 :-))))) Liczyłam kilka razy :-) Poniżej jeszcze kilka zdjęć. Oprócz nowych podkładek (są dwustronne) jest dywan i kawałek kanapy. Chciałam Wam pokazać, że starałam się zgrać je kolorystycznie z pokojem :-)

 



Przy okazji świątecznych przygotowań i prasowania obrusów zrobiłam kilka zdjęć. Taka mała kolekcja. Część z nich uszyłam sama, część dostałam. Wiele ma 20-30 lat. To obrusy, które dostałam od Mam. Myślę, że wielu takie pamięta. Bardzo je lubię: malowane, ciężkie, nie z tej epoki.

Bieżniki, czyli wąskie obrusiki leżące na całej długości stołu (definicja własna). Odkąd mamy nowy, drewniany stół nie lubię zakrywać go całościowo obrusem. Lubię gdy go widać. Dlatego najczęściej zakładam na niego bieżniki i podkładki, najlepiej z tkanin. Wszystkie trzy spod mojej igły. Zielony z epoki haftu krzyżykowego, czyli czasu gdy wszystko nim zdobiłam. Zdaje się, że haft nie został ukończony :-), ale i tak go używam. Bieżnik z odciskami liści można było zobaczyć TUTAJ. A ostatni powstał z końcówki tkaniny, z której szyłam rolety do przedpokoju.
 

Małe kwadratowe serwety uszyłam z materiałów IKEA. Były dopasowane wielkością do poprzedniego stołu w stanie złożonym. Teraz też je zakładam.


Obrusy białe. Mam ich kilka, ale ten jest najważniejszy i najbardziej świąteczny. Wyhaftowany ręcznie przez moją Ciocię. Dostaliśmy go w prezencie ślubnym i zakładamy na wyjątkowe okazje. Już nieraz zaplamiony czerwonym winem lub kawą, ale zawsze jakoś udawało mi się doprowadzić go do porządku.


Malowane obrusy. Te są delikatne i zwiewne. Idealne na popołudniową herbatkę niedzielną i domowe ciasto na staromodnej paterze ;-) To pierwsze z wspominanych obrusów z "tamtych czasów". Bardzo urokliwe.


Ciężkie. Bawełniane czy lniane?  Sama nie wiem. Myślę, że nasze Mamy już straciły cierpliwość do ich odplamiania i prasowania (kiedyś maglowania). Teraz moja kolej. Przyznaję, że gdybym miała jakiś magiel pod ręką to akurat te zanosiłabym... Są bardzo duże i wiele cierpliwości potrzeba do prasowania. Jednak są tak nastrojowe, że dzielnie to robię :-) Różowo-brązowe bukiety, kłosy zboża i lekko japoński - do nich mam szczególną słabość.


To oczywiście nie wszystkie moje obrusy. Nie wiedziałam, że mam ich tak dużo. Podobnie jak wiele rzeczy wydają się nieistotne, a jednak nadają ton i rangę spotkań przy stole. Lubię moment, kiedy wchodzą goście, zasiadamy do stołu, a na nim wyprasowany obrus i zastawa. A nawet po spotkaniu, gdy widzę cały zaplamiony - ślad, że ktoś był, zjadł, porozmawiał... Albo zwykły dzień. Wracam z zakupami, robię herbatę i stawiam na czystej, tkaninowej podkładce. Niby nic, ale głaszczę ją i uśmiecham się :-)


Nad filiżanką ziołowej herbaty pozdrawiam Was uśmiechnięta ja:



piątek, 2 maja 2014

Maj zobowiązuje...

.... do długich powrotów z przedszkola, choć droga zajmuje 5 minut. Do letnich strojów, choć wiatr czasem jeszcze za zimny. Do dmuchania "dmuchańców", choć plamią nowe bluzki w śmieszne kółka :-)


Szkoda, że Chłopiec nie miał na sobie akurat niczego z pod mojej igły. Wyjątkowo chętnie pozował do zdjęć, a to rzadkość. Wspomnę tu tylko, że nadal nie mam Jego zdjęć w przebraniu, które uszyłam na bal przebierańców... 


Bardzo spodobało mi się szycie z dzianin. Kolejny papierowy tygrys oswojony... Przez cały czas wystrzegałam się ich, bo nie mam owerloka. Okazało się, że moja maszyna dobrze radzi sobie z tym rodzajem tkanin. Okazało się też, że surowe wykończenia bardzo mi się podobają, ale nie tylko na takie mogę sobie pozwolić. Rozwiązania są różne. Tuniki, które dziś pokazuję na moich dziewczynkach powstały ze starych zapasów. To kolorowe dzianiny, które kupuję z myślą o patchworkach. Akurat te nie nie szyją sie najlepiej, to chyba kwestia splotu dzianiny, często zrywają się nici. Ale i na nie jest sposób. W przypadku patchworków podklejałam je cieniutką fizeliną. Do szycia ubranek wykorzystuję cienką taśmę fizelinową, którą podkleja się dekolty. Ja wszywam ją w przypadku tej dzianiny, we wszystkie szwy. Taśma jest miękka i nie usztywnia tkaniny, a jej nadmiar odcinam. Tym sposobem oswoiłam i takie trudniejsze dzianiny. Mam ich spory zapas, więc będą kolejne tuniki i sukienki. Na początek tunika Marii: delikatna, różowa i zwiewna, jak Ona sama :-)


Poniżej jestem i ja. Także w mojej bluzce. Takiej ze zwyczajnej szarej dresówki. Bardzo prostej i nie zwiewnej ;-) Krój taki sam jak tuniki. Przód i tył krojony w całości z rękawkami. Prościej się nie da...


Druga dla starszej córki. Tunika typu: "Ahoj przygodo", czyli zupełnie jak Helena :-) Ona sama jest nią zachwycona. Stała nade mną gdy szyłam i pospieszała, bo chciała koniecznie założyc ją na rower TERAZ! Jakiż  to komplement! Nie oponowałam więc i szyłam jak niewolnica ;-) Uszyte rzeczy piorą się bardzo dobrze. Choć rękawy i dół zostały surowe, nie strzępia się po praniu, a ładnie rolują. Góra wykończona tą samą dzianiną co tunika.



Na zdjęciach specjalnie nie unikałam kadrów naszego blokowiska. Bez trudu można u nas zrobić zdjęcia na tle kwitnących jabłoni, wiśni, bzów i pigwy. Jest tu naprawdę wiosennie i pachnąco. Zamknięci wielką płytą od strony większych ulic, wewnątrz mamy prawdziwy wybuch zielonego. Naprawdę mi samej trudno w to uwierzyć. Jedna z milszych chwil dnia: około południa robię kawę z mlekiem i wyglądam przez okno za moją córką, która wraca z koleżankami ze szkoły. Nie zaglądamy sąsiadom w okna, nie depczemy sobie po piętach na spacerniaku... Te osiedla nie są pozornie malownicze, kolorowe i przeszklone jak piękne nowoczesne budownictwo zbiorowe, że tak się wyrażę, ale sama jestem zaskoczona jak tu fajnie wiosną :-)