poniedziałek, 23 grudnia 2013

Kilka dni przed...

Zanim dzieci dobrze zasną postanowiłam wrzucić kilka zdjęć z ostatnich dni w naszym domu. Z niezmienną (a może nawet rosnącą) radością patrzę na to nasze nowe miejsce na ziemi. Sprzątam, dekoruję, wypełniam zapachem.















1. Tak w tym roku poradziłam sobie z pakowaniem domowych pierniczków na prezenty dla bliskich :-)

2. Janek na widok piernika (staropolskiego): 

- To tort?
- No trochę tak. - Ja na to
- Hurra, dziewcyny! Są juz święta!!!

3 i 4. Nowy,świąteczny łapacz nastroju.

5. Okno w przedpokoju z nową roletką.

6. Kuchnia i moja nowa zabawka - laleczka dziewiarska - w akcji.

7-9. Wystawka w pokoju - jestem taka dumna ;-)

10. Przykładowe pierniczki ;-) o których mowa w punkcie 1.

11. Sentymenty...

12-14. Nasza prywatna stajenka podczas przygotowań.

15. Ubiegłoroczny prezent od wiernej czytelniczki :-)

16. Kandyzowanie pomarańczy....



Zamyślona, zapracowana, szczęśliwa ja...


niedziela, 15 grudnia 2013

Czarna Perła i worek ziemniaków, czyli chłopakowy pokój.










Dziś proponuję wpis z pokoju Chłopca :-) Nie planowałam go. Ostatnio wspominałam, że dużo szyję użytkowo i to właśnie miałam na myśli. Wydawało mi się, że zasłony czy poduszki to niewiele do pokazania. Jednak zmiany jakie zaszły pod wpływem wymiany tylko tkanin zaskoczyły mnie samą więc pstryknęłam kilka fotek :-) Wiedziałam ile zmienia kolor i tkanina, ale po raz kolejny bardzo się zdziwiłam. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęć "Przed". Dlaczego "Czarna Perła"? To nazwa pirackiego statku kpt. Jacka Sparrowa ("Piraci z Karaibów"). Gdy dzieci przyszły do domu (po szkole i przedszkolu) i zobaczyły nowe oblicze łóżka uznały zgodnie, że to statek piracki. Nie muszę dodawać, że zabawa do wieczora była świetna :-)



Tak pokój Janka prezentuje się od wejścia. Na zdjęciach nie widać zbyt dobrze jego prawej strony strony. To zabieg celowy. Stoi tam stara, zniszczona komoda. Zastanawiam się jak ją odnowić i chyba zostanę z tym do wiosny. Pomysłów było już kilka. Po lewej stronie łózko piętrowe i główny powód tego wpisu. Zasłony do pokoju uszyłam właściwie kilka dni po przeprowadzce. Pokój Janka jest od zachodniej strony i popołudniem, a najbardziej o zachodzie trzeba było ratować oczy przed słońcem. Tak więc w wielkim zamieszaniu i bałaganie wyjęłam maszynę, materiały z zapasów (dokupiłam tylko białego w liczebniki na jedną stronę) i szyłam. I tak trochę przypadek narzucił kolorystykę pokoju. Trafioną, tak myślę....



Ogólny widok na samo łóżko. Gdy jego właścicielkami były dziewczyny łóżko także posiadało zasłonki. To bardzo ważny element zabawowy łózka piętrowego (namiot, karoca, kino, statek itd.) Zasłonki były wtedy w urocze misie i nawet mąż stwierdził, że teraz należy to zmienić ;-) Na podłodze mata z ulicami, jakże mogłoby jej zabraknąć w pokoju chłopca ;-) Dziewczynki marzyły o oddzielnych, dorosłych łóżkach. Chłopiec marzył o łóżku piętrowym, żeby spać na górze, oczywiście. Dzięki nowemu mieszkaniu te marzenia (i wiele innych) zostały spełnione :-) Lina na łóżku to nie ustawka ;-) to pomysł najstarszej, już za Jej kadencji na łóżku zawsze wisiała lina.







Zapraszam na kilka, bardziej szczegółowych ujęć parteru, bo o niego głównie chodzi. Rozpocznę od pokrycia dolnego materaca. Do tej pory przykrywałam go narzutą, ale ona właściwie przez większość czasu leżała zciągnęta na podłodze. Dlatego zdecydowałam uszyć narzutę na zasadzie prześcieradła z gumką. Teraz pozostaje na miejscu. To właściwie patchwork. Pozszywane kawałki dwóch różnych tkanin podszyłam kocem polarowym, żeby całość wzmocnić.



Worek ziemniaków... Widoczne poduszki, właściwie to nie do końca poduszki, bo w środku jest gąbka, zostały ubrane w worki po marokańskich ziemniakach.Trzeba mieć oczy otwarte i jak zobaczy się takie przydatne przydasie w warzywniaku, to trzeba pogadać z miłą Panią. Ja tak zrobiłam (2 lata temu) i worki leżały czekając na przydatność. Zcięłam i zszyłam narożniki, żeby nadać im kształtu. Teraz służą jako łodzie ratunkowe... A poduszki z naszej kanapy w końcu zostają na swoim miejscu ;-)



Bardzo podobają mi się (choć plastikowe) te pojemniki - dziuple (IKEA). Janek zabiera ze sobą mnóstwo rzeczy do spania i teraz, zamiast pod poduszką, przechowuje je w dziuplach. Potwór morski to nadal najwierniejszy przyjaciel przygód Chłopca :-)


Dla porządku uszyłam też worki (jak ja je lubię szyć i używać ;-) na instrumenty muzyczne. Ciągle przerzucane miedzy zabawkami teraz zostały ujarzmione :-) Wiszą grzecznie na wieszaczku pod parapetem.



To byłoby na tyle. Tradycji stało się zadość: jak zwykle zajmowałam się wieloma rzeczami NIEŚWIĄTECZNYMI i jak zwykle świąteczna wena dopada mnie nagle! wielka! i za późno!

Pozdrawiam Was Drodzy Czytelnicy :-) I dobrego tygodnia życzę.


niedziela, 8 grudnia 2013

Stół gotowy, czyli królowa nie śpi, czyli że nie śpiąca królewna ;-)


Wspomniałam już kiedyś, że najchętniej dawkowałabym sobie pracę nad tym stołem, ale skończyłam niestety... Stół powstał na zamówienie u stolarza. Wykonany z drewna świerkowego. Długo głaskałam go i wąchałam zanim zdecydowałam co z nim zrobić. Podobał mi się taki surowy, ale jednak postanowiłam go pobielić. Na kantach lekko przytarłam farbę papierem, wygląda na lekko postarzony. Resztę niech zrobi czas. Uwielbiam ten stół.




Gdy stół stanął już na swoim pomyślałam, że zakupię kwiaty, żeby zrobić zdjęcia. Tymczasem wczoraj upiekłam chleb. Położyłam go na stole i pomyślałam, że to zestaw idealny: stół i chleb....
To jest nasz domowy chleb powszedni. Upiekłam pewnie kilkanaście rodzajów chleba i tyle samo przepisów na bułki wypróbowałam. Dzięki temu mam swój kanon wypieków. Nie oznacza to, że nie próbuję nowych przepisów, ale dobrze dojść do momentu, jakiegoś rozeznania, w tej kwestii i nie czuć presji (swojej własnej ambicji), żeby ciągle robić coś nowego. Po prostu wyjmuję mąki i piekę chleb, a czasem mam ochotę na coś zupełnie nowego i wtedy też jest miło: wertowanie sieci, gazet i książek.


Chleb

Nie podam skąd pochodzi przepis na ten chleb. Po pierwsze, to nie jest już oryginalny przepis, naniosłam zmiany w ilościach mąki. Nie pamiętam też z jakiego przepisu wychodziłam. Chleb jest taki zwyczajny: pszenno - żytni na zakwasie.

 Składniki:
  • 150 g aktywnego zakwasu żytniego (dokarmianego 10-12h przed planowanym pieczeniem)
  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g mąki żytniej
  • 320 g wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 10 g drożdży-opcja*
* Drożdże w przepisach z zakwasem są zazwyczaj opcjonalne (można dodać, ale nie trzeba). Dodaje się je w zależności od aktywności zakwasu (drożdże pomogą w wyrastaniu chleba gdy zakwas jest młody lub słaby), panujących warunków (czasem chleb rośnie słabo ze względu na temperaturę za niską lub za wysoką). A także czasu jaki mamy na wyrastanie chleba (chleb na samym zakwasie wyrasta wolniej). Według mnie jest jeszcze jeden powód. Chleb na samym zakwasie ma mocniej kwaśny posmak. Osobiście bardzo lubię, ale moje dzieci już mniej i wyczuwają różnicę bezbłędnie.

Przygotowanie:

Do miski wlewam zakwas, a następnie obie mąki. Jeśli używam drożdży, to rozcieram je w palcach razem mąką. Dosypuję sól, wlewam wodę i wyrabiam ciasto. Można ręcznie, można specjalnych hakiem w robotach kuchennych. Ja wyrabiam je zwykłym mikserem do ciasta używając takich spiralnych łapek, które do czasu rozpoczęcia wypieku chleba leżały nie używane ;-) Przykrywam i zostawiam ciasto w misce do wyrastania. Jeśli dodaję drożdże chleb wyrasta ok. 2 godzin jeśli piekę na samym zakwasie to czasem nawet 4 godziny. Po tym czasie u mnie następuje pieczenie. Są różne metody. Ja wybieram tę: przekładam ciasto do garnka żeliwnego wyłożonego papierem do pieczenia, zamykam pokrywę i wstawiam do zimnego (!) piekarnika. Tak piekę chleb 30 min. W tym czasie bochenek wyrasta po raz drugi (podczas stopniowego rozgrzewania się piekarnika i garnka). Następnie zdejmuję pokrywkę i piekę chleb jeszcze 30 minut: około 20 min. w garnku, a następnie wyjmuję go ostrożnie i dopiekam ok 10 min. na samej kratce kuchennej. Piekarnik ma temperaturę około 200 stopni. Upieczony chleb popukany od spodu daje głuchy odgłos.

Zanim kupiłam garnek żeliwny (IKEA, ok. 200zł) piekłam chleb w zwykłej keksówce. Po wyrastaniu w misce przekładałam go do formy wysmarowanej oliwą i obsypanej otrębami i zostawiałam na drugie, krótsze wyrastanie, po czym piekłam 40-50 minut (wkładając chleb do rozgrzanego piekarnika)

Doskonale zdaję sobie sprawę, że to zupełnie nieprofesjonalny domowy wypiek chleba. Nie mam jednak kompleksów z tego powodu. Znalazłam swój sposób na chleb, dzięki czemu nie jest dla mnie problemem robienie chleba co drugi dzień. Na co dzień omijam wyrastanie koszyczkowe, rozgrzewanie garnka żeliwnego itp. Oczywiście czasem tak piekę, ale tylko czasem.

Skąd zakwas i jak zacząć?

Swoją przygodę z chlebem rozpoczęłam z blogiem Pracownia Wypieków. Bardzo profesjonalnym blogiem o wypieku chleba i nie tylko jest też  Piekarnia Tatter. Nie będę więc wymądrzała się nadto, co już napisałam. Nie osiągnęłam takiej perfekcji i wiedzy jaką możecie wyczytać na proponowanych blogach, dlatego Was tam odsyłam. Tam też znajdziecie przepis na zakwas i różne metody pieczenia chleba.

I jeszcze dwa zdjęcia stołu w codziennych okolicznościach. Do poprzednich zdjęć odsunęłam krzesła i kosz, zdjęłam fartuch z wieszaka, żeby dobrze było go widać. W razie potrzeby rozkładamy kolejne krzesła.



Nie męczyłam już kolejnymi zdjęciami mojej kuchni, bo jej remont i metamorfozę  można było oglądać na blogu w 2 częściach:
Część 1 - Malowanie boazerii i płytek ceramicznych - TUTAJ
Część 2 - Malowanie mebli - TUTAJ

A poza tym :-) Pierwsza partia świątecznych pierników upieczona. Najstarsza przeliczyła: 134 sztuki. To był piątek. Dziś niedziela, połowy nie ma ;-) Jutro pójdzie druga partia, żeby wystarczyło na lukrowanie i rozdawanie. Pierniki dobrze przechowują się i to jedne z najlepszych ciastek jesienno-zimowych. Nie żałuję sobie ani rodzinie, nie zostawiam tylko na święta, piekę bez umiaru ;-) Tym samym przypominam, że już czas na pierniki. Moje pierniczki powstają z TEGO PRZEPISU.


Zmogło mnie przeziębienie, wirus jakiś. Nie piszę, żeby się użalać, ale przypomnieć o genialnej MIKSTURZE NA PRZEZIĘBIENIE. Nie leczyłam się innymi środkami, tylko NIĄ. Kto czytał przypominam, kto nie miał okazji zapraszam TUTAJ. W czwartek wieczorem było kiepsko, ledwo mówiłam, czułam jak zawalają się zatoki. Dziś niedziela. Zaledwie trzy dni i duuuużo lepiej, ale jeszcze dziś pójdę spać tuż po 20-tej.

Poza tym szyję, tyle że bardzo użytkowo i praktycznie: skracanie zasłon i firan, jakiś bieżnik, nowa roletka do przedpokoju.


niedziela, 24 listopada 2013

Łapacze nastroju :-)

Podobnie jak wiele osób (tak myślę) robię co mogę, żeby w te chmurne, mgliste dni nie czuć się tak, jak one wyglądają. Jeden sposób już poznaliście ostatnio, czyli aromato i cukroterapia. Po prostu piekę i gotuję, dużo. Drugi sposób to kolor. Nie tej szarej jesieni, ale tej "Złotej Polskiej". Zrobiłam więc wianek. Wygląda trochę jak łapacze snów. I choć od tego typu wierzeń jestem bardzo daleka, to muszę przyznać, że łapacze zawsze mi się podobały. Nie zawiesiłabym takiego w moim domu, zrobiłam więc: "Łapacz jesieni" ;-) Zawisł w przedpokoju i w ogóle nie współgra z pogodą za oknem, jest szaleńczo kolorowy. Zanim wejdę w świąteczną czerwień, niech on rozwesela od wejścia.


Niestety, ale bardzo często dzieje się tak, że moje ulubione tkaniny z IKEA bardzo szybko znikają. Niektóre wzory są na półkach od lat. Natomiast te, które sobie upodobam znikają najdalej po jednym sezonie... Jak ta czarna tkanina w kolorowe liście i ptaki, którą oplotłam wianek... Staram się nie robić zapasów tkanin jesli nie mam na nie pomysłu, chyba, że mają okazyjne ceny ;-) Miałam dwa ostatnie kawałki moich ulubionych (oba czarne w kolorowe wzory, których w IKEA już nie ma) i nie wiedziałam co z nich uszyć, bo mi żal było... Jeden wykorzystałam na nowy wianek i obicie krzesła. Z drugiego uszyłam fartuch kuchenny. Pokażę przy najbliższej okazji.  Jak zwykle potok słów, a chciałam o wianku jesiennym... Zakupiłam styropianowe kółko w pasmanterii z myślą o dekoracjach świątecznych. Jednak nie potrafię wyprzedzać tak bardzo zdarzeń i w ogóle nie miałam pomysłu jak ozdobić go na świątecznie, więc położyłam na komodzie. I po kilku pytaniach: "Po co ci (mamo lub nie) to kółko?" Zrobiłam z nim coś ;-) Bardzo łatwe w obróbce. Wycięłam paski tkaniny, wszystko podczepiłam szpilkami do kółka. Przyszyłam kilka guzików, liście polarowe ozdobiłam ręcznie. Będzie łatwy do demontażu przy zmianie dekoracji. 


W przedpokoju stanął już planowany stolik i krzesło. Ostateczny wygląd przedpokoju różni się nieco od planów początkowych, dlatego zdecydowałam się pociemnić blat stolika. Na zdjęciu nie widać (odbiło się słońce, które na chwilę zajrzało), ale jest jasny, naturalnie sosnowy. Zmieniłam też obicie krzesła. Teraz ładnie komponuje się z wiankiem, ale nie będę zmieniała go za każdym razem gdy zmienię wianek, pasuje do ciemnej podłogi. I jeszcze moja pierwsza Orchidea, tudzież Storczyk. Prezent. Jestem oszołomiona jej urodą. Jak niektórzy wiedzą specjalizuję się w hodowli sukulentów. Roślin raczej skromnych, a tutaj nagle taka księżniczka...



Dla tych, którzy jednak woleliby zapaść w sen zimowy i obudzić się wiosną mam inną propozycję: maska do spania. Została uszyta na wyraźną potrzebę członka mojej rodziny.  Mam nadzieję, że się sprawdzi. Ja zastanawiam się nad uszyciem jeszcze 3 sztuk, w mniejszych rozmiarach. Mam taki plan, żeby w weekendowe poranki zakradać się do dzieci i zakładać kolorowe maseczki na ich śpiące oczka, żeby w sobotę i niedzielę nie wstawały przed 7...



Na początku tego wpisu wspomniałam, że dużo piekę i gotuję. Dziś mogę, a nawet powinnam, odnotowć mój mały sukces kulinarny. Upiekłam pierwszy (!!!) w swoim 35-cio letnim życiu SERNIK. Nie wiem dlaczego, ale bałam się ich piec. Dodam, że moja mama piecze doskonałe serniki. Uważałam je za ciasta, które mają skłonności do upadku ;-) a, że przy tym nie są tanie to nie chciałam ryzykować. W sobotę miałam dawno wyczekiwaną wizytę i postanowiłam, że spróbuję. Sernik piekłam w nocy, żeby mi nikt nie przeszkadzał, wyłączyłam piekarnik po 23 i poszłam spać. W sobotni poranek mym oczom ukazał się NIE UPADŁY SERNIK CYNAMONOWO - KAJMAKOWY! Jaki on był pyszny! Przepis niezawodnej Liski z bloga White Plate. Pochodzi jednak nie z bloga, a z książeczki, która w 2011 roku została dołączona do Newsweeka pod tytułem "Smak i Styl" i zawiera fantastyczne przepisy świąteczne, słodkie i wytrawne. Sam przepis znalazłam też na stronie w/w czasopisma TUTAJ. Nie muszę chyba pisać, że w sobotę o jesiennej chandrze nie było mowy :-)


P.S. I jeszcze małe "conieco"  na poprawę nastroju jesiennego. 

Z pokoju dzieci dobiega dźwięczny głos śpiewającej Marii (lat 5): "Gdyby gdyby moja mama pochodziła z wyspy chama"...

(Dla niewtajemniczonych fragment piosenki w originale: "Gdyby, gdyby moja mama pochodziła z Wysp Bahama, to od stóp po czubek głowy byłaby czekoladowa") 

Dobrego tygodnia Drodzy Czytelnicy i nie dajcie się zasnuć mgłą.



wtorek, 19 listopada 2013

Tarta z karmelizowanymi bananami.

Zanim przedstawię zapowiadaną tartę kilka słów :-)  Miałam mały odzew związany z ostatnim wpisem o dniu z życia mrówki. Nie wiem jak Wy odebraliście mój wpis, ale część wspomnianych osób bardzo mnie żałowało... Może nie byłam przekonująca, ale to był dobry dzień :-) Nie krzyczałam, nie płakałam, nie użalałam się nad sobą, NIE poległam :-)  A dziś znów uraczę Drogich Czytelników historyjką  związaną z rzeczoną tartą i jej pierwszym wypiekiem ;-) To był ciężko zapowiadający się dzień. Dużo spraw do załatwienia, dużo rzeczy do zrobienia i ta myśl od chwili gdy zadzwonił budzik: "Nie dam rady"... I właśnie tego poranka pomyślałam, że właśnie DZIŚ muszę ją upiec. Nie korzystałam z żadnego przepisu i przyznam, że nie przypominam sobie żebym gdzieś taką tartę widziała. To znaczy nie przypominam sobie takiego połączenia ponieważ przepis na moje ulubione ciasto kruche pochodzi z Bo Mimi Blog. Natomiast banany karmelizowałam podobnie jak jabłka do Tarty Tatin w/g przepisu z bloga White Plate. Tak więc pomimo nawału prac różnych dzień zaczęłam od zrobienia czegoś dla siebie (moja rodzina nie przepada za tartami). To była dobra inwestycja ;-)


Karmelizowane banany.
  • 3 duże banany pokrojone w plastry (1cm grubości) po skosie
  • 100 g cukru
  • 40 g masła
Przygotowanie:

Na dużej patelni rozgrzać masło z cukrem. Kiedy cukier zacznie karmelizować ułożyć banany i smażyć je z jednej strony, a gdy się zarumienią przewrócić na drugą stronę. Kiedy nabiorą złocistego koloru zdjąć patelnię z ognia. Nie należy przewracać bananów często, bo mogą się rozpaść i wtedy nie będą już tak ładnie wyglądały. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać szczegółowo o karmelizowaniu owoców zapraszam do Tego wpisu.



Kruche ciasto. 
  • 250g masła
  • 125g drobnego cukru
  • 1 jajko
  • 450g mąki 
 Przygotowanie:


Ciasto zagnieść z podanych składników i włożyć do lodówki na 30 minut, najlepiej zawinięte w folię spożywczą żeby nie obsychało. Piekarnik rozgrzać do 180℃ . Wyjąć ciasto z lodówki i rozwałkować na grubość 1/2 cm, na odpowiednią do formy wielkość. Ciasto trochę się rwie, dlatego warto je wałkować między dwoma kawałkami folii spożywczej. Na wierzchu układamy papier do pieczenia, na który wysypujemy groch. Nasiona obciążą ciasto, które nie urośnie i zachowa ładny kształt. Pieczemy ciasto 20 min. w 180℃.

Następnie wyjmujemy ciasto z piekarnika, zdejmujemy papier i groch i wykładamy na ciasto karmelizowane owoce. Ponownie wkładamy całość do piekarnika i dopiekamy przez 20 - 30 min.



Ja najbardziej lubię delikatne tarty z cienką warstwą ciasta i nadzienia. jeśli ktoś woli więcej nadzienia należy użyć większej ilości bananów przy zachowaniu tej samej ilości masła i cukru. Przypominam jednak, że karmelizowane owoce, a banany zwłaszcza, to bardzo słodkie nadzienie.



piątek, 15 listopada 2013

Dzień z życia mrówki...

W obliczu małej przygody lub czytanej książki lub słońca, które wyszło po tych pochmurnych dniach postanowiłam zrobić wpis typu dzień z życia.... Ciekawe co wyjdzie. Zastanawiałam się, czy przygoda może zdarzyć się tylko w lesie, w górach, czy innych, równie miłych okolicznościach? Czy to, że popsuło się auto podczas powrotu do domu z wielkimi zakupami też się liczy?? W każdym razie ja miałam to ostatnie ;-)

Wstałam wcześnie, z dobrym nastawieniem, zrobienia wszystkiego co mam do zrobienia i wielkich zakupów, spoż-chem dla domu i rodziny. Wiedziałam od wczoraj (dziecko zakomunikowało mi w drodze do przedszkola, że zimno mu w nóżki), że dziś jest ten dzień: muszę przekonać chłopca do założenia rajstop pod spodnie.... Chłopiec ma dwie starsze siostry i bardzo silną potrzebę męskości! Ciężko przekonać go do czegokolwiek co może wydawać się choć odrobinę "dziewcynowe", jak na przykład rajtki. Nie wiedziałam jak to zrobić, ale nadzieją były grafitowe rajstopy z zielonymi robotami od Kochanej Cioci Ka :-) Na skutek posiadania rajtek z robotami okazało się, że mam inny problem: otóż chłopiec nie chciał założyć spodni.... tak podobały Mu się roboty...  Zaprowadziłam dzieci do placówek publicznych typu szkoła i przedszkole. (Musiałam wrócić jeszcze do przedszkola, bo dziś piątek - dzień zabawek, a na krześle w domu została torebka z Myszką Miki, zebrą i autkiem.) 

Pojechałam w końcu do sklepu. Zakupy wysypywały się z kosza (rzadko zdarzają mi się aż takie). Zapakowałam wszystko do auta i jadę, nie za daleko, ale z górki na szczęście. Coś zaczęło się dziać z autem, zjechałam na bok, próbowałam, próbowałam, odpalił. Pojechał kawałek i znów cisza. Na szczęście z górki. Wjechałam na luzie ;-) na parking i to byłoby na tyle... Część zakupów zapakowałam do torby (takiej niebieskiej IKEA, nie eleganckiego koszyczka...) w tym 6 litrów mleka (mam nadzieję, że na weekend wystarczy...) i wszystkie rzeczy, które powinny trafić do lodówki i poczłapałam do domu jak ta mrówka z tytułu. Tak myślę sobie, że z 1,5km. Całe szczęście, że nie zakupiłam do tego, jak planowałam, pęczka PRL-owskich goździków do wazonu. A swoją drogą pomyślałam sobie, że w czasach PRL-u z takimi zakupami... Może nawet ktoś zrobiłby mi zdjęcie...
Jak dobrze, że świeciło dziś słońce... Łatwiej zobaczyć dobre strony... Zastanawiałam się co dalej. Zostawić resztę w aucie (wielu rzeczy potrzebowałam na już)? Poczekać na transport jakiś? A może na męża (do poniedziałku)? Czy zabrać plecak i wspominając stare, studenckie czasy wrócić po 3 l płynu do prania, 2 l płynu do płukania, soki - 2 l, oleju słonecznikowego 2 l, 2 puszki masy krówkowej, 2 kg cukru i standardowo oczywiście: papier toaletowy! a jakże!... Razem ok 12 kg. Wybrałam tę ostatnią opcję. Doszłam do domu z pierwszą partią i cieszyłam się bardzo, że była w niej mleczna czekolada. Po zasileniu czekoladą (PRAWIE jak wędrówka po górach) wróciłam na miejsce zdarzenia. Zapakowałam te 12 l  i papier toaletowy do wielkiego plecaka (papier się nie zmieścił oczywiście, to byłoby dopiero widowisko w PRL-u, wielka paka BIAŁEGO papieru toaletowego!) Dzwonię do męża i mówię Mu jaką żonę ma silną i dzielną :-) Co On na to? Że jestem dzielniejsza niż myślałam! Bo takie płyny, oleje czy soki są przecież cięższe niż woda i na plecach mam znacznie więcej niż 12 kg, wspaniale! No to tak sobie kontemplowałam te kilogramy i wymyśliłam, że jestem jeszcze dzielniejsza :-), bo przecież nosiłam takie kilogramy już przynajmniej 3 razy w życiu i to przez kilka tygodni. Teraz te kilogramy same biegają, na swoich nóżkach...

Taki dzień dobroci dla siebie (te komplementy), taki miał być z założenia, choć plany były inne... Miałam pobiegać łapiąc na twarzy ciepłe promienie jesiennego słońca, pod stopami czuć szeleszczące liście, a później długa kąpiel... Tymczasem dźwigając zakupy (min. pachnący płyn do kąpieli ;-) myślałam, o tym, że jestem dzielna i silna :-))) Ciekawe, co było dla mnie lepszą terapią, co powiedziałby psycholog?

Mrówka do domu wróciła szczęśliwie, modląc się po drodze żeby działały windy... oraz wykonując telefony na które nie miała wczoraj czasu.  Wróciła i zrobiła sobie kanapkę i kawę i poczytała książkę. Tak, pijam kawę z mlekiem do kanapek, zupełnie mi to nie przeszkadza, a wręcz uwielbiam. A w ogóle to chyba pierwszy raz jadłam sałatę rzymską (!) Smaczna, trochę kapustowa.


Skąd ten dobry humor, pomimo wszystko? Czy stąd, że auto stoi bezpiecznie na parkingu i obyło się bez służb specjalnych? Czy może na skutek ślicznych świątecznych poszewek, które zakupiłam po drodze? Pewnie wszystkiego po trochu, ale skłaniam się do ostatniego (znów).


Diagnoza (telefoniczna) awarii auta? Brak benzyny (tak, mąż mówił - zatankuj - zapomniałam) lub/i akumulator (na skutek prób odpalenia auta na oparach benzyny...)  Się okaże, ale nie mówmy już o tym...
A co z książką którą czytam? "Matecznik" Agnieszki Grzelak. To dziennik mamy 4 córek. Wspomniana mama pisze dziennik choćby po to, żeby wiedzieć dlaczego wieczorem jest tak bardzo zmęczona...  To dobry powód. Sama często zastanawiam się nad tym. Nie pracuję zawodowo. Nie mogę powiedzieć ilu miałam klientów, albo pieniędzy zarobiłam. Kładę się wieczorem i nie widzę już stert czystych rzeczy w półkach i pełnych brzuszków, albo pięknie czytanej historyjki z angielskiego przez Najstarszą. Wielu rzeczy, które robię po prostu nie widać. To, że nie widzą ich inni bywa problemem, ale jeśli przestaję widzieć je ja sama, problem się pojawia na serio... Wbrew pozorom tej książki nie czyta mi się dobrze. Mam wrażenie, że każdy dzień mamy jest męczeństwem. Bardzo mnie dotykał ten fakt, przez pierwsze opisywane dni. Zastanawiałam się czy ja tak też mam, czy tak odbieram moją rzeczywistość. Pewnie przez te kilkanaście godzin każdego dnia zapisałabym kila gorzkich zdań. Może to mnie tak zabolało, że są i takie dni, męczeńskie prawie... Oczywiście w książce są też radosne chwile, śmieszne historyjki, łzy macierzyńskiego wzruszenia. Dużo ostatnio myślę o tym moim macierzyństwie i pracy w domu. Jestem w komfortowej sytuacji w porównaniu z bohaterką książki, bo uwielbiam gotować, prawie codziennie. I wejście do kuchni nie jest dla mnie tylko obowiązkiem, zwłaszcza teraz...
Z uśmiechem odkrywam, że podobnie jak tamta mama lubię jeść śniadanie w samotności. Czasem wstaję wcześniej, przed wszystkimi, żeby móc wypić kawę w porannej ciszy. Jest zupełnie inna niż wieczorna. Nawet miałam czasem wyrzuty z tego powodu, ale nie unikam wspólnych posiłków. Zadaję sobie trud zanoszenia obiadów i kolacji do dużego pokoju, żebyśmy mogli wygodnie, wszyscy razem zjeść. Tylko te śniadania...  fajnie, że ktoś też tak ma ;-)
Moje czytanie przerwał telefon sąsiadki, byłej sąsiadki, do której jeszcze niedawno, w kapciach wpadałam na kawkę. Była w pobliżu naszego wieżowca, no to wpadła na kawkę (nie w kapciach ;-). Trudno teraz spotkać się dwóm mamom szóstki (łącznie) dzieci. Najlepiej więc wpadać bez zapowiedzi :-) Jest mniejsza szansa, że w przeciągu tych decyzyjnych 15 minut nic nie stanie na przeszkodzie spotkaniu. I nie ma to jak druga mama, która jest bardzo uważną obserwatorką. "O zrobiłaś to, a tego nie było i meble pomalowane." Tak.... pracuję, widać to, jestem.

- Mamo, zrobiłem dla Ciebie taki obrazek, są linie i piecątki (Jan, lat 3,5) 





- O, jaki śliczny, bardzo Ci dziękuję :-)

  Na to Maria, zdaje się, że lekko zazdrosna: 
- A ja też zrobię obrazek! Jeszcze nie wiem jaki i dla kogo... 

Czyli dzieci wróciły ze szkoły i przedszkola. Najstarsze dziecię miało dziś pierwsze zajęcia na nartach w tym sezonie. Jest zmęczona jak nikt! Chce odpocząć i zjeść obiad! Na obiad jajecznica i bułki z masłem. No nie zdążyłam... Zdarza się, ale dziś nie mam wyrzutów. Dziś wiem, że i i tak jestem dzielna i silna ;-) Historyjkę z angielskiego przeczytała na "Ecxellent" :-)))
Pamiętnika nie piszę, piszę bloga i czasem zdarza mi się wtrącić kilka myśli poplątanych. Niech zostaną, może dla mnie samej, a jak już zostają, to niech będzie to dzień, jak dzisiejszy, w którym jestem szczęśliwa, choć właściwie nie powinnam...

Oprócz opisanych powyżej spraw zrobiłam jeszcze: popcorn (na piątkowe popołudnie filmowe dzieci), dwa prania, które rozwiesiłam, ugotowałam budyń na kolację, przeczytałam 2 opowiadania z "Pana Kuleczki" (Wojciech Widłak) Marii, kilka stron "Wojownika Trzech Światów" (Robert Kościuszko) Helenie i Strażaka Sama Jankowi. Nałożyłam dwie warstwy lakieru na ramę stołu do kuchni z zachowaniem 4-ro godzinnej przerwy (ramę widać częściowo na zdjęciu z poszewkami świątecznymi). Z jednej strony chciałabym mieć go już w kuchni, z drugiej, tak bardzo lubię pracę ze świeżym drewnem, że dawkowałabym sobie tę przyjemność- jedna warstwa dziennie i do świąt robota ;-) Pozmywałam, w wyniku różnych wydarzeń dnia dzisiejszego miałam zmywanie od śniadania... Zrobiłam ciasto na świąteczny piernik staropolski. Nie, nie zwariowałam. To piernik, którego ciasto leżakuje przez 5-6 tyg, więc już czas. Robiłam go w ubiegłym roku i był przepyszny! Nie odmówię sobie i w tym roku :-) Przepis można znaleźć na stronie Moje Wypieki.



Jest  po 23. (Ciągle nie mogę ustawić czasu rzeczywistego na moim blogu). Kładę się spać: 3 brzuszki nakarmione, 3 główki umyte, 60 paznokci obciętych.... 

...DOBREJ NOCY...

która dziś wie dlaczego jest taka zmęczona...

czwartek, 14 listopada 2013

To i Tamto. Jesień i banany :-)

Co ma jesień do bananów? 


Sposób na jesienną chandrę: Tarta z karmelizowanymi bananami. Już za chwileczkę na blogu.