piątek, 12 lutego 2016

Takie tam.

Rzeczy, które "chodziły za mną" od dawna i zabrać się nie mogłam. Nagle poczułam znajomy zew natury, a raczej "niespokojnych rąk". Odzywa się w najmniej oczekiwanym momencie. Kilka rzeczy niedokończonych, jedna nawet obiecana ;-/, a mi się zachciewa zupełnie czegoś innego... Nauczyłam się jednak wykorzystywać owe zewy ;-). Wiem, że działam wtedy w zatrważającym (nawet mnie) tempie. Kurz, zawierucha, wszystkie kolory na biurku i po 2 dniach kilka skreśleń na liście "do zrobienia" i materiał na trzy wpisy ;-). 


Po pierwsze pomalowałam skrzynie na kwiaty, które zrobiłam w wakacje i nie miałam pomysłu co z nimi dalej. Zostawić surowe? Heja, na biało? Czy może lekko pociemnić? I jak tak napatrzyłam się przez kilka miesięcy to zdecydowałam na przyciemnienie lekkie. Poza tym sznury. Marzyły mi się od początku, a że coraz odważniej poczynam sobie z wiertarką to zrobiłam otwory i tadam. Bardzo mi się spodobały. Wkrótce zobaczycie kolejne zastosowania.


Przed i po. I sprawca zamieszania ze skrzynkami. Moja urocza Araukaria. Niestety podupadła swego czasu, a dokładnie podupadły jej gałązki najniższego piętra. W tych roślinach gałęzie już nie odrastają, przyrastają jedynie od góry. Postanowiłam więc obudować ją trochę i zasłonić. I stąd pomysł na osłonki ze skrzynki. A moja miła roślina odwdzięczyła się za niewyrzucenie i wypuszcza właśnie piętro.


Malowałam takim oto cudem z IKEA. Na puszce nie napisano co to za preparat. Z mojego doświadczenia wynika, że nie jest to impregnat akrylowy ani bejca. Podejrzewam, że to wosk, ale akurat z wosków nigdy wcześniej nie korzystałam, więc pewności nie mam. Zdecydowałam się na niego, ponieważ w  pokoju, w którym stoją skrzynki mamy stół z IKEA w tym kolorze. Zdjęcie poniżej: na krześle (komplet do stołu) jest chustecznik, który pomalowałam przy okazji. Jak widać kolory całkiem ładnie się zgrały. Chustecznik stoi na parapecie obok wyżej opisanych osłonek, więc jakoś tam z nimi wygląda. Chusteczniki może nie są piękne, ale bardzo pożądane i wygodne przy naszej gromadce. Mamy taki w każdym pokoju... Dobrze wyciąga się z nich chusteczki, nawet gdy kończy się już opakowanie, co sprzyja samoobsłudze. A samoobsługa jest mile widziana w dużych rodzinach ;-)



Pojemnik na korki. To rzecz, którą miałam zamiar zrobić od dawna. Pomysł przyszedł podczas robienia lampionów. Zostawiamy korki po winie, taka nowa świecka tradycja. Nie my pierwsi ;-). Korki od win, które zostały wypite w naszym nowym M, w dobrym towarzystwie. Nie zbieramy ich, nie znosimy do domu ;-). Po prostu zostawiamy, a w razie potrzeby zużywamy. Do tej pory leżały w wazonach, słoiczkach i miseczkach. Teraz całkiem ładnie prezentują się w takim pojemniku :-). 



DIY - Zrób To Sam - Pojemnik na korki.

Nie będę wiele pisała. Sprawa nie jest bardzo skomplikowana. 
  • Listewki - kątowniki kupiłam w OBI. Miały długość 90 cm, zakupiłam dwie i przecięłam każdą na pół (pojemnik jest zatem wysoki na 45 cm + grubość podstawki). 
  • U szklarza zamówiłam 4 szybki o grubości 3 mm. Poprosiłam o oszlifowanie ich z jednej strony. 
  • Podstawę zrobiłam z dwóch kawałków deski, które skleiłam. Niestety źle wymierzyłam i musiałam później kombinować... Ostatecznie powstała z 3 desek pozostałych po boazerii. Tak więc można wykorzystać co tam mamy na zbyciu. Kawałek sklejki także się sprawdzi. Cóż mogę napisać. Pamiętajcie, że szkło też ma grubość...
  • Pomalowałam podstawę i listewki preparatem IKEA, o którym pisałam wyżej.
  • Wszystkie elementy skleiłam klejem na gorąco. Przyda się dodatkowa para rąk.


I tym optymistycznym zdjęciem kończę wpis pozdrawiając Was serdecznie życząc owocnego tygodnia :-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Na moim kameralnym blogu zaczęło pojawiać się dużo spam'u... Zdarzyło się nawet, że przedostał się przez zabezpieczenia bloggera i został opublikowany jako komentarz. Stąd moja decyzja o moderowaniu komentarzy. Dziękuję za każdy niespamowy komentarz :-).